Sabine i Stewart, fajni Niemcy

0

Felieton z Polski/Austrii

Dziś Noc Kupały, najkrótsza, wianki na wodzie, wianki we włosach… Wieńce z dębiny nakłada się w państwach tzw. Pribałtyki, pamiętam taką noc 24 lata temu w Rydze, właściwie na obrzeżach, nad jeziorem, kiedy zjechali się goście z Litwy, Estonii no i Łotysze, gospodarze. My, paru Polaków byliśmy gośćmi. Ogołociliśmy niestety wiele gałęzi dębowych z co bardziej elastycznych odrostów z liśćmi i robiłyśmy, bo to ponoć kobiety mają robić, te wieńce. Dzieci się cieszyły, dorośli chyba jeszcze bardziej, bo tańce przy ogniskach palonych nad jeziorem, kiszone śledzie wprost z wiader, ogórki, nie pamiętam co jeszcze, chleb pyszny, i jakieś miejscowe trunki, cudowna noc, a w nocy kolejny obyczaj – wchodzenia nago do wody jeziora, wszyscy razem. My, Polki, młode żony z mężami i dzieciakami naonczas byłyśmy mniej przyzwyczajone do swobodnego rozbierania się w saunach, baniach czy innych wspólnych miejscach, ale koleżanki w każdym wieku i kształtach z Litwy czy Łotwy robiły to naturalnie. Ja weszłam do wody goła, ale w t-shircie, inne w strojach, tak to było. Noc dzika, upojna, pachnąca, atawistyczna, do dziś ją pamiętam. A potem białe noce, kąpiele w morzu o 3, 4 nad ranem… Wtedy na stacjach benzynowych, w innych miejscach także, widoczni byli ochroniarze z wielkimi kałachami, mafie dokonywały rozbojów, niedawno otwarty w Rydze McDonald był ulubionym miejscem dzieciaków i rekordów zjadania bułek z hamburgerami. Wczoraj to wspominałam z synem właśnie. Ryga, Noc Kupały pojawiły się w rozmowach, bo wynikły z pewnego pożegnania. Spotkaliśmy się na grillu u niemieckiej pani konsul w malutkim Opolu, właśnie kończy swoje cztery lata na placówce. Za Sabine Haacke zakwitła serdecznością, otwarciem, wymianą myśli, wzajemną ciekawością, życzliwością. Śmiałyśmy się z Sabine (bo przecież to normalni ludzie, z którymi inni normalni ludzie są na ty i nikomu to nie odbiera szacunku, pozycji i świadomości wzajemnych relacji), że podobnie zaczęłyśmy nasze “kadencje”: ona cztery lata temu zjechała tu w lipcu, ja podobnie, po sześciu latach życia we wciąż ukochanym Wiedniu, zaczęłam mieszkać na stałe w Opolu, z comiesięcznymi pobytami w Austrii. Pani konsul, zwana przez nas “konsuliną” kończy swoją kadencję, ja zostaj w rozkroku Opole- Wiedeń.

Ale właśnie, udają się nasi drodzy Niemcy teraz do Rygi właśnie. Firma specjalizująca się w przeprowadzkach dyplomatów w dwa dni spakowała ich czwórką ludzi, przewozi do magazynu w Warszawie, potem już do Rygi. Ale też płaczą nieco nasi niemieccy znajomi, że ludzie na Łotwie są chłodni, pełni dystansu, po doświadczeniach polskich wariactw, zaproszeń, bo byli na- wet tuż po swoim przybyciu do Opola na moim ślubie i przyję-ciu z nowymi dla nich obycza- jami, ludźmi. Ot, żeby się czuli przyjęci przez nas, lokalsów, w nowym punkcie ich życia. Odważyli się, przyszli. W ten też wieczór był mecz piłki nożnej, w której właśnie Niemcy przegra-li, nie wiem z kim, ale przeżywaliśmy to wspólnie i na luzie, z radością, śmiechem. Podarowali nam w prezencie piękne kubki na herbatę z motywami Klimta, wiedząc, że może mi się to kojarzyć z Wiedniem, choć akurat Klimtem i Sissi i Hundertwasserem, przepraszam, wymiotuję. Ale kubki są piękne, duże, lekkie. No właśnie, czemu z nich nie pijamy z mężem? Ciągle jakieś inne motywy wpadają nam w ręce…

