Polsko-kanadyjsko-japońska artystka zmienia los ludzi w Laosie, Indiach i Ugandzie

0

Z cyklu: Rozmowy POLcastu

Sylvia mieszka w Japonii, z którą czuje niezwykle silną więź, oddając się sztuce i pomocy tym, którzy jej potrzebują. Są to dwie pasje, które skutecznie łączy, zmieniając życie innych.

Sylvia Beauchain wierzy, że pomaganie innym ludziom nie musi wiązać się z wielkimi organizacjami, które potrzebują mnóstwo pieniędzy do funkcjonowania. Jej wizją pomocy potrzebującym było utworzenie Chi-ki Children’s Charity, małej organizacji, która daje ludziom z Azji i Afryki wiarę w swoje możliwości poprzez edukację, wiedzę, poprawę jakości życia, a także lokalne inicjatywy.

Małgorzata P. Bonikowska: Sylwio, opowiedz nam w skrócie swoją historię.
Sylwia Beauchain: Urodziłam się w Polsce, nad Bałtykiem, w niewielkim Elblągu, położonym niedaleko Gdańska. To były bardzo trudne czasy. Moja mama zdecydowała się przeprowadzić ze mną do Niemiec, gdzie mieszkałyśmy dwa lata. Miałam wtedy niespełna pięć lat, więc opuszczenie Polski było dla mnie również opuszczeniem dziadków, bo to było jedyne co znałam. Mieszkałyśmy w Niemczech do 1982 roku, kiedy to przeniosłyśmy się do Kanady. Moja mama zdobyła wizę ale gdy już wylądowałyśmy na lotnisku Pearsona nie za bardzo miałyśmy nawet miejsce do spania więc dołączyli nas do jakiejś grupy. Zostałyśmy same z dwiema walizkami. Tylko ja i moja mama. Miałam wtedy prawie 8 lat, a ona pracowała w tamtym okresie bardzo ciężko. Mieszkałyśmy nad delikatesami, przez co moje warkocze zawsze pachniały kiełbasą, co było powodem ciągłego dokuczania mi w szkole. W tamtym czasie miałam jednego pluszaka, a my spałyśmy na podłodze.

Moja mama zaprzyjaźniła się z jedną wspaniałą kobietą, z którą są przyjaciółkami całe życie, której mąż miał firmę meblową. Był Żydem z pochodzenia – na ramieniu miał wytatuowany numer, nadany mu w obozie koncentracyjnym. Stał się dla mnie jak wujek. W momencie gdy zobaczył w jakich warunkach żyjemy, dostarczył nam ciężarówkę pełną mebli. Dzięki temu zyskałyśmy łóżko, co sprawiło, że byłam bardzo szczęśliwa.

Uczyłam się angielskiego, bo wtedy mówiłam jedynie po polsku i po niemiecku. Chodziłam do paru szkół podstawowych, zaś moja mama wyszła ponownie za mąż w Chicago za Janusza Harczuka, który zajmował się malowaniem ikon. Mieszkałam w Toronto, gdzie prowadziliśmy w miarę stabilne życie. Ale w głębi duszy czułam w sobie jakąś namiastkę nomada, wędrowcy lub podróżnika. Więc zaraz po uzyskaniu dyplomu uniwersyteckiego wyprowadziłam się do Meksyku, gdzie żyłam i pracowałam jako nauczycielka przez 6 miesięcy. Czułam się nauczycielką i artystką w jednym, więc gdy miałam czas to malowałam. Przyjemnością było łączyć naukę angielskiego ze sztuką i uczeniem biednych ludzi.

Po jakimś czasie wróciłam do Toronto i musiałam spłacić moją pożyczkę studencką. Rozejrzałam się po moich przyjaciołach, którzy spłacali swoje kredyty przez bardzo długi czas. Postanowiłam sobie, że muszę spłacić mój o wiele szybciej, chociaż w tamtym momencie jeszcze nie wiedziałam jak to zrobię. Wtedy przyjaciel zasugerował mi, żebym poszukała pracy w Tokio, a ja stwierdziłam, że czemu nie. Przez Internet znalazłam pracę na pełen etat w Tokio, najpierw jednak odbyłam kurs dla nauczycieli, który zapewniała ta firma. Praca była stabilna i całkiem w porządku, w samym śródmieściu Tokio. Mieszkałam tam przez kilka lat i poczułam naprawdę silną więź z Japonią. Kochałam to życie. Co prawda moja biologiczna matka, która mnie urodziła, mieszka w Toronto, ale Japonia jest moją duchową matką.

