Walizki, które ratują ludziom życie

0

Na corocznym polskim festynie w Toronto, pomiędzy kramami z polskim piwem i pierogami, występami zespołów folklorystycznych i innymi równie przysłowiowymi polskimi atrakcjami, zobaczyłam coś bardzo interesującego. Kilku młodych ludzi stojących z wyraźnie używanymi walizkami pod banerem “Not Just Tourists” (“Nie Tylko Turyści”), bardzo entuzjastycznie rozmawiało z przechodniami. Przystanęłam, aby się czegoś dowiedzieć – i tak poznałam Krishnę, a potem Jeremy’ego – dwóch
zapalonych wolontariuszy. To pierwszy z dwóch w tej opowieści polskich akcentów – “Mała Polska” przy Roncesvalles Avenue w Toronto, gdzie odbywał się ten festyn. Oto druga: podczas festynu Jeremy powiedział mi o swojej dziewczynie, Celinie, która jest Polką i również jest zaangażowana w działalność organizacji.

Małgorzata P. Bonikowska: Jeremy, opowiedz o Waszej organizacji.
Jeremy Landry: Not Just Tourists to organizacja, która pomaga osobom podróżującym sprawić, że ich podróże nabierają dodatkowego znaczenia. To, co robimy, można streścić tak: nasi wolontariusze zbierają podarowane przez szpitale środki medyczne, które inaczej wylądowałyby na wysypisku śmieci. Potem w każdą środę sortują je i pakują do walizek, które może zabrać każdy, kto jedzie do jakiegoś kraju rozwijającego się, np. na Kubę, Dominikanę lub gdziekolwiek indziej, jeśli tylko ten ktoś zechce poświęcić swój czas na dostarczenie takiej walizki do kliniki borykającej się z trudnościami.

Te kliniki zazwyczaj nie są daleko od miasta, czasem są nawet w mieście. Zasadniczo jednak można powiedzieć, że im dalej od miejsc turystycznych, tym większe są potrzeby. Miałem okazję przekonać się o tym podczas swojej podróży. Odwiedziliśmy klinikę położniczą, w której było tylko kilka bandaży. Walizka taka, jak nasza, to dar w postaci środków medycznych o wartości 200 – 400 dolarów. Może ich wystarczyć na wiele miesięcy. Możliwość zrobienia czegoś takiego, poprawy życia innych ludzi poprzez poświęcenie kilku godzin ze swojej podróży – to właśnie coś, co ludzie mogą zrobić. Na cele dobroczynne dla lokalnej społeczności ludzie zawsze przekazują ubrania i pomoce edukacyjne. Jedną z rzeczy bardzo cennych w takich rejonach są bandaże i strzykawki, których używa się ponownie po wygotowaniu, czasem wielokrotnie, aż w końcu przestają przekłuwać skórę. Tak jest często. Tak więc dajemy podróżującym możliwość zrobienia czegoś dobrego dla kraju, który starają się poznać.

This slideshow requires JavaScript.

Wszystko zaczęło się od pewnego lekarza i jego żony, tutaj, w Ontario, w 1990 roku, kiedy wyjeżdżali na Kubę. Zaczęli zbierać środki medyczne w garażu. Ich przyjaciele dowiedzieli się o tym i wszyscy jadąc w podróż chcieli coś zabrać, żeby pomóc. Teraz ta inicjatywa rozrasta się poza Ontario. Niedawno otworzyliśmy oddział w Bristolu w Wielkiej Brytanii. Pojawiamy się w USA. Chcemy, aby wszystkie rozwinięte kraje wysyłały taką pomoc, żeby środki medyczne nie były marnowane i nie trafiały na wysypiska śmieci. Jeśli ktokolwiek jest zainteresowany otworzeniem nowego oddziału, niech po prostu da nam znać.

Małgorzata P. Bonikowska: Celino, porozmawiajmy o twoim polskim pochodzeniu, o tym, jak bardzo jesteś Polką.
Celine Wodka: Moi rodzice są oboje z Krakowa, więc to polski był moim pierwszym językiem. Mówię po polsku, ale czuję, że mogłabym to robić lepiej. Teraz właśnie nad tym pracuję.

M.P.B.: Urodziłaś się w Kanadzie?
C.W.: Nie, urodziłam się we Francji. Moi rodzice opuścili Polskę chyba w 1977 roku. Przeprowadzili się wtedy do Francji i tam się urodziłam. Mieszkałam tam przez dwa lata, a potem przyjechaliśmy do Kanady w 1988 roku.

