Martwy byk (odc. 1)

0

Rozdział I

Jest mi dobrze tak, jak dawno nie było. Odczuwam komfort psychiczny podobny tej nienazwanej lekkości bycia, kiedy jest się dzieckiem i nie ma żadnych zmartwień, za to same przyjemności. Leżę, nie poruszam się. Pragnę przedłużyć ten stan, lecz niestety, nie udaje mi się jak zwykle w przypadkach, gdy się chce przechytrzyć rzeczywistość. I naraz zaczynam odczuwać przykry ciężar, powodujący ból. Boli mnie klatka piersiowa i obie nogi. A właściwie stopy. Nigdy dotąd nie budziłem się z podobnym bólem. Co mi jest? Otwieram oczy. I zaraz zamykam, bowiem wpada mi do nich jakiś piekący kurz i powoduje ostre szczypanie połączone z łzawieniem. W tym krótkim otwarciu, dosłownie w oka mgnieniu zauważam ledwie tyle, że nic nie widzę. Gdzie jestem, nie wiem. Nie wiem także kim jestem. Nie mogę sobie niczego przypomnieć, choć intensywnie wymuszam obolałym mózgiem jakieś fragmenty zdarzeń z ostatnich chwil przed tym przebudzeniem, bo pewnie się przebudziłem, nie pamiętam. Nic nie pamiętam.

I wtedy przychodzi najgorsze. Uświadamiam sobie, choć przecież trudno brak świadomości, ten wyznacznik stanu, w jakim się znalazłem, uznać za uświadomienie sobie czegoś. Bo ja nic nie wiem. Za to mam świadomość swojej fizyczności, a to, co odczuwam, to nic więcej, jak coraz bardziej natężający się ból w klatce piersiowej oraz w stopach. Leżę, boję się drgnąć. Ale chcę sprawdzić gdzie się znajduję, więc poruszam palcami u rąk. Działa. Poruszam więc dłońmi i już wiem, że mogę poruszać rękoma. Natychmiast sięgam do klatki piersiowej by sprawdzić co mnie przygniata. Znajduję tam coś dużego, o ostrych brzegach, kamień chyba, ale kruszę go paznokciami, więc to chyba jakiś gruz. Z trudem przesuwam jego większą część, udało się prawie, choć niezupełnie, gdyż przy okazji wymacuję pełno tego gruzu.

Jestem zasypany. Czuję, jak po czole płyną mi grube krople, łącząc się w zagłębieniach obojczyków w strużki potu. Powoli próbuję przekręcić ciało na lewy bok i wtedy dopada mnie ostry ból w okolicy poniżej kości krzyżowej, a razem z tym bólem odczucie, że coś mnie trzyma przy podłożu, jakbym o coś zahaczył. Wiem już, że nie mam zbyt wiele czasu na zastanawianie się, przeto sięgam tam ręką i o zgrozo stwierdzam, że jestem nabity na jakąś drucianą szpilę. Unoszę się na rękach i z dużym trudem uwalniam się od tej kotwicy, czując wyraźnie, że szpila wydobywa się z głębin mojego ciała; musiała wbić mi się głęboko, bo trwa to dosyć długo, a boli tak, że ledwie nie mdleję. A zarazem ogarnia mnie coś niezwykłego, mianowicie doznaję erekcji. W miarę uwalniania się od drutu wbitego w moje ciało, doznaję niechcianego podniecenia, które nasila się, kończąc gwałtownym orgazmem, niezwykłym jak na okoliczności mu towarzyszące. Na chwilę krew uderza mi do głowy, o mało nie mdleję. To wszystko ma taką pozytywną stronę, że z chwilą uwolnienia się ból mija, jakby go nigdy nie było. Tylko mam na rękach pełno krwi, a kręgosłup jakby zaczynał mi drętwieć. Zmęczony leżę, odpoczywam. – Uciekać! – coś mi krzyczy w głowie moim głosem, a może to ja sam krzyczę w panice, która mnie naraz ogarnia.

Dzięki tym ruchom i działaniom, zyskuję wystarczająco dużo przestrzeni, by sięgnąć rękoma do stóp. Bardzo powoli uwalniam jedną po drugiej z gruzu, na szczęście stosunkowo drobnego. Przesuwam delikatnie dłońmi po całym ciele. Centymetr po centymetrze. Już mniej boli. Nie odkrywam żadnych przykrych zmian, poza wielkim guzem na potylicy, który przy naciskaniu w ogóle nie boli. Chyba powinien – myślę przestraszony. Jest duży i suchy, nie krwawi. Gdzie ja jestem? – to pytanie kręci mi się monotonnie w głowie aż do momentu, kiedy w połowie przestaje jak ucięte ostrym nożem. Zapadam w omdlenie.

Gwałtowny hałas, który jak już się zaczął, tak trwa nieustannie, jakby ryk jakiegoś groźnego zwierza, rozrywa mi głowę i powoduje automatyczną reakcję. Usiłuję zerwać się na nogi, ale nie udaje mi się, gdyż natychmiast, równocześnie z okropnym bólem całego ciała przypomina mi się, że przecież jestem przysypany. Otwarcie oczu mimo szczypania pozwala mi ujrzeć przede mną coś jakby strużkę światła w odległości nie więcej niż pięć metrów od miejsca, w którym leżę. Wiem, że muszę tam dotrzeć. Wytrzeszczam do bólu oczy, które zalewają mi strugi łez. Otwieram je i zamykam na przemian, co powoduje złagodzenie szczypania, po prostu łzawienie obmywa moje gałki oczne. Wokół ciemność, tylko ta rozjarana pionowa szpara, cieniutka jak listewka, za to długa na półtora metra lub dwa. Leżąc na plecach zaczynam działania mające na celu doczołganie się do tej szpary. Głowa mi pęka. Sięgam dłonią do guza, który jest wielkości drugiej głowy, jak mi się wydaje, i teraz boli jak diabli. Co tam guz – myślę. Żyję – cieszę się, jakby było z czego. Przecież nie wiem nawet, gdzie jestem. Nie mam pewności czy to miejsce, w którym z niewiadomej przyczyny się znalazłem, czyli dziura przysypana gruzem, za chwilę się nie zawali i nie pogrzebie mnie już na dobre.

Zabierze życie. – “…bo jak umrzesz, stracisz życie…” kołacze mi się w bolącej głowie fragment jakiegoś głupiego wierszyka. – “…stracisz życie…” – pulsują mi te słowa w rozpadającym się na kawałki mózgu. Nic nie pamiętam, niewiele też rozumiem, ale na pewno rozumiem tyle, że nie chcę tego życia stracić. Toteż zaczynam czołganie pełzaniem, ale tak, jak u Kinga w “Ręce Mistrza”, gdzie latają psychodeliczne pelikany nie normalnie, lecz do góry nogami, czyli na plecach. Pełznę więc na plecach wspierając się na łokciach i pomagając piętami.

Szpara, do której powoli, lecz nieustannie się zbliżam, w miarę zbliżania się do niej rozprasza coraz więcej światła. Już teraz coś niecoś widzę. Patrzę już mniej bolącymi oczami z konieczności ku górze, a więc w sufit. Nie, nie w sufit, bo to na co patrzę nie jest sufitem. To tylko kilka metalowych belek splątanych drutem zbrojeniowym ze zwisającymi kawałami gruzu. Gdzie niegdzie widać połamane meble i zwisające fragmenty pourywanych, grubych wiązanek elektrycznych kabli. Bardzo uważam, żeby ich nie dotknąć. I znowu nic nie widać, nawet moja szpara zniknęła. Nie dbam o to. Moje światełko w tunelu. Kiedyś uznawałem ten zwrot za niesłychanie wyświechtany, nadużywany, mimo ładnego brzmienia – nieładny. Teraz nabrał wyrazistości, ważności. Wiem, że przede mną już niezbyt daleko tli się jakaś nadzieja. Powoli, żmudnie pracując rękoma, odsuwając większe kawałki gruzu i rupieci, prę w tym ciemnym, ciasnym tunelu, pełznę na przekór logice, centymetr po centymetrze, straszliwie powoli lecz ciągle do przodu.

Nie docieram do żadnej szpary. Rozpacz. Przecież już dawno powinienem. Wokół ciemno jak w studni. Na dodatek wyrasta przede mną jakaś ściana. Ale nie taka zwyczajna, z muru, tylko drewniana, jakby szklista boazeria, co stwierdzam zdzierając do bólu paznokcie. Kiedy tak napieram na nią, rozlega się huk i ściana znika. I naraz pokazuje się świetlista dziura. Aż mnie oślepia. Kiedy otwieram oczy po raz któryś z kolei mrugając nerwowo, doznaję olśnienia. Odpycham się piętami. Pomagam rękoma i nagle wpadam bezwładnie do całkiem sporego pomieszczenia przypominającego kawiarnianą salkę. Wyglądałaby całkiem normalnie, gdyby nie fakt, że jej sufit zawalił się dzieląc ją na dwie mniej więcej równe części. Podnoszę się na kolana. Widzę obie, poprzez gąszcz przewodów i drutów i jeszcze coś dostrzegam. Nie, to się nie może dziać, myślę, kiedy patrzę na obraz, którego lepiej byłoby nigdy nie oglądać. Żołądek podchodzi mi gwałtownie do gardła i wymiotuję jego kwaśną treścią. Szczątki ludzkie leżą, wiszą, powiewają, straszą krwawymi rozmazaniami na fragmentach ścian, na stertach gruzów piętrzących się wokół. Zadzieram głowę do góry, żeby nie patrzeć na te makabryczne dziwadła. Widzę wielki lej, jakby ktoś przewiercił się z góry w dół pokazując zniszczenia na kilka pięter. A na samym końcu tego leja kłębi się dym z prześwitującymi czerwonymi jak krew jęzorami ognia. Widzę ten dym i ten ogień, ale na razie nie czuję gorąca. Panuje normalna jak mi się wydaje temperatura. I nagle padam na ziemię. Powala mnie huk jak po uderzeniu obuchem. Przypuszczam, że do tej pory miałem zatkane uszy, bo teraz huk jest we mnie, nie do wytrzymania. Ja nic nie słyszę. Moje ciało nabiera od tego hałasu wibracji. Powoli się do tego przyzwyczajam, bo instynkt samozachowawczy rozkazuje mi, jak się domyślam, uciekać z tego miejsca jak najdalej. Po raz pierwszy od chwili ocknięcia przyjmuję pozycję pionową. Podnosząc się, zaczepiam o coś rękawem marynarki. Tak, mam na sobie granatową marynarkę i szare spodnie. Koszula niebieska z zawiązanym wąskim czerwonym krawatem. Oglądam siebie dokładniej i w tym całym chaosie zauważam mój niepoważny wygląd. Nie pasuję do tego wnętrza. Ubranie powalane kurzem z tynków w większości fragmentów zachowało się w nie najgorszym stanie. Marynarka wygląda na nieuszkodzoną, koszula na piersi podarta, krawat postrzępiony, a spodnie całe tylko do kolan. Jakby ktoś mi je odciął nożycami. Na lewej nodze brązowy lakierek totalnie zniszczony, prawa tylko w skarpecie w banalne, czerwonoczarne paski.

Usiłuję odczepić lewy rękaw, szarpię ręką ale czuję, że mocno się o coś zaczepiła. Spoglądam nerwowo, spieszę się. Dostrzegam duży, okrągły jak cebula złoty zegarek wysadzany przezroczystymi szkiełkami, na grubej złotej bransolecie. Ten zegarek należy do dłoni, na której przegubie jest umieszczony. I kiedy tak przestraszony spoglądam na opaloną dłoń ozdobioną drogim zegarkiem, z białym jak śnieg mankietem jedwabnej koszuli to doznaję wrażenia, jakby ta dłoń kurczowo chwyciła mnie za rękaw błagając o ratunek. A to tylko owa bransoleta zaczepiła mi się o guziki rękawa marynarki, nie puszcza. Widzę tylko dłoń, resztę ręki przysypał gruz. Odgarniam tynk i kamienie. Przerażenie odbiera mi zmysły, odskakuję jak oparzony. Dłoń z zegarkiem oddziela się od kikuta ręki i podynduje na guzikach. Strząsam ją z obrzydzeniem. Dłoń odpada jakby niechętnie, zegarek nadal wisi. Zrywam go z guzika i odruchowo wkładam do kieszeni.

I wtedy doznaję olśnienia. Poznaję ten zegarek. I wspomnienie jak błyskawica rozświetla mi głowę. Widziałem już ten zegarek. I już wiem gdzie jestem. I kim jestem i po co tutaj przyszedłem. Nazywam się Filip Krawiec, lat pięćdziesiąt sześć. Jestem emerytowanym nauczycielem, Kanadyjczykiem pochodzenia polskiego. Przyleciałem z Warszawy do Nowego Jorku na zabieg usunięcia raka prostaty.

Rozdział II
Pamiętam. Stałem w oknie apartamentu numer 1109 Renaissance Hotel przy Times Square w samym sercu Manhattanu. W oknie nie byle jakim – długim, szerokim, wysokim do samej podłogi okutanej w pomarańczową gęstą wykładzinę. Dobrze mi było w tym hotelu położonym przy Broadwayu i Siódmej Ulicy. Wszędzie blisko. Spoglądałem na szeroką perspektywę wieżowców World Trade Center. W Wieży Północnej na osiemdziesiątym trzecim piętrze umieścił swoją klinikę urologiczną “mój doktor”, a przy tym moja ostatnia nadzieja, Emmanuel Silberstein. Tamtego dnia, a było to dziesiątego września dwa tysiące pierwszego roku, z mojego balkonu obserwowałem słynny taras widokowy znajdujący się na sto siódmym piętrze Drugiej Wieży. Jak dowiedziałem się z hotelowego foldera, jest to najwyżej położone obserwatorium świata na wolnym powietrzu, z którego przy dobrej pogodzie można zobaczyć okolice oddalone o czterdzieści pięć mil w każdym kierunku.

Obserwowałem zaledwie skrawek tego tarasu, resztę zasłaniał mi budynek hotelu. Widziałem ludzi poruszających się jak mrówki w niemym filmie przyrodniczym. Zabawny był to widok. A jeszcze przed paroma dniami stałem w oknie wypasionej (jak to teraz mówi młodzież) willi mojej przyjaciółki Agaty. Zeszło mi trochę w tym Zakopanem. Minął jak jeden dzień przedłużony urlop w Polsce, dokąd przyleciałem z Kanady. Zapragnąłem odpoczynku przed zaplanowaną za miesiąc operacją raka prostaty, którego zdiagnozowano u mnie przed trzema miesiącami. Decyzję w sprawie ryzykownej operacji wycięcia gruczołu podjąłem pod wpływem Agaty, bowiem to ona zarekomendowała mi usługi swojego przyjaciela po fachu z Nowego Jorku przysięgając, że jest najlepszym lekarzem od oddawania moczu na świecie. Zobaczymy. Doktor Emmanuel Silberstein wraz z odkrytą przez siebie, opatentowaną oraz nieźle już sprawdzoną metodą, nazwaną w skrócie (ale długi skrót) fotoselektywnym odparowaniem substancji zrakowaciałej prostaty, jest moją nadzieją. Uwierzyłem w słowa Agaty, że czyni cuda. Uwierzyłem jednakże dopiero po przesłaniu mi elektronicznie z kliniki doktora dowodów na skuteczność tej metody. Oto mam przed sobą opisy przebiegu chorób kilkunastu wyleczonych pacjentów oraz sposobów ich dochodzenia do zdrowia. Czytam peany pacjentów na cześć doktora, u którego wyleczyli się z choroby dziesiątkującej mężczyzn na całym świecie, nie tracąc przy tym ani samego gruczołu, ani sprawności działania dróg moczowych ani co najważniejsze – nie utracili potencji

ciąg dalszy nastąpi

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.