Maria i Czesław

2

Felieton z Polski/Austrii: z 8-go piętra

… został karp w galarecie, ciasto marchewkowe, kapusta z grochem i grzybami, nieco pysznej kaczuszki z “nadziwką”, jak mawiał mój ukochany wujeczek z Tenczynka, rodzony w domu przy ulicy Królowej Jadwigi 41 w Krakowie, w którym mieszkał przez kilka miesięcy w Krakowie W.I. Lenin z rodziną. Może nie było się czym chwalić, ale zawsze jakoś informacja, że mama tam właśnie, w “tym” domu powiła syneczka, pojawiała się we wspomnieniach. Wujek Czesław pochodził z rodziny, która raczej na wybuchu Rewolucji 1917 mogła stracić, niż zyskać, choć ich dobra, fabryka marmolad, browar, jakieś inne zajmujące się przetwórstwem żywności, plus z drugiej strony rodziny – czeskiej – dziadek był dyrektorem kopalni, właścicielem dóbr w Tenczynku, więc wszyscy oni byli sto lat temu jeszcze pod jurysdykcją cesarza Franciszka Józefa. Stracili tak czy owak.

Wujeczek pięknie haftował, powrócił do tego zajęcia kiedy już miał dorosłe dzieci, koło 40- tki. Często poza domem, mając dwa fakultety UJ, nie zawsze otrzymywał godziwą pracę, mówił sobie “ora et labora” oraz to, że haftowanie jest jego modlitwą i, wbrew zakazom niektórych partyjnych kacyków, chodził do kościoła, chrzcił dzieci, wziął ślub kościelny w latach 50. ub. wieku. I wbrew śmichom chichom z pana inżyniera, haftował. Wymyślne, wyszukane wzory, tkaniny, nici gatunków niemal nieosiągalnych w PRL-u, ale jakoś dobrzy ludzie pamiętali i Czesławowi przywozili to jedwab, to kordonki, bawełny i nie wiem jakie jeszcze, bo się nie znam aż tak. Kilkaset godzin czasami kosztował go haft. Kto haftuje, wie o czym piszę.

Piszę o hafcie, kultywowanym przez mężczyznę, którego bardziej rozumiały i kochały kobiety, niż mężczyźni, bo prezentował tę także miękką, sercową stronę życia. Maria, jego druga żona, z którą przez wiele lat jako katolik żył mając tylko ślub cywilny, godziła się na odrzucenie na kraniec społeczności wierzących, bo żyli w grzechu wedle kościelnych reguł, a oni się naprawdę kochali. I przyjaźnili, co zawsze podkreśla ciocia Maria. Wzięli ślub kościelny, kiedy byli oboje koło 70-tki, kiedy zmarła pierwsza żona Czesława. I młody ksiądz uroczo witał ich, tę “młodą parę”. Wszyscyśmy się wzruszyli.

Wujeczek, wychowywany przez kobiety, bo ojciec wcześnie zmarł na zawał, zostawiał młotki i gwoździe i obsługę codzienności Marysi oraz uprawiał “ruch jednostronny”, jak sobie to nazywałam. Nosił rzeczy, talerzyki, przedmioty, książki w “jedną stronę”, ale już nie w drugą. Tak znaczył szlak, którym poruszała się po nim Maria i nosiła to wszystko w drugą stronę. Ale jakże chwalił, dopieszczał swoją Marię, miał czas na rozmowy, na słuchanie, śpiewanie, poezję i bycie z nią intensywnie razem. Ufał jej decyzjom. On haftował, jak jego mama, dama delikatna i krucha, nie wstydził się płaczu i emocji. Tak samo Maria się nie wstydzi. Nie mają wspólnych dzieci, ale wszystkie dzieci, biedniejsze, potrzebujące i starsi, samotni, byli “ich”, oni pomagali, dzieląc się, rozmawiając, robiąc to delikatnie, szanując czyjąś godność, nie czekają na “dziękuję”. I ludzie ich kochali, wszyscy, i ci w wieku ich potencjalnych dzieci, wnuków, z tytułami profesorskimi i bezdomni. Są, byli dobrzy nie na pokaz. Nigdy nie sprzedawali wujka haftów, dzieł sztuki nierzadko. Oni to darowali tym, których lubili, ale też takim, którzy się tym cieszyli i używali tych cacek. Sama się kilka razy serwetkami, poduszkami czy obrusikami podzieliłam, zgodnie z ich filozofią, żeby kogoś naprawdę ucieszyły. Bo mnie nieustannie radują te kwiaty, bułgarskie, rumuńskie, ukraińskie wzory czy chińskie jedwabiem wyszywane smoki.

Piszę o Marii i Czesławie, bo Maria, ciocia, formalnie nie moja rodzina, ale jedna z najbliższych mi osób, była na mojej wigilii. Bez Czesława, bo sześć lat już go tutaj nie ma, ale ciągle jest przy Marynie i się nią opiekuje albo droczy. Zasiedliśmy nie do białego obrusu, ale przy pięknym czerwonym z kremowym i czerwonym haftem, bo to moja pamiątka od wujka Czesia i jakoś żadne barszcze ni inne plamy nie zrobiły mu krzywdy. A Maria i On się cieszą, że korzystamy z obrusu. 

