Dziwaczny dom szalonej milionerki

0

W Dolinie Krzemowej
Żona i ja po raz pierwszy spędziliśmy dwa tygodnie w północnej Kalifornii na przełomie listopada i grudnia 2011 roku. Naszym miejscem wypadowym było miasto San Jose, które do połowy ubiegłego wieku było małą zaspaną mieściną, a dzisiaj to już ponad milionowe miasto, które wysadziło z pozycji medalowej słynne San Francisco i weszło na trzecią pozycję w Kalifornii po Los Angeles i San Diego.

Skąd taki szalony rozrost? Przede wszystkim zachodnie i wschodnie wybrzeże Zatoki San Francisco było już od dawna zabudowane, a wolne miejsce do rozrostu było osiągalne tylko na południe od niej w dużej dolinie między górami nadoceanicznymi. Gdy wybuchł szalony wyścig w produkcji i oprogramowaniu komputerów, w największym mieście doliny, San Jose, znalazło miejsce wiele firm. Nieco później te firmy, których konkurencja nie unicestwiła, musiały się rozbudowywać, a że nie było już miejsca w San Jose przenosiły się do sąsiednich miasteczek czy osad. Tak powstała słynna Dolina Krzemowa (krzem jest materiałem do produkcji półprzewodników – podstawowego elementu komputerów). Dzisiaj w San Jose pozostało jeszcze kilka firm elektronicznych. Na dodatek to wielka sypialnia ludzi pracujących w firmach spoza miasta jak w Apple, Google, Oracle. Kilka autostrad przecinających miasto jest w godzinach szczytu niezwykle zatłoczonych; jednym z częściowych rozwiązań tego problemu są szybkie pociągi firmy Caltrain, które kursują po Dolinie w obie strony bardzo często szczególnie w godzinach szczytu. Gdy byłem dziesięć lat wcześniej w południowej Kalifornii zauważyłem, że Los Angeles ma o wiele więcej autostrad, a autostrada 404 jest uznana za najbardziej uczęszczaną autostradę świata. W tym szalonym mieście nikt się nie usprawiedliwia, gdy spóźnia się do pracy: gdy to spóźnienie jest dłuższe, ponadgodzinne, jedno słowo traffic załatwia sprawę. A więc San Jose nie ma prawa narzekać z tego powodu.

Główna atrakcja miasta
W tej szaleńczej rozbudowie w San Jose nie zadbano o zachowanie zabytkowych budowli, a było to obok Los Angeles miasto najbogatsze w Kalifornii w budownictwo w stylu misyjnym. Jeden czy drugi budynek w tym stylu, który pozostał, gubi się w otoczeniu nowoczesnych zabudowań. Zachowała się jedyna budowla uznana za zabytek, ale już w stylu późniejszym, wiktoriańskim – dom milionerki Sary Winchester. To pierwszy zabytek w północnej Kalifornii, który odwiedziliśmy. Ochrzczono go także domem nawiedzonym, czyli “haunted house”, choć w nim nikogo innego poza chorą właścicielką nic nigdy nie straszyło. Myślę, że tak go przezwano, by zachęcić dzieci do oglądania go. I mimo że cena biletów jest mocno wygórowana (dzieci płaciły w czasie naszej wizyty po 27 dolarów za wejście, ja w swoim wieku też uznany zostałem za dziecko, zapłaciłem tę samą sumę, za żonę wyłożyłem 35 dolarów). Amerykańska reklama potrafi czynić cuda, miejsce jest zadeptywane, w naszej sporej grupie turystów ponad połowa to dzieci, które pod koniec zwiedzania były mocno rozczarowane, bo rozleniwione duchy ich nie postraszyły.

W młodości cudowne dziecko i niezwykła kariera
Miniaturowa Sara (147 cm wzrostu) była wykształconą kobietą, znała cztery obce języki już w wieku 12 lat: łacinę, francuski hiszpański i włoski, grała mistrzowsko na organach, była tak zwanym cudownym dzieckiem. Ta miniaturowa śliczna dziewczynka, córka rzemieślnika, stała się bardzo znana i podziwiana w jej mieście, zakochał się w niej William Wint Winchester, właściciel fabryki broni w New Haven w stanie Connecticut i pobrali się.

This slideshow requires JavaScript.

Urodziła się im córeczka, która przeżyła tylko 40 dni, zmarła na rzadką chorobę genetyczną – nie miała w ciele enzymu metabolizującego białka. Nie wyobrażam sobie rozpaczy rodziców przyglądających się dziecku umierającemu z głodu. Niedługo, w wieku 43 lat, zmarł jej mąż na gruźlicę płuc. Była wdową przez 40 lat.