M.P.B.: Japonia wiele Ci dała, prawda? Dla Ciebie to nie jest jedynie kraj, to coś więcej…
S.B.: To jest jakby moje gniazdo. Jak miejsce, dokąd wracają ptaki. Nigdy nie czułam się tak mocno związana z czymś, tak spełniona, tak dopieszczona.

M.P.B.: Czy czujesz się Japonką?
S.B.: Jeśli wierzyć w reinkarnację, najprawdopodobniej byłam w poprzednim wcieleniu gejszą. Byłam w Kyoto jakieś pięć razy i za każdym razem jak tam jestem rozpoznaję nazwy ulic, już wiem co zobaczę, zanim się obrócę w tamtym kierunku. Czuję jakbym już tam kiedyś była – takie deja vu. W październiku tamtego roku pojechałam do Kyoto i miałam bardzo dziwne doświadczenia z gejszami. Zostałam zaproszona do sekretnej kwatery, do której żaden obcokrajowiec wcześniej nie został zaproszony. Siedziałam tam wtedy z gejszami. Wszystko w tamtym miejscu kosztowało tysiące dolarów, ale ja byłam tam ze sławnym artystą i właścicielem pięciu domów gejsz. To było dla mnie niesamowite. Dla mnie to był wielki zaszczyt być tam, oglądać i chłonąć tę kulturę. Było to dla mnie bardzo naturalne, rozumiałam to. Maluję gejsze, a moje obrazy zawsze mają w sobie coś japońskiego.

This slideshow requires JavaScript.

Kiedy zarabiałam pieniądze i spłaciłam moją pożyczkę studencką byłam z siebie bardzo dumna. To był pierwszy raz kiedy tak naprawdę byłam całkowicie niezależna, zależna tylko od siebie. Wtedy też nauczyłam się bardzo wiele o życiu, o tym kim jestem. Zaczęłam wtedy myśleć, jak mogę reprezentować sama siebie na tym świecie. Zaraz po tym jak spłaciłam mój kredyt studencki, miałam dużo pieniędzy i moi przyjaciele wciąż pytali czy mam zamiar kupić mieszkanie w Toronto i ustabilizować się, a ja odpowiadałam, że raczej wyjadę do Laosu, pomóc jakiejś wiosce.

M.P.B.: Dlaczego tam?
S.B.: Zrobiłam rozeznanie w Wietnamie, Kambodży i ogólnie w południowo-wschodniej Azji. Laos miał najwyższy wskaźnik analfabetyzmu w Azji. Bardzo chciałam pomóc im w edukacji. A więc kupiłam bilet do Laosu, wylądowałam w Vien Chan, wynajęłam motocykl i postanowiłam, że pojeżdżę po okolicy i po prostu znajdę odpowiednią wioskę, w której będą chcieli ze mną porozmawiać i poczuję, że to właśnie to miejsce. Prowadziła mnie intuicja.

