Z powrotem w Ontario (62)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 21

Opisuję moją drogę przez czas stanu wojennego, co również złożyło się na moją drogę do Kanady, która zaczęła się w sierpniu, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten kraj, odwiedzając moją siostrę w Mississauga w 1980 roku. Pisałem o tym w poprzednich odcinkach „Do Kanady”. Teraz jest rok 1986, zima. Przenieśliśmy się w dwie rodziny na Warmię do gminy Gietrzwałd. Siedlisko nazywało się Łopkajny.  Na Łopkajnach spędziliśmy czas jak na ciągłych wakacjach. Gdzieś tam w miastach trwał stan wojenny, chociaż oficjalnie podobno skończył się w roku 1983. Nas to jakby nie dotyczyło. Pracę zapewnialiśmy sobie sami, produkując i sprzedając w szkołach całej Polski pomoce szkolne dla klas młodszych.

Zaczęło się lato 1986. Siedzieliśmy sobie z żoną przy stole w jadalni, gdy nagle zobaczyłem idącego w poprzek naszego obejścia obcego człowieka. Dziwne to było, bo najbliższych wiosek było ok. pięciu kilometrów a żadnego pojazdu nie zauważyłem. Nawet roweru. Nie zdążyłem zareagować, gdy pojawił się Marek (Czarny). Coś wołał do obcego, który zaczął uciekać. Czarny puścił się za nim w pogoń. W ręku trzymał rewolwer. Miałem tylko nadzieję, że na gazowe naboje. Usłyszałem strzały. Jeden, drugi! Obcy jeszcze przyspieszył. Czarny wpadł w widoczny obłok dymu wystrzałów. Nagle staną jak wryty, cofnął się, stanął, uniósł ręce do oczu. To były gazowe naboje. Niewiele myśląc, Czarny wpadł w chmurę swojego własnego gazu. Obcy uciekł i nie pojawił się więcej.

This slideshow requires JavaScript.

Któregoś dnia wyjeżdżałem z żoną do Olsztyna na zakupy. Dojechaliśmy do naszej bramy, która jak pisałem wcześniej znajdowała się prawie kilometr od domu. Zamykaliśmy ją zawsze na noc. Czasem, gdy dzieci były niegrzeczne to za karę szły tę bramę zamykać. Teraz podjechałem blisko, stanąłem, i już chciałem wysiadać by ja otworzyć, gdy zobaczyłem coś bardzo dziwnego. Jakąś dużą ciemnobrązową masę, która oblepiała oba skrzydła bramy na ich zetknięciu. Cała ta ciemna masa poruszała się z lekka. Wysiadłem ostrożnie, podszedłem bliżej. To był ogromny rój pszczół. Usiadły akurat na złączeniu dwóch skrzydeł bramy. By ją otworzyć musiałbym rozerwać całą tę brązową kulę pszczół. Byliśmy zamknięci na dobre. Innego wyjazdu nie było.

Nie znam się na pszczołach, ale czytałem, że okadza się je dymem. Wróciłem do domu, poszedłem do obory po słomę. Uplotłem z niej gruby powróz przeplatany świeżą trawą. Podjechaliśmy z powrotem pod bramę. Zapaliłem zaimprowizowaną pochodnię. Tak jak się spodziewałem, słoma zajęła się gwałtownym płomieniem, który zaraz przygasł, gdy zajęła się świeża trawa. Zaczął się wydzielać gęsty, biały dym. Ruszyłem do bramy. To rzeczywiście zadziałało. Po niedługim czasie, cały rój ruszył się głośnym brzęczeniem. Zwiałem szybko do samochodu. Pszczoły poleciały w przeciwnym kierunku, nie kojarząc mnie na szczęście z dymem. Mogliśmy wyjechać. Z pszczołami poszło mi dużo lepiej niż wcześniej z innymi, znacznie bardziej groźnymi owadami. Pierwszego zobaczyłem kilka dni wcześniej, gdy z głośnym brzęczeniem, a raczej już furkotem przelatywał nisko przed fontem domu. To był prawdziwy alarm. Wielki, w żółto-czarne pasy. Niby osa, ale wielki, tak z dziesięć razy większy. No może przesadziłem, ale nie bardzo. Muszą mieć gdzieś gniazdo. Zaczęliśmy z Czarnym szukać i niedługo odkryliśmy. Na poddaszu domu, z samego szczytu zwieszała się szara, jak z brudnego pomarszczonego papieru, nieregularna kula. Ze środka dobiegał głośny szum. To już nie żarty. Użądlenie trzech takich szerszeni może spowodować śmierć. Trzeba to spalić.