Głównym produktem wspomnianej fabryki był słynny karabin winchester, który faktycznie podbił Zachód, uśmiercił dziesiątki tysięcy Indian, a gdy dostał się w ich ręce – tysiące białych mieszkańców tego kraju. Sara odziedziczyła majątek o wartości ponad 20 milionów dolarów i udziały w firmie broni, które generowały 1000 dolarów dziennie w formie odsetek. Wtedy jeszcze nie było na świecie miliarderów, była więc tylko bogatą milionerką – w dzisiejszych czasach z racji inflacji te liczby trzeba pomnożyć przez 30, by mieć realne wyobrażenie o bogactwie tej kobiety. Była prawdopodobnie najbogatszą kobietą świata w owych czasach.

W szponach medium

Załamana nieszczęściami rodzinnymi wpadła w ręce cwaniaka wróża, który skontaktował ją z duchem i on zaczął rządzić jej życiem. Medium podpowiedziało jej, że duchy zabitych żądają kary, więc by zachować swoje życie musi zbudować dom dla siebie i duchów i nigdy go nie dokończyć, bo wtedy zginęłaby. Posłuchała ducha. Tenże duch podpowiedział jej, że powinna przenieść się ze swej rezydencji w Connecticut do krainy, gdzie przeklęty karabin zabił najwięcej niewinnych ludzi, do Kalifornii. Zrobiła to. Kupiła ośmiopokojowy dom na dużej leśnej posiadłości właśnie w San Jose. Zabrała się do jego przebudowy. Wyliczono, że przebudowywała go aż do swojej śmierci w roku 1922 sześćset razy na przestrzeni 38 lat. Do niego dodawała inne budowle. Miała do pomocy około 20-osobową grupę budowniczych, którzy coś budowali lub przerabiali nieustannie przez 7 dni w tygodniu, przez 24 godzin na dobę. Były tam także kucharki, sprzątaczki, szofer i jedna z jej kuzynek – Sara uwierzyła, że ona nie będzie jej okradała. Ta ciągle piękna miniaturowa dama stała się żelazną damą na budowie. Nie znosiła żadnej krytyki i nawet drobna sugestia była powodem, że pracownik był zwalniany z pracy w tym samym dniu. Codziennie inkasowała tysiąc dolarów na wydatki i wypłatę dla pracowników domowych. Inne pieniądzą inwestowała kupując posiadłości w różnych rejonach Kalifornii. Wypłacała należności tym ludziom codziennie, chodziło o to, by mogła wyrzucić kogoś z pracy natychmiast. Wystarczyło by kucharka podjadała w czasie gotowania, już jej tu nie było następnego dnia. Pani domu miała kilka sekretnych otworów, by z innych pokojów móc podglądać prace w kuchni, więc nic nie uszło jej uwadze. Sara poza ciągłym przebudowywaniem pierwotnego domu dobudowywała do niego inne pokoje, a na obrzeżach swej 70-hektarowej posiadłości wznosiła inne domki, budynki gospodarcze, fontanny itp.

Dziwaczna przebudowa domu
Gdy jej dobry “duch” zapanował kompletnie nad jej umysłem, chyba z nudów czy dla zabawy dyktował jej dziwaczne sugestie: podpowiedział, by zmylić mściwe duchy, niech wybuduje schody prowadzące do nikąd, czyli do sufitu, w podłogę niech wstawi okno, zbuduje na piętrze drzwi, które otwierały się, ale z których nie było zejścia na zewnątrz. Nie wiem czy pani Winchester chciała tym kontrolować pracowników by nie pili za dużo, a gdy wypiją i stracą orientację i otworzą drzwi, by upadek z kilkumetrowej wysokości na ziemię ich otrzeźwił, czy po prostu chciała by duchy połamały sobie nogi. Inne drzwi się otwierały, ale za nimi była ściana, można było potłuc głowę, gdy ktoś nieuważnie próbował przez nie przejść. Biedne duchy, musiały być bardzo czujne w tym domu. Były to jakieś inne duchy niż sobie wyobrażamy – dla tych “naszych” ziemskie przeszkody nie istnieją, dla Sary były one jak ludzie z ograniczeniami podobnymi do tych, których źródłem jest nasze fizyczne ciało. Sama chowając się przed nimi spała każdej nocy w innej sypialni, a miała ich czterdzieści.