To niezwykła para, ona dyplomatka, on z wyboru house-man; bankowiec, Kanadyjczyk o niemieckich korzeniach, doświadczony biznesmen zrezygnował z kariery własnej godząc się na przenosiny w różne rejony świata co kilka lat, za żoną. Wychowali synów, jeden jest w Kanadzie, drugi w Niemczech, a oni po spokojnym pobycie w malutkim, ślicznym w tej części gdzie mieszkali i pracowali Opolu, bo to Wyspa Pasieka, jadą do tętniącej życiem stolicy Łotwy. Wcześniej byli w Indiach, Stanach, Azji, przed Opolem – na Litwie, w Wilnie.

Ich przykład jako rodziny jest bardzo dla polskiego obyczaju nietypowy, dlatego często poń sięgam. Stewart zajmujący się domem, finansami, terminami, ich życie towarzyskim, przyjął nawet nazwisko żony, śmieje się, że jest lepsze, ładniejsze, synowie także, więc piękny “matronat” panuje w tej rodzinie. I powiem to głośno, będzie mi tych Niemców, tych ciekawych dyskusji, tych konwersatoriów językowych, które organizował Stewart w ich mieszkaniu, tych brunczów, politycznych, religijnych tłumaczeń świata w międzynarodowym towarzystwie, brakowało. Szczerych rozmów, które każą zrobić parę kroków z raz sztywnie przyjętej pozycji na rzecz innej perspektywy, to było bezcenne. Muzyka, fortepian, który z nimi wędruje, a na którym nikt ostatnio nie gra, obrazy, miłość do sauny, leciwy pies, który bał się szybko jeżdżących samochodów i ciągle było mu zimno, kilka staroci, rowery. Spakowano.

Niebywały obrazek, Opole, 20 czerwca, 18 godzina. Piękna willa z lat 20. ub. wieku, przebudowana w latach 80. bodaj, z zadbanym ogrodem, wysokim, mocnym ogrodzeniem, niemiecki konsulat. Pod pobliską szkołą muzyczną stoi autobus z napisem Bundeswehr, wojska niemieckiego, do wejścia “na ogrody” wije się kolejka ze stu osób z kwiatami, prezentami; w środku jest pewnie kilkaset. I wojsko niemieckie, znaczy orkiestra Bundeswehr, punktualnie o 18 daje koncert wojskowej muzyki, marszy, hymnu UE. Stare wille drżą muzyką dętą, a to wszystko na pożegnanie “konsuliny” i dla nas, kilkuset osób, gości. Ta siedemdziesiątka muzyków w mundurach, w tym cztery kobiety zaledwie, gra także koncert z absolwentami opolskiej szkoły muzycznej w filharmonii, potem z innymi “dętymi” w miasteczkach regionu na festynie. Absolutnie pokojowa wizyta żołnierzy Bundeswehry, pełna muzyki, rozmów. Usłyszałyśmy od jednej z muzyczek: “Polki to się pięknie ubierają, wyglądają, są takie zadbane, wyobraź sobie ten autokar, 70 sztuk chłopa, my cztery i ciągle słyszymy, o patrz, jaka ładna, patrz jakie dziewczyny itd. My ubieramy się przeważnie w portki, na luzie, wygodnie”. Mówiła to z zaciekawieniem, nigdy wcześniej nie była w Polsce. Jak widać, w tej sprawie opinia o Polkach jest trwała. Trzeba przyznać, że Sabine, drobna śliczna kobieta, dyplomatka, też zaczęła staranniej dobierać stroje i buciki podczas pobytu w Polsce. Tak mi się wydaje… Życzę temu niezwykłemu małżeństwu, które poza tym się lubi i wciąż się sobie podoba i tańczy ze sobą, i dba o siebie, by się dobrze czuło w Rydze. My już jesteśmy umówieni z wizytą i porcją wieeelkiej serdeczności, którą dowieziemy z Opola do Rygi. O polityce dziś ani słowa, tak jak o “polskich orłach” od piłki nożnej.

Idę świętować Noc Kupały, św. Jana i imieniny Alicji, też z krainy czarów…

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.