M.P.B.: Zdarza ci się jeździć do Polski w odwiedziny?
C.W.: Tak. Moja babcia mieszkała w Krakowie, tak samo jak mój dziadek. Oni już nie żyją, ale mam ciocie i wujków, których zawsze mogę odwiedzić, kiedy przyjeżdżam. Mój kuzyn, który dorastał tutaj, w Kanadzie, poznał Polkę z Warszawy i przeprowadził się tam około sześć lat temu. Odwiedziłam go już kilka razy. Tak więc z pewnością mam Polskę we krwi i chciałabym wnieść ją w życie swoich dzieci aby utrzymać polskość. To dla mnie bardzo ważne. Jeśli jednak chodzi o to, jak mówię po polsku, to jestem w tej kwestii bardzo nieśmiała.

M.P.B.: W jaki sposób zaangażowałaś się w “Not Just Tourists”?
C.W.: Mój kolega, Mara, poznał Avi’ego, głównego koordynatora, który to wszystko organizuje. To on znalazł kościół, w którym odbywa się pakowanie. Tam mają bazę. Opowiedział mi o tym i wtedy ja poznałam Avi’ego, i poszłam na kilka “pakowań” razem z nimi. Czuło się tam wspólnotę. Początkowo grupa była bardzo mała, ale miło było zebrać się razem i zrobić coś niesamowitego. To połączyło mnie z moimi korzeniami, bo pamiętam, jak moi rodzice wysyłali do Polski paczki z książkami i ubraniami, kiedy tylko mogli. Potem przyszłam do “Not Just Tourists”, a oni robili to samo ze środkami medycznymi, i to takimi, które się marnują. Tak więc poczułam, że to coś, czego chcę być częścią.

M.P.B.: Kiedy to było? Kiedy zaczęłaś się angażować?
C.W.: Jakieś trzy lub cztery lata temu. Przestałam przychodzić przez pewien czas ze względu na pewne wydarzenia w moim życiu. Po prostu nie miałam czasu. Jeremy przeprowadził się do Toronto i znalazł to. I to chyba nas znowu połączyło i teraz jesteśmy parą.

M.P.B.: Kolejną niesamowitą rzeczą jest to, że dzięki tej organizacji wy się spotkaliście. Co unikatowego jest w tej grupie? Co unikatowego jest w tym co robicie? Dlaczego spośród tylu innych możliwości wolontariatu wybrałaś akurat tę?
C.W.: Czuję, że jej cel jest niesamowity. Ja jestem taką osobą, która nie znosi, kiedy rzeczy się marnują. Gdy dowiedziałam się, jak dużo środków medycznych po prostu wyrzuca się na wysypiska zamiast je zużyć, pomyślałam, że świetnie byłoby robić coś, żeby je przekazać potrzebującym. To bardzo trudne, ponieważ kiedy zgłaszam się do wolontariatu, lubię widzieć efekt od razu. Tutaj to jest proces, wiele rzeczy składa się na niego i wielu ludzi wkłada w to całe serce. To właśnie zobaczyłam dzięki tej organizacji – że jest tak wiele osób, którym to nie jest obojętne i myślę, że to jest bardzo ważne, żebyśmy dalej działali dla tej wielkiej sprawy. To piękne. Dla mnie to jest szczególnie wyjątkowe, bo po pierwsze – spotkałam Jeremy’ego i szczerze mówiąc, wróciłam do pakowania głównie ze względu na niego. Czułam, że przebywanie tam z nim i patrzenie na jego pasję też we mnie obudziło pasję. Udało nam się razem podarować walizkę, więc teraz to już na zawsze pozostanie czymś wyjątkowym. Możliwość doświadczenia tego razem była niesamowita i to jest coś, co chciałabym kontynuować. Chciałabym, aby inni też to robili. Jest bardzo ważne, żeby powiedzieć wszystkim, że kiedy podróżują, mogą zrobić coś większego i że są ludzie, którzy tego potrzebują.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Jak opisałabyś społeczność, która powstała na skutek tego przedsięwzięcia? Wolontariusze przychodzący w środę wieczorem, kiedy zajmujecie się pakowaniem, to ludzie z różnych środowisk, w różnym wieku, prawda?
C.W.: Tak, dosłownie, od licealistów do emerytów. Niesamowite, jak wszyscy spotykają się razem i potrafią komunikować się ze sobą. Do takiego pakowania potrzeba mnóstwo organizacji. Nie ma w tym pieniędzy, co również jest cudowne. Ludzie po prostu zbierają się razem z dobrej woli i dobrego serca, żeby zrobić coś niesamowitego. Są w każdym wieku, więc można zobaczyć to, że dobro jest w każdym. Nieważne, czy jesteś irytującym licealistą, ale przecież masz dobre serce i chcesz zrobić coś dobrego.

M.P.B.: Spędzacie razem czas poza organizacją? Spotykacie się, macie ze sobą kontakt?
C.W.: Po pakowaniu w środę zazwyczaj idziemy się czegoś napić, kilka kroków dalej, w Sangria, która jest ostatnio jednym z naszych ulubionych barów. Oczywiście, licealiści tam nie chodzą, ale to świetny sposób, żeby się odstresować i porozmawiać o zwykłych sprawach. Wszyscy jesteśmy z różnych kręgów i to cudowne, jak można po prostu spotkać się i znaleźć wspólną płaszczyznę.

M.P.B.: Czy czasem dostajecie informacje zwrotne? Na przykład, kiedy ktoś weźmie przygotowaną przez was walizkę, wyjedzie i wróci do Toronto, czy dowiadujecie się, jakie miał doświadczenia?
C.W.: Tak, i większość tych doświadczeń jest niesamowita. Na przykład, mój przyjaciel pojechał do Ameryki Południowej i chciał udać się w głąb dżungli, aby znaleźć najbardziej oddaloną od świata klinikę. Wziął starą walizkę płynąc rzeką, później znalazł kogoś, kto go zawiózł polnymi drogami do kliniki. Kiedy tam dotarł, było dla niego niesamowite, jak ci ludzie żyją. Warunki są bardzo prymitywne i nigdy wcześniej nie doświadczył czegoś takiego, jak wtedy, kiedy otrzymywali walizkę. To uczucie, że gdzieś tam są ludzie, którzy myślą nie tylko o sobie. Na ogół takie właśnie jest to doświadczenie. Po prostu fala emocji, o których istnieniu nawet nie miało się pojęcia. Kiedy my pojechaliśmy do Indonezji, przekazaliśmy walizkę w małej wiosce w okolicach Kupang. Znaleźliśmy kierowcę, który nam o niej powiedział, ponieważ dobrze jest pytać miejscowych, gdzie są kliniki. Dobrze jest wejść w ich społeczność i zobaczyć, co jest dla nich ważne. On skierował nas do tej malutkiej kliniki i zawiózł nas tam samochodem. Kiedy tam dotarliśmy, w tej malutkiej klinice były dwie kobiety, może cztery sale i magazyn. W szafce z zaopatrzeniem były dwa plastry z opatrunkami, czyli właściwie nic. Pokazaliśmy im, że przekazujemy im darmową walizkę pełną środków medycznych. Były niezwykle podekscytowane. Natychmiast się strasznie wzruszyłam, a ponieważ jednocześnie filmowałam, więc nawet, jeśli zobaczycie to nagranie, to obraz cały czas skacze przez te emocje, które były nie do opanowania. To, co robiliśmy do tej pory, całe to pakowanie, te miesiące spotykania się – wszystko zaczyna w tym momencie mieć sens i to jest cudowne przeżycie. Uważam, że każdemu to może przynieść – i przyniesie – coś dobrego.

Ich wlsna walizka – Celina i Jeremy w Indonezji

M.P.B.: Co w takim razie możemy zrobić?
C.W.: Jeśli znacie kogoś, kto wybiera się w podróż albo sami wybieracie się w podróż i możecie zabrać walizkę tam, dokąd jedziecie oraz możecie zobowiązać się, że znajdziecie klinikę i przekażecie jej środki – to jest ta najmniejsza rzecz, którą możecie zrobić. Nie trzeba przychodzić na pakowanie. Oczywiście, cudownie jest zobaczyć od początku do końca, jak to działa, ale jeśli jesteście zbyt zajęci lub nie wystarczy wam czasu do wyjazdu, a wiecie, że możecie wziąć walizkę – to jest wszystko, o co prosimy.

M.P.B.: A jeśli chodzi o przekazywanie wam środków medycznych?
C.W.: Jeśli znacie klinikę w Toronto, która może przekazać cokolwiek, napiszcie do nas na info@njttoronto.com. Udzielimy ci więcej informacji, jak to zrobić.

•••

Więc zachęcamy wszystkich do angażowania się. Kto wie, może znajdziecie tam miłość. A jeśli nie miłość, to na pewno mnóstwo przyjaciół zafascynowanych tym wspaniałym celem. Strona internetowa organizacji – http://njttoronto.com

Małgorzata P. Bonikowska
Tłumaczenie wywiadu M.P.Bonikowskiej z języka angielskiego – Zuzia Godzińska
Foto: http://njttoronto.com 

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.