Początkowo Sara Winchester rozbudowywała oryginalny dom w górę, ale gdy słynne trzęsienie ziemi w r. 1906 zwaliło cztery piętra siedmiopiętrowej wieży i uwięziło ją w pokoju pod gruzami na 3. piętrze, a robotnikom zajęło wiele czasu by ją odnaleźć i łomem wyważyć drzwi w przesuniętej ścianie, nigdy już na to piętro nie weszła i rozporządziła, by nowe dobudowywane pokoje i budynki nie przekraczały wysokości tego piętra.

Wśród innych dziwactw rzucających się w oczy u tej chorej psychicznie kobiety była jej fascynacja liczbą 13. I tak do zakupionego drogiego dwunastoramiennego żyrandola dodano trzynaste ramię. W zlewie było 13 otworów, przeważnie po 13 paneli ściennych, 13 drzew obok podjazdu, 13 kopuł w szklarni, 52 świetliki dachowe (4 razy 13), wiele podłóg podzielonych na 13 sekcji itd. Klatki schodowe były wąskie, stopnie schodowe niskie, kilkucentymetrowe, by jej było się łatwiej przemieszczać, bo cierpiała na artretyzm. To, że nie były wygodne dla innych, to nie był jej, lecz tych innych problem.

This slideshow requires JavaScript.

 

Bogate wiktoriańskie główne wejście

Jak w każdym przyzwoitym domu wiktoriańskim wejście musiało był eleganckie, drogie. Takie kazała wybudować dwom najlepszym swoim pracownikom za dość wysoką sumę jak na owe czasy – 5500 dolarów. Tym wejściem przeszła tylko ona. Wszyscy wchodzili do domu bocznymi wejściami, a ona najczęściej prosto z garażu wbudowanego w dom. Kiedyś jeden z prezydentów USA, chyba Woodrow Wilson, zaciekawiony opowiastkami o pani Winchester postanowił złożyć jej niezapowiedzianą wizytę. Zjawił się przed głównym wejściem, które było zamknięte na kilka spustów. Jeden z pracowników zauważył go, nie rozpoznał, powiedział, że jeśli szuka pracy, niech wejdzie do domu bocznym wejściem. Prezydent się zdenerwował, uznał to za obrazę majestatu, zawrócił na pięcie – nawet on nie był godnym przekroczenia progu głównego wejścia.

Monstrualny dom pod koniec życia Sary
W czasie życia Sary jej dom miał 220 pokojów (dzisiaj pokazuje się turystom około 160) – inne nie zostały odbudowane po dwóch trzęsieniach ziemi. Są to przeważnie pokoje małe, niektóre wprost miniaturowe. Dość eleganckie, ale niezbyt wielkie, są sala balowa i salon; w sali balowej, jak można się domyślać, nigdy nie odbył się żaden bal. Kompleks ma ponadto 47 kominków, 17 kominów, trzy windy i tylko jedną kajutę z prysznicem, który był na wysokości głowy pani domu, czyli sama tam się kąpała – gdzie inni się myli, tego nawet przewodnik nie wiedział. Sara lubiła kwiaty i przede wszystkim ze względu na nie podgrzewała dom, najpierw gazem wytwarzanym z karbidu, potem ciepłem z pieca gazowego zainstalowanego w piwnicy i pompowanym po całym domostwie rurami. Miała w domu i ogrodzie niesamowitą ilość kwiatów, krzewów, drzew sprowadzonych aż ze 110 krajów świata. Ten piec był także źródłem energii elektrycznej, która poruszała jedną z trzech wind – nietrudno się domyśleć, że była to winda na wyłączny użytek pani domu. Piętro najbardziej zniszczone zostawiono w tym stanie jak wyglądało po trzęsieniu ziemi; przewodnik twierdził, że to z racji historycznych. Dziwne tłumaczenie, bo te zniszczenia to przeważnie odpadnięty tynk ze ścian – historia by nie ucierpiała, gdyby zaklejono dziury.

This slideshow requires JavaScript.

Sara zmarła w czasie snu, na atak serca w wieku 82 lat w roku 1922 w jednej ze swych sypialń, w której schowała się przed mściwymi ducham. Zdążyła zrobić testament, który w jej stylu był podzielony na 13 części z 13 podpisami po jednym pod każdą częścią. Dom i posiadłość wokół niego przepisała swej siostrzenicy Manan I. Harriot, jedynej osobie której ufała i z która spędziła kilka lat w domu nawiedzonym – dziwne, że złe duchy nie uganiały się za nią jak za jej ciotką.