W tej “mojej” wiosce usiadłam na schodach przed miejscem, w którym podawano różne dania z makaronów, zupy, etc. Wcześniej napisałam list, w którym opisałam<co chcę zrobić dla tej wioski, że chcę pomóc z edukacją i służbą zdrowia. Musiałam przetłumaczyć to na język laotański bo zdawałam sobie sprawę, że tubylcy nie znają angielskiego. Więc pokazałam ten list kobiecie serwującej potrawy, po czym ona pobiegła po szefa wioski, wspólnie przeczytali list i po prostu się rozpłakali. Nie mogli
pojąć dlaczego chcę im pomóc, wiedzieli, że potrzebują mojej pomocy ale to było dla nich niesamowite – co ja tu robię i dlaczego chcę im pomóc. Dałam im cały plecak wypełniony długopisami, książkami i ubraniami, który miałam przygotowany na tę okoliczność. Postanowiliśmy, że będziemy pracować razem. Po czym wróciłam do Tokio i zorganizowałam zbiórkę pieniędzy razem z przyjaciółmi, z moją grupą poetycką. Zebraliśmy kilkaset dolarów i tym sposobem zaczęła się moja charytatywna organizacja. Zrobiłam wielką paczkę i wysłałam ją do mojej wioski. Wszystko zaczęło się oddolnie. Pierwsza wyprawa do Laosu była w 2003 roku, a moja organizacja charytatywna została zarejestrowana około rok później w Toronto.

M.P.B.: Czy nadal współpracujesz z tą wioską?
S.B.: Tak. Odkąd z nimi pracuję, udało mi się wybudować tam bibliotekę, przedszkole i centrum komputerowe. Opłaciłam także kilka stypendiów dla uczniów, którzy ukończyli szkołę średnią aby kształcili się w mieście o kilka godzin na północ od ich wioski. Chodziło o to, aby stali się nauczycielami lub pielęgniarkami. Obiecali mi, że gdy skończą studia wrócą do swojej wioski i oddadzą rok ze swojego życia dla tej lokalnej społeczności, pomagając jej. Tak właśnie rozpowszechniamy dobro, według zasady “odpłacaj dobrem innym na twojej drodze” (pay forward). Odwiedzam ich, można to wszystko znaleźć na YouTube. Oni wciąż tam są, pracują jako nauczyciele, założyli rodziny, mają dzieci. Jestem z nimi od ponad 15 lat i obserwuję ich rozwój Oczywiście to są te dobre, pozytywne historie, ale są też te smutne.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Stałaś się bardzo ważnym elementem ich życia – jaki rodzaj relacji udało ci się zbudować z tymi ludźmi?
S.B.: Pierwsze lata gdy tam przyjeżdżałam, setki ludzi zbierało się przy drodze i krzyczało moje imię, rzucało kwiaty w moją stronę. Witali mnie ryżem, kurczakami, różnymi ceremoniami, które organizowali na mają cześć… nawet nazywali mnie królową wioski. Naprawdę nie czułam się z tym komfortowo więc przestałam bywać tam fizycznie ale wciąż kontynuowałam prowadzone tam projekty. Raz w roku starałam się pojawiać, żeby kontrolować wszystko. Ulepszać i naprawiać to co zdołaliśmy zrobić do tej pory. Jak toalety, kanalizacja, system wodny – wszystko co powinno być zrobione. Nie chciałam jednak bywać tam tak często, bo oni żyją tamtą codziennością, mają swoje własne problemy, z którymi się zmagają i nie chcę, aby uważali, że to ja jestem przyczyną dlaczego ta wioska się zmieniła. Chcę aby czuli, że to jest ich własne. W naszej kulturze jesteśmy bardzo egocentryczni, a ja robiąc to czuję się po prostu jak kanał, przez który przepływa dobro, dzięki któremu pomagam innym i skupiam różnych artystów aby to co robią służyło pomocą innym.

M.P.B.: Jakie jest powiązanie pomiędzy Twoją sztuką a rzeczami, które robisz dla ludzi na całym świecie?
S.B.: Myślę, że sztuka jest taką bramą dla czegoś większego. Kiedy tworzę dzieło sztuki to nie należy ono do mnie i dlatego nie powinnam zagarniać całego z niego zysku. Kiedy maluję to nie maluję dla siebie, maluję dla świata. Więc kiedy maluję, wierzę, że moja sztuka może pomóc światu i szerzyć dobro na świecie. A wierzę w edukację i w opiekę zdrowotną. Więc staram się łączyć to razem. Kiedy sprzedaję moją sztukę, fundusze staram się przeznaczać na coś pożytecznego jak zbudowanie szpitala lub szkoły albo nawet opłacenie edukacji jakiejś dziewczynki z Ugandy czy chłopca z Indii. Dla przykładu, organizowałam kilka akcji zbierania funduszy w Toronto wspieranych przez kilku utalentowanych artystów. Każde takie wydarzenie było poświęcone jakiemuś konkretnemu projektowi dotyczącemu edukacji dzieci.

