Wigilijna noc czyli II sen emigranta

0

Noc wigilijna 1987 r. była wyjątkowa, jedyna w swoim rodzaju. Była ona także początkiem podróży, która w swym duchowym wymiarze trwa do dziś. Ta tajemnicza noc oczekiwania na wielkie wydarzenie przyszła do nas tamtego roku w sposób bardzo dramatyczny. Nie oczekiwaliśmy zebranej rodziny wokół świątecznego stołu, wspólnego śpiewania kolęd, ani podarków. Na niebie nie było żadnych dramatycznych wydarzeń, była za to mżawka ze śniegiem, wszechobecna szarość niepostrzeżenie przeistaczająca się w czerń. A w głowach bezustannie pielgrzymujące tysiące myśli, obawy, nadzieje, a w nocy przyszły “sen emigranta”.

Ostatni wieczór w Ludowej Ojczyźnie spędziliśmy w jakimś ponurym hotelu na przejściu granicznym w Zgorzelcu. Tam też uczciliśmy butelką radzieckiego szampana przeddzień imienin żony i początek naszej emigracyjnej podróży. Do dziś mam kłopot nazwać ją podróżą wszak z podróży się wraca do domu, podobnie trudno ją nazwać ucieczką wszak nikt nas nie gonił. Na pożegnalnej kolacji mieliśmy jajecznicę, czyli jedyny możliwy posiłek w hotelu późnego PRL-u.

Na granicę wschodnich Niemiec wjechaliśmy na kończącej się “kartkowej” benzynie, lusterko wschodnio-niemieckiego pogranicznika bezwstydnie zaglądało pod naszego wypchanego po brzegi Fiata 126p. Jednak na nową drogę życia nie braliśmy ze sobą nawet łyżeczki do herbaty, mieliśmy za to coś znacznie cenniejszego, była to nasza 10-letnia córka. Podobnie jak my, była wystraszona, obserwowała rutynowe czynności żołnierzy. Po co, do kogo, na jak długo? Na te i na wiele jeszcze innych zapytań mieliśmy dobrze przygotowane odpowiedzi. Odwiedziny dobrych przyjaciół w czasie Świąt Bożego Narodzenia, nawet jak miały mieć one miejsce w Niemczech Zachodnich, uchodziły za taryfę ulgową, korzystaliśmy więc z niej. Zaopatrzeni w zezwolenia na urlop zagraniczny wydane przez dyrektorów szkół, poświadczenia bankowe o posiadaniu kilkudziesięciu dolarów, z trudem wydane błogosławieństwo rodziców, wjechaliśmy w zaorany pas ziemi niczyjej.

Jeszcze przed osiągnięciem zachodniej strony granicznej miedzy, opuściłem szybę naszego fiacika, aby wysoko unieść symboliczną pięść, wszak gestu środkowego palca jeszcze wtedy nie znałem. Ale ze mnie bohater, pomyślałem kiedy moja przestraszona żona błagała mnie abym tego nie robił, bo będą strzelać. Nie strzelali, po raz ostatni odwracając się przez otwarte okno za siebie, nie mogłem nawet dostrzec żołnierzy na strażniczych wieżyczkach. Wpuściłem za to do naszego malucha mroźne, jednocześnie otrzeźwiające, powietrze. Jak na razie, nie było w nim nic co można było nazwać “zgniłym Zachodem”.

Za pierwsze ciężko zarobione przez rodziców dolary kupiliśmy na granicy Zachodnich Niemiec benzynę na dalszą podróż. Nie mogłem uwierzyć, czułem jakbyśmy przesiedli się do nowego samochodu… Kapitalistyczna benzyna dodała naszemu 126p extra oktanów tak że pruliśmy autobahnem blisko setką. Mijające nas samochody wyrzucały spod kół bryzgi śniegu z deszczem, które roztapiały się na naszej przedniej szybie jakby płacząc. Jednak inny szloch był bardziej bolesny, który utkwił w naszych gardłach. Chciał się on wydobyć za każdym razem kiedy spoglądaliśmy na mini sztuczną choinkę dumnie przyklejoną do panelu przed szybą. Mini bombki trzęsły się z przerażenia. Za każdym razem jak spieszący się na Wigilię podróżni niecierpliwie wyprzedzali nasz samochód, a ja czułem, że zostajemy jakoś w tyle, że świat nam ucieka.

Pierwsza Wigilia bez rodziny, pierwsze wrażenia, pierwsze łzy

Rok i 2 miesiące oczekiwań, wyczekiwań i rozczarowań. Pierwsze giełdy wyjazdowe “gdzie dalej”, za pracą, za tym gdzie taniej, łatwiej i szybciej.

Pierwsze szybkie zderzenia Wschodu z Zachodem, od wymiany prądnicy we własnym maluchu na parkingu, po szoku na widok pracownika, który przyjechał swoim “mercem” pod skrzynkę listową w celu jej czyszczenia i polerowania. Od obowiązkowego emigracyjnego “drinkowania” po obowiązkowe dyżury czystościowe-sanitarne mieszkalnego bloku. Od nasłuchiwania wiadomości o rodzących się masowych strajkach, po relaksującą muzykę z pierwszego radio-magnetofonu. Od zakazanego balkonowego grilla, do niezakazanej plażowej ekspozycji piersi Niemek. Od braku graficznego wizerunku Maryi, po zorganizowane przesuwania się wiernych w kościołach w celu otrzymania komunii świętej. Od braku wyznawców podpierających mury kościelne, po ławy z wypisanymi na nich nazwiskami prominentnych wiernych. Od zebrań “parafialnych” na kościelnych schodach, po tace z wrzucanymi na nie kopertami. Od przebogatych sklepów i eleganckich ubrań miejscowych, po rozpoznawanie ziomków ubranych w siermiężne dżinsy. Od wystaw oferujących turystycznym Niemcom cały świat, po rozpaczliwe wyszukiwanie “germańskich” przodków czy państw, które przyjmują jeszcze azylantów. Od wschodu do zachodu PRL-u, od jej południa po północ wszystkich nas łączył jeden cel byle dalej od komuny, byle posiąść odrobinę bezpieczeństwa skądkolwiek miałoby ono przyjść. Od “walk” z przedstawicielami Trzeciego Świata o koszyki do zbierania truskawek, po luksusowe domy i samochody ich pracodawców. Od wyziewów wspólnego azylanckiego wychodka, po zapachy Diora na ulicznych deptakach. Od wypasłych polskich gęsi zamrożonych w supermarketach po przeszukiwanie Aldiego za najtańszą niemiecką żywnością. Od chamstwa rodaków, po arogancję i butę urzędników socjalnych. Od śledzących oczu obsługi, po obficie zaopatrzone półki sklepowe. Od szeptu przybyszów, po hałasy tubylców. Od wdzięczności petentów, po ofiarność nielicznych zakonnic pracujących nad szukaniem przyszłego schronienia. Od zachłyśnięcia się kolorową fotografią, po zadbane domki, ogródki, które często stanowiły tła dobrego ujęcia. Od fotograficznego dokumentowania siebie i rodziny, po wysyłane do rodzin zdjęcia jako dowód, że się już jest po “drugiej stronie”.

Pielgrzymki myśli trwały cały czas, od rana do wieczora, od nocy do świtu, kiedy my? Tamci już wyjechali, innych zalegalizowano. Tym nie dano, tamtym odmówiono.

Pierwsze wrażenie z Kanady to nie śmieszne pytania urzędnika emigracyjnego o “kobasę” w naszych walizkach, lecz świeże, mroźne powietrze, które owionęło nas przy zmianie samolotów. Było ono podobne do tego, które nas przywitało w Zachodnich Niemczech jednak bardziej bogate w tlen.

I tu również administracyjne początki podobne do tych w Niemczech, jedynie jakoś bardziej przyjemne, bardziej radosne wszak w przybranej Ojczyźnie. No i mowa jakoś bardziej zrozumiała, chociaż wypowiadana ustami wszystkich możliwych języków świata.

Noc wigilijna 2017 roku będzie dla nas niemniej smutna niż ta sprzed 30 lat, a może nawet smutniejsza wszak stworzona bez ingerencji obcych mocy. Moje myśli na temat tego co obecnie dzieje się w Polsce najlepiej wyraziła jedna z najwybitniejszych reżyserek współczesnego polskiego kina słowami: “Nie przerażają mnie tysiące neofaszystów niosących obrzydliwe hasła. Przeraża mnie to, że władze świeckie i kościelne przyzwalają na zło.”

W tej obserwacji pokazany jest przykry obraz zalewu nienawiści w Kraju, który za swą królową wybrał Żydówkę, a królem Żyda. Kraju, którego obecna administracja i w zdecydowanej większości duchowa elita patrzą biernym okiem. Nie ma zgody na rodzący się faszyzm, stawianie symbolicznych (jeszcze) szubienic czy nazywanie jednego z najwybitniejszych polskich polityków przedstawicielem obcego mocarstwa.

Czy będąc na emigracji, będąc Polakiem drugiego sortu, zdradziecką mordą, mam jeszcze prawo protestować? Czy będę miał pozwolone swe myśli wyrazić dobitnie i stanowczo? A teraz tak bez żadnego trybu, zacytuję wprost:

Kiedy naziści przyszli po komunistów, milczałem, nie byłem komunistą.
Kiedy zamknęli socjaldemokratów, milczałem, nie byłem socjaldemokratą.

Kiedy przyszli po związkowców, nie protestowałem, nie byłem związkowcem.
Kiedy przyszli po Żydów, milczałem, nie byłem Żydem.

Kiedy przyszli po mnie, nie było już nikogo, kto mógłby zaprotestować.

Martin Niemöller

Sądzę, że my tu na emigracji mamy szczególne zadanie powinniśmy być ambasadorami tolerancji, promować nauki, których nie szczędziła nam historia. Tylko nam rodzina w Kraju uwierzy (jak jej będziemy tłumaczyć), że nasi sąsiedzi, choć tak czasami różni w wyglądzie, religii czy przekonaniach politycznych, są takimi samymi ludźmi jak my sami. Nie jesteśmy idealni, ale łączy nas wspólny cel wolność, ze wszystkimi jej zaletami i wadami. Jeżeli tego nie zrobimy, a tylko będziemy konsumować wszystkie owoce tego zgniłego, bezbożnego Zachodu to jesteśmy po prostu nieszczerzy. Chylę głowę przed wszystkimi, których słowa idą w parze z czynami i wyjadą do Kraju, który ich zdaniem wreszcie “wstaje z kolan”. Tam zapewne będą mieć okazję stania się prawdziwymi patriotami i zaczną dźwigać Ojczyznę z ruin. W przeciwnym wypadku ich podziw do tego co dzieje się obecnie w Kraju jest czystą hipokryzją.

A zdrajcy niech pozostaną tam gdzie ich miejsce, na wygnaniu.

W wigilijną noc 30 lat temu uciekaliśmy przed komuną i tym co ona miała nam do zaoferowania. Dziś nasze myśli uciekają od Polski dzielącej na tych lepszych i gorszych, na patriotów i zdrajców, od Kraju bigoteryjnego, ksenofobicznego, przyzwalającego na rasizm. Czy dzieląc się opłatkiem z moją rodziną będę powracał do wydarzeń sprzed 30 lat? Zapewne. Jednak te wydarzenia minęły bezpowrotnie, dziś mamy następne wyzwania… Czy powtórzy się syndrom koszmaru “snu emigranta”, gdzie jedynie słuszna partia będzie wydawać nam legitymację do Przyszłości? Czy ponownie nawiedzać będzie nas ten koszmarny sen emigranta, tym razem z innymi aktorami w tle? Oby nie, czego Państwu i sobie życzę.

Jaroslaw Moczarski

Poleć:

O Autorze:

Contributor

Materiał nadesłany do redakcji.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.