Kryształowe okna Tiffany’ego
Po śmierci Sary znalazła się rodzina, która za życia nie przyznawała się do niej, czy odwrotnie – Sara do rodziny, podzieliła się jej innymi niż dom nawiedzony nabytkami. Siostrzenica wywoziła przez kilka tygodni wszystko, co miało jakąkolwiek wartość z tej ogromnej posesji, jedyne wartościowe kryształowe szyby okienne w oknach trzeba było zostawić, bo dom sprzedany został na licytacji, a kto by pokusił się o jego kupno z wieloma oknami pozbawionymi szyb. Już w piątym miesiącu po nabyciu posiadłości nowy właściciel uczynił z niego muzeum i wpuścił do środka pierwszych turystów. Okien i okienek w domu było ok. 10 tysięcy, większość normalne, szklane. Inne to arcydzieła słynnej firmy Tiffany, okna wielokolorowe, kryształowe. Wyjęto je później z ram okiennych i zgromadzono w sali tuż przy wejściu do domu. Tylko kilka zostawiono na swych miejscach. Te okna i panele okienne to faktycznie jedyny wielki skarb, który Sara zostawiła po sobie do podziwiania przez turystów, bo sam dom nie ma wielkiej wartości architektonicznej.

This slideshow requires JavaScript.

Louis Confort Tiffany był geniuszem w kilku dziedzinach sztuki, a przede wszystkim w zdobnictwie okiennym. Jego firma założona w 1878 r. była kontynuacją tradycji witrażowej, którą już znano w starożytności, ale przyjęła się w Europie od czasów francuskiego gotyku. Do czasu Tiffany’ego malowane szkiełka składano w metalowej ramie w formie jakiejś postaci czy widoku, a ponieważ była to sztuka prawie wyłącznie kościelna, tematyka była natury religijnej. Tiffany nie zrywając z tradycją religijną skoncentrował się raczej na tematyce świeckiej. Szkiełek nie malował, nadawał szkłu barwy przez stopienie go z solami metalowymi. Były to nie płaskie płytki, ale najczęściej trójwymiarowe kryształy. Łączenie tych elementów zastąpił nowszą trwalszą techniką: odszedł od wtapiania ich w dość grube ołowiane złącza, które odbierały obrazowi wyrazistość, ale owijaniem końcówek elementów folią miedzianą i lutowaniem cyną. Złącza były prawie niewidoczne, a cały obraz wyglądał jakby wyszedł spod pędzla malarza; przewyższał go jednak o całe niebo orgią kolorów, szczególnie gdy przedostawały się przez nie promienie słońca. Moim zdaniem obecni właściciele domu Sary powinni stworzyć oddzielne muzeum dla tych wspaniałości, a sam dom zostawić dla tych, co szukają tanich sensacji. Obecnie te arcydzieła zwalone są w jednym pokoju, oparte o siebie i niewiele da się dojrzeć z ich piękna. Za jedno z najpiękniejszych okien Sara zapłaciła “aż” 1500 dolarów. Ponieważ nigdy nie wyciągała ze szkatułki czy z banku więcej niż 1000 dolarów każdego dnia, przypuszczam, że sama i jej pomoc domowa poszli na przymusową półtoradniową głodową dietę, tym bardziej przykrą dla pracowników i służby, że w tym dniu nie otrzymali wypłaty. Okno to zainstalowała w północnej ścianie domu, by pozbawić złośliwe duchy oglądania jego piękna w oświetleniu słonecznym i by owe duchy jeszcze bardziej przygnębić do tej ściany dobudowała nowe pokoje. I my nie mieliśmy przyjemności oglądania prawdziwego piękna kolorowych kryształów tego okna w świetle słonecznym, bo nie przeniesiono ich tam gdzie słońce dociera, a to dlatego, że znowu wątpliwe racje historyczne wzięły górę nad estetyką.

***

Zniesmaczony wyszedłem z tego przybytku, co mi się rzadko zdarza, bo nawet w skromnych obiektach które odwiedzałem, zawsze mogłem się dopatrzeć czegoś ciekawego, intrygującego. Pozostał niesmak, że ta wykształcona i początkowo całkiem normalna kobieta spędziła wiele lat swego życia w ciągłym strachu przed złośliwymi duchami, które zadomowione w jej umyśle doprowadziły ją do choroby psychicznej.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.