Piszę też o Nich, bo to szalenie nowoczesne małżeństwo od …byłoby pół wieku lat wspólnych; nowoczesne, bo żadne z nich się nie upierało przy rolach damskich i męskich, przejmowali płynnie różne, takie, które każdemu były bliższe lub stały się z biegiem czasu, nie bali się łamać reguł, rozwieść, mieszkać razem, jednocześnie dbając o pozostawione dzieci, byłą żonę czy przyjaciół. I mieć przyjaciół księży, Niemców, partyjnych, dyrektorów czy milicjantów i wojskowych czy Litwinkę z amerykańskim paszportem. Do dziś, o cokolwiek się Marię poprosi, zadzwoni, porozmawia i uratuje, załatwi, zorganizuje. Dbamy o nią, może wciąż za mało, ale ona nie chce, nie prosi o nic, nie dzwoni, nie żali się, nie żąda. Ona daje. Dziś – zrobiła pyszne gołąbki i zaprosiła nas na świąteczne popołudnie, sześć osób.

To u nich, na 9. piętrze robiliśmy bale przebierańców, jedliśmy “na Marii” 2 lutego pączki ze śledziem czy piliśmy wina, miody pitne z ich winogron, a leczyliśmy się propolisem z wuja pasieki, na którą jeździł po 20 km w jedną stronę. Oboje byli harcerzami, wujek prowadził drużynę, miał w niej także Bobka Kobielę, chłopaka z sąsiedztwa, później znanego aktora i obywatela Piszczka.

Zapisuję sobie wciąż w pamięci ich słowa o przyjaźni w związkach, o tym, żeby się lubić i szanować. I żeby się ze sobą nie nudzić i dawać sobie wolność na realizowanie siebie. Ciocia za chwilę skończy 89 lat. Wujek miałby dwa lata więcej. On był chrzestnym mojej córki, oni przyjaciółmi, babcią, dziadkiem “zapasowymi”, najbliższymi mojego syna i córki. Ona była świadkiem na moim drugim ślubie, trzy lata temu. Bo takie jak Marii i Czesława z gatunku Pięknych Ludzi stadło marzy mi się dla mnie i życzę każdemu. A Marię podziwiam szczególnie za jej cierpliwość i uśmiech, ale i jej siwe krótkie włoski, skórzane portki i swetry albo wyszukane kolczyki. Mnie czasem to wujkowe “poczkej, poczkej” wyprowadzało lekko z równowagi, kiedy nasz spacer rynkiem Krzeszowic trwał nieskończenie długo, bo każdy chciał z wujciem porozmawiać czy wyrazić mu szacunek. Nauczyło mnie to jednak cierpliwości, potem chętnie niosłam za wujem stołeczek, bo już zbyt długo nie mógł chodzić, ale maszerowaliśmy i zatrzymywaliśmy się, by z tym czy owym zagadnąć, a wujcio przysiadał na chwilę. A, i zła jestem do dzisiaj, że ktoś chciał mi oszczędzić smutnej wiadomości o chorobie i szpitalu Czesia, bo byłam na festiwalu filmów komediowych i się dobrze bawiłam. Odebrano mi możliwość pożegnania się najcudowniejszym wujkiem świata. Została nam jeszcze najcudowniejsza ciocia świata.

Kochajmy się, a jeszcze bardziej – zaprzyjaźniajmy.

Poleć:

O Autorze:

Beata Dżon Ozimek

Publicystka, tłumaczka, autorka scenariuszy (TVP - Etniczne Klimaty 2008-2010), dokumentacji filmowych, asystent reżysera, rzecznik prasowy projektów offowych (np. film „Jan z drzewa”, "Marzenie"),organizatorka, moderatorka spotkań z artystami i myślicielami, jurorka międzynarodowych festiwali filmów niezależnych m.in. w Polsce, Kosowie, Austrii, Niemczech, Turcji. Korespondentka z Wiednia/Austrii dla Przeglądu, Angory; autorka Focusa Historii, GW, innych. Tłumaczka m.in. „Dziewczynki w zielonym sweterku” dla PWN, 2011, historii-kanwy filmu A. Holland, nominowanego do Oscara (2012) „W ciemności”.

2 Comments

  1. Cieszę się, bo moja rodzina jeszcze w Tenczynku mieszka. Miałem wspaniałe wujostwo jak opisane w artykule. W Kanadzie też mam rodzinę, do niedawna mieszkali w Waterloo…
    Pozdrawiam
    Mariusz Konarski

  2. Fascynujaca historia.Pielegnujmy pielesze rodzinne.To takie piekne.
    Ja tu sama, na obczyznie, Swieta so takie smutne i przykre dla mnie.
    Kochajmy dobrych ludzi.Sjejmy dobro, gdzie popadnie.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.