M.P.B.: A z czego ty żyjesz? Też przecież potrzebujesz pieniędzy.
S.B.: Oczywiście tak. Przeżywałam szereg wątpliwości, bo w Toronto jest całkiem inna mentalność – wyznaje się zasadę, że większe jest lepsze. Stawia się na ciągły wzrost. Stwierdziłam, że mogę to rozwiązać na parę sposobów. Mogę prowadzić moją oganizację Chiki i mieć na głowie czynsz, rachunki telefoniczne, zatrudniać ludzi, płacić im pensje, co oznacza, że będę miała wysokie koszty… zastanawiałam się ile wtedy pieniędzy pójdzie faktycznie do ludzi potrzebujących. Nie chciałam tego – stworzyłam więc Chiki jako małą wirtualną organizację charytatywną, małą ale piękną, zatrudniającą wolontariuszy, która istnieje tylko online. Więc nie muszę wypłacać ludziom pensji, członkowie zarządu robią to w charakterze wolontariuszy, ja też nie pobieram za to żadnych pieniędzy. Pracuję na pełen etat w Japonii jako nauczycielka plastyki w międzynarodowej szkole. Postanowiłam, że ta moja działalność charytatywna będzie czymś w rodzaju hobby, czymś w co ogromnie wierzę. Mam wielu lokalnych partnerów w każdym państwie, których wspólnie łączę i mam pewność, że przesłane pieniądze trafiają w przewidziane do tego miejsca. Oni natomiast wysyłają mi zdjęcia rachunków, tego co zostało zrobione.”Więc wiem dokładnie gdzie te pieniądze idą, a raz w roku jadę zobaczyć co dzieje się w danym miejscu.

M.P.B.: W jakich krajach prowadzisz działalność?
S.B.: Dużo pracowałam w Indiach – w Goa powstał program przygotowujący do szkoły podstawowej i stowarzyszenie kobiet. Współpracuję też z trzema slumsami w Indiach, skąd dzieci są odbierane codziennie i dowożone do szkoły, którą stworzyliśmy. Tam uczą się, mają zapewniony lunch i mundurek, a potem autobus odwozi je ze szkoły do miejsca gdzie żyją na co dzień. Są to dzieci, które dorastałyby na ulicy, a dzięki nam do wieku 6 lat, kiedy idą już do szkoły, mają szanse uczyć się norm socjalnych w warunkach systemu edukacyjnego. W Indiach jest system darmowej edukacji po ukończeniu 6. roku życia, ale gdy żyje się do tego wieku na ulicy ciężko jest się dzieciom wdrożyć i stawać w szranki z innymi dziećmi. Dlatego wybudowaliśmy przedszkola w Indiach. W japońskiej szkole, gdzie pracuję, organizujemy eventy charytatywne, na których zbieramy pieniądze dla potrzebujących i dzięki temu wysyłamy z Japonii dużo ubrań, zabawek i pomocy szkolnych do Indii, Ugandy czy Laosu.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: W Indiach skupiasz się głównie na przedszkolach, a co w Ugandzie?
S.B. W Ugandzie pracuję od 2008 roku. Zdobyliśmy wielu darczyńców i partnerów w Kampali, w Ugandzie chcących pomagać. Dzięki nim uruchomiliśmy schronisko dla chłopców. Ci chłopcy są bezdomni, stracili rodziców z powodu AIDS. Dzięki temu miejscu mogą zdobyć edukację, mają zapewnione jedzenie i dach nad głową.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Czy mogłabyś opowiedzieć jakąś historię, która była dla Ciebie szczególnie poruszająca?
S.B.: Tak wiele przydarzyło mi się w każdym z tych miejsc… Każda z tych historii wyciska mi łzy z oczu. W Ugandzie poznałam małego chłopca w naszym schronisku. Zawsze staramy się dowiedzieć jak najwięcej o każdym dziecku, którym się zajmujemy. Każda z tych historii jest poruszająca. To młodzi chłopcy w przedziale wiekowym od 8 do 18 lat. Matka jednego z nich zostawiła go na granicy Kenii i Ugandy, mówiąc, że idzie kupić mleko i żeby na nią zaczekał, ale nigdy po niego nie wróciła. A on tam został sam, czekał i płakał przez wiele dni, a potem szedł sam przez kolejne dni aż jeden z moich partnerów znalazł go w Ugandzie i zabrał do naszego schroniska. Już nigdy nie wiedział swojej mamy. Jego matka prawdopodobnie nie miała dosyć pieniędzy, żeby się nim zaopiekować, więc postanowiła skłamać i po prostu go tam porzucić. I tak naprawdę każdy z tych chłopców ma za sobą historię taką jak ta. Niektórzy byli aresztowali i siedzieli w więzieniu, będąc gwałconymi w wieku 9 lub 10 lat, przez całe długie miesiące. Jeżeli mają dosyć szczęścia żeby przeżyć i uda im się uciec to i tak kończą na ulicy, a jeśli mają wystarczająco dużo szczęścia by przetrwać na ulicy, to kończą chorując na AIDS. 75 proc. mieszkańców Ugandy jest w wieku poniżej 25 lat. Każda z tych historii jest poruszająca i łamiąca serce. Opłacam też stypendia dla młodych dziewcząt w Ugandzie. Pomagałam jednej z nich – miała na imię Jane i miałam z nią bardzo dobry kontakt. Płaciłam za całą jej edukację, a kiedy wróciłam do domu po tygodniu powiedziała mi, że jej matka zginęła w wypadku motocyklowym. To było okropne, ona nie miała kompletne nic. Z kolei inne dziewczyny miały macochy, które nienawidziły ich tak bardzo, że traktowały je jak zwierzęta, przywiązywały do drzewa i biły. To strasznie smutne historie…

