Anioł Dobroci i jej wspaniały mąż

0

Anioł Dobroci to nie przesadne, pompatyczne, ale w pełni zasłużone określenie niesamowitej kobiety: wspaniałej, odważnej, żywicielki najpierw wygnańców z zachodnich terenów Polski włączonych w czasie wojny do Rzeszy, potem więźniów przejściowego obozu koncentracyjnego w Zwierzyńcu, a także osoba, która ocaliła od śmierci około 2000 dzieci Zamojszczyzny. To Róża Zamoyska z domu Żółtowska, żona ostatniego ordynata zamojskiego Jana Tomasza. Ja będąc wnukiem dziadków zatrudnionych przez jego ojca Maurycego Klemensa Zamoyskiego, od młodych lat interesowałem się historią tego rodu i doszedłem do wniosku, że był najbardziej zasłużonym dla Polski. Ze wszystkich szesnastu ordynatów mnie najbardziej podobał się ten ostatni, Jan Tomasz.

Dwaj ostatni ordynaci
Maurycy Klemens był najbogatszym ziemianinem w międzywojennej Polsce, mimo że jego majątek ziemski był około dziesięciokrotnie mniejszy od majątku pierwszego ordynata, ale ciągle dość pokaźny: 1990 kilometrów kwadratowych. Użyczał noworodzonemu Państwu Polskiemu w czasie zapaści ekomomicznej swój majątek jako zastaw przy transakcjach pożyczkowych. Jego część rozpłynęła na wspieraniu różnych przedsięwzięć w czasie wygrzebywanie się państwa ze wspomnianego kryzysu. Zostało go jeszcze dość dużo, co posłużyło synowi Janowi Tomaszowi poczuć się ordynatem. Maurycy Zamoyski w czasach Drugiej Rzeczposplitej był bardzo czynny politycznie jako ambasador we Francji, a potem jako minister spraw zagranicznych – nawet ubiegał się o pozycję prezydenta państwa. Przegrał wybory z Narutowiczem. Zmarł w maju 1939 roku. Jan przejął obowiązki ordynata, ale tylko na kilka miesięcy, bo już od września 1939 roku przez cały okres wojny światowej posiadłości ordynackie zostały przejęte przez najeźdźców, a on zmuszony został przez hitlerowców do tego, by stał się zarządcą tego majątku. Po wojnie majątek rozparcelowano.

Róża i Jan przed wojną
Hrabianka Róża Maria Elżbieta Żółtowska była o rok młodsza od przyszłego męża, urodzona 3 czerwca 1913 roku. Pochodziła ze znanej wielkopolskiej rodziny ziemiańskiej o patriotycznych tradycjach. Jeszcze jako 16-letnia studentka poznała Jana w Zakopanym w czasie zimowych ferