Z powrotem w Ontario (57)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo.
Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Do Kanady – 16

Opisuję moją drogę przez czas stanu wojennego, co również złożyło się na moją drogę do Kanady, która zaczęła się w sierpniu, gdy pierwszy raz zobaczyłem ten kraj, odwiedzając moją siostrę w Mississauga w 1980 roku. Pisałem o tym w poprzednich odcinkach „Do Kanady”. Teraz jest rok 1985. Przenieśliśmy się w dwie rodziny na Warmię do gminy Gietrzwałd. Siedlisko nazywało się Łopkajny.  Na Łopkajnach spędziliśmy czas jak na ciągłych wakacjach. Gdzieś tam w miastach trwał stan wojenny, chociaż oficjalnie podobno skończył się w roku 1983. Nas to jakby nie dotyczyło. Pracę zapewnialiśmy sobie sami, produkując i sprzedając w szkołach całej Polski pomoce szkolne dla klas młodszych.

Jest wczesna jesień 1985 rok. Wracam z trasy po Polsce. Godzina 6:30 rano. Z ulgą skręcam z wąskiej warmińskiej, wijącej się wśród potężnych buków szosy na leśną drogę wiodącą do naszego siedliska. Słońce wzeszło dziesięć minut temu, jest ciepło i przyjemnie. Pachnie świeżą ziemią, lasem, jesienią. Zbliżam się do naszej bramy. Brama znajduje się ponad siedemset metrów od budynków, których nie widać za wzgórzem.

Z przeciwnej strony, bardzo powoli, nadjeżdża gazik leśniczego. Dach zdjęty. W środku obok znajomego leśniczego siedzi też znajomy hodowca owiec z niedalekiej (ok. 6 km) wioski Worliny. Gazik porusza się w żółwim tempie. Leśniczy, wychylony przez otwór po zdjętych drzwiach patrzy z uwagą w ziemię. Leśna droga pokryta jest miałkim piaskiem. Liście nie zdążyły jeszcze spaść z drzew. To dopiero połowa września.

This slideshow requires JavaScript.

Zatrzymuję się, oni też. Wysiadam i podchodzę. Co się dzieje? – pytam. Jedziemy po śladach – mówi leśniczy. Coś zagryzło siedem owiec i urwało ogon rozpłodowemu baranowi. Zdrętwiałem. Nasze siedem wilczurów, czy to one narozrabiały? Ślady wielkich, psich, lub wilczych łap prowadzą wyraźnie przez bramę w stronę zabudowań.

Dojeżdżamy do domu. Wszyscy jeszcze śpią. Wszyscy oprócz młodych wilczurów, potomków mojego Szeryfa (krzyżówki owczarka niemieckiego i wilka syberyjskiego z warszawskiego zoo) i Czarnego Suni (rodowodowego owczarka niemieckiego). Młody potomek, też Szeryf (stary zginął rok wcześniej od kuli selekcjonera w pogoni za łanią, pisałem o tym kilka miesięcy temu), poznał mój samochód i przybiegł się przywitać. Uśmiechnięta psia morda szczerzyła zęby w paszczy jeszcze wypełnionej owczą wełną. Trudno o lepszy dowód przestępstwa.

Obudziłem Czarnego. Zapomniał uwiązać psy na noc. Poszły przez ogrodzenie na tyłach rozległych pól, ale wróciły wygodnie przez otwartą bramę, którą Czarny też zapomniał zamknąć, zostawiając wyraźne ślady na piaszczystej drodze. Żeby chociaż padał deszcz i zmył te ślady, ale Indian i ich taniec na przywołanie deszczu miałem dopiero poznać w przyszłości w Kanadzie. Nawet nie próbowaliśmy się wypierać. Tym bardziej, że hodowca to przecież dobry znajomy i sąsiad. Siedem owiec. W roku 1985 kosztowało nas to prawie 20 tysięcy złotych. Całe szczęście, że rozpłodowy baran, który sam jeden kosztował prawie 30 tysięcy uciekł do jeziora. Psy zdążyły tylko urwać mu ogon, ale ocalał.

Co mogliśmy zrobić. Zapłaciliśmy. Kolega przywiózł zagryzione owce na przyczepie traktora. Były przecież teraz nasze. Skóry były dobre, nieposzarpane. Te psie „skurczybyki” zabawiły się dusząc te owce, nie naruszając skóry poza gardłem. Cztery się wykrwawiły i mięso z nich nadawało się do jedzenia. Trzy, niestety nie nadawały się do spożycia, bo były tylko poduszone. Sam zdjąłem z nich skóry, wypatroszyłem, podzieliłem mięso. Cztery były dla nas, trzy na karmę dla psów. Czemu tak? Bo mięso, z którego nie zeszła krew to padlina i nie nadaje się do spożycia. Tak, więc nasza psiarnia jeszcze dostała nagrodę za swoje przestępstwo. No cóż. Skóry daliśmy do wyprawienia i zwróciło nam się 7 tysięcy. Drogie się zrobiły te nasze psy.

Rok wcześniej, Czarny, zazdroszczący mi starego szeryfa, kupił w Olsztynie psa wilczura. Pies był na szkoleniu milicyjnym, ale z jakiegoś powodu nie nadawał się do służby. Ten powód poznaliśmy dość szybko, gdy zaczął nam zagryzać kury, zabił mojego ulubionego kota (skórę z tego kota przywiozłem aż do Kanady, był ogromny) i poranił konia. Czarny szybko oddał go znajomemu leśniczemu nic nie mówiąc o jego przywarach. U leśniczego pies zagryzł cztery kury, gąsiora, poszarpał krowę i rozerwał łopatkę źrebakowi.

Leśniczy był dusza człowiek. Mimo że miał z racji swojego zawodu i strzelbę i amunicję, nie potrafił zabić zwierzęcia. Gdy musiał zastrzelić lochę, której przy porodzie wyszła cała macica to zwymiotował. Wszyscy znali tę historię.

Pewnego dnia przyjechał do nas pytając czy chcemy cielaka na mięso. Za darmo. Ktoś kłonicą złamał kręgosłup jego cielakowi, który poszedł w szkodę i po tym przetrąceniu mógł już tylko siedzieć, nie mogąc się paść. Groziła mu śmierć głodowa. Rzeźnik gminny wyjechał na dwutygodniowe wakacje a leśniczy sam nie potrafił cielaka zabić. Niektórzy tak mają. Pojechaliśmy po tego cielaka syrenką Bosto Czarnego. Przywieźliśmy go i dość sprawnie mi poszło to morderstwo. Cielęciny było w bród.

Ale wracam do leśniczego i psa Czarnego, a właściwie to już psa leśniczego. Po rozszarpaniu łopatki źrebaka, leśniczy przyjechał do nas by psa oddać. Zostawił go w samochodzie koło bramy (700 metrów) i przyszedł się zapytać czy weźmiemy tego szalonego psa z powrotem. Na szczęście Czarnego nie było, a ja powiedziałem, że nie mogę za niego w tej materii decydować. Leśniczy się zmartwił, ale to był dobry człowiek, bez żadnych przekleństw powiedział, że wróci później i poszedł do samochodu. Minęło dziesięć minut, gdy usłyszeliśmy huk wystrzału. Pobiegłem do bramy, ale nikogo już tam nie było. Potem się dowiedzieliśmy, że gdy leśniczy wrócił do auta, zobaczył, że pies zżarł mu wielką gomółkę żółtego sera. Sera, który specjalnie zamówił w Olsztynie i czekał na niego ponad dwa tygodnie. Tego przestępstwa już nawet ten dobry człowiek nie wytrzymał. Wypuścił psa z samochodu, wyjął strzelbę i strzelił. Nigdy już tego psa nie widzieliśmy. Nie widzieliśmy też ciała, więc tak do końca nigdy się nie dowiedzieliśmy czy leśniczy psa zastrzelił czy nie.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.