Łatwo powiedzieć, ale jak wykonać? Cały strych to dobrze wysuszone drewno. Cały dom może pójść z dymem i to nie tylko szerszeni, ale i nasz.. Weszliśmy na strych we trzech. Czarny, mój dwunastoletni syn Marcin i Marek (Czarny). Weszliśmy tam z gotowym planem. Ja miałem w ręku butelkę z benzyną, puszkę farby w aerozolu i sztormowe zapałki. Czarny trzymał w pogotowiu dużą pianową gaśnicę, a Marcin dużą packę na muchy. Plan był taki, że najpierw spryskam gniazdo szerszeni farbą by zatkać wszystkie otwory, potem obleję je benzyną i podpalę. Czarny miał uruchomić gaśnicę, gdy gniazdo już się spali, by nie dopuścić do pożaru domu. Marcin miał tłuc wszystkie szerszenie, które znalazłyby się na zewnątrz. Powoli i ostrożnie zbliżyliśmy się do papierowego gniazda. Dochodził z niego delikatny szum. Na zewnątrz były dwa duże szerszenie. Poczekałem aż weszły do środka, uniosłem puszkę z aerozolem. Czas działać. Farba pokryła dokładnie całe gniazdo. Ze środka rozległ się głośny szum. Szybko polałem gniazdo benzyną. Na zewnątrz już ukazywały się czarno żółte łby, powiększone strachem do monstrualnych rozmiarów. Moim strachem.

Szybko potarłem zapałkę, buchnął płomień. Na szczęście tzw. sztormowe zapałki nie były produkowane w Sianowie. Każdy, kto w tamtych czasach używał sianowskich zapałek wie że zapalała się w najlepszym przypadku, co trzecia. Sztormowe były inne. Pokryte „siarką” do połowy zapałki, natychmiast zapalały się dużym płomieniem, który był nie do ugaszenia nawet w wodzie. Zbliżyłem płomień do gniazda. Buchnął ogień. Większy niż się spodziewałem. Paliło się nie tylko gniazdo ale i wszechobecne pajęczyny. Wielkie pająki nagle ukazały się na zewnątrz uciekając w popłochu, zostawiając swoje płonące sidła. Czarny uniósł gaśnicę. Jeszcze nie! – krzyknąłem.

Marcin chlasnął szerszenia nadlatującego z zewnątrz, potem drugiego, trzeciego. Gniazdo skurczyło się, ucichło, zwęgliło, ogień zaczął lizać krokwie dachu, płomień objął benzynę na drewnianej podłodze, gniazdo drgnęło jeszcze kilka razy. Teraz!! – krzyknąłem do Czarnego. Z dużej gaśnicy trysnęła piana. Czarny nigdy nie panikował. Metodycznie spryskał podłogę i krokwie. Płomienie znikły, dym pozostał, snując się po całym rozległym strychu. Z gniazda pozostała zwęglona, czarna, pomarszczona kula. Na podłodze drgały trzy czarno-żółte, wielkie szerszenie trafione przez Marcina. Zadeptaliśmy je by mieć pewność, że się już nie podniosą. Udało się. Posiedzieliśmy na strychu jeszcze dobre pół godziny, by mieć pewność, że gdzieś nie tli się żaden ogień i że nie przyleci żaden zabłąkany szerszeń. Chyba wolę już dziki czy wilki niż te czarno-żółte potworki, które rozwścieczone potrafią zabić równie dokładnie jak duże dzikie bestie.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.