M.P.B.: Jak czujesz się z tym co robisz?
S.B.: To jest dla mnie jak oddychanie, a kiedy jakiś projekt się uda, czuję samo szczęście i ulgę, że robimy coś dobrego. A potem biorę się za kolejny projekt. W ten sposób właśnie ciągle idę do przodu. Moje życie jest bardzo proste. Codziennie pracuję na pełen etat, poza tym staram się tylko szerzyć dobro poprzez moją fundację.

M.P.B.: Co twoja rodzina sądzi o Twojej działalności?
S.B.: Mój mąż jest Francuzem, we Francji udało nam się zebrać 10 tysięcy euro na system kanalizacji w Laosie. Jest bardzo pomocny, jest inżynierem środowiska. Poznaliśmy się zresztą w Laosie, gdzie budował drogi. Pomagał przy tym zachować środowisko naturalne tego kraju. Politechnika paryska wysłała go tam na trzy miesiące. Poznaliśmy się na ulicy, gdzie ja też zajmowałam się budynkami, które wybudowaliśmy tam. Miałam 30 lat, a on 21. Poznaliśmy się i po prostu wiedzieliśmy, że będziemy razem. Pojechał za mną do Tokio. Wszyscy moi najbliżsi bardzo mnie wspierają jeśli chodzi o moją działalność charytatywną – mój syn, moi rodzice. Mój syn ma 8 lat i już zabrałam go do Laosu, żeby sam zobaczył co może zrobić dla innych jak już dorośnie.

Małgorzata P. Bonikowska

Tłumaczenie wywiadu M.P.Bonikowskiej z jęz. angielskiego – Gabriela Gwizdak

Wywiad z Sylvią Beauchain (po angielsku) był prezentowany w odcinku 51 POLcastu (http://www.mypolcast.com/2018/02/episode-51).

Polecamy też artykuł ” A Polish-Canadian-Japanese artist’s help for Laos, India, and Uganda” (http://www.mypolcast. com/2018/02/polish-canadian-japanese-artists-help-laosindia- uganda-episode-51/).

Strona internetowa organizacji Sylvii Beauchain: www.chiki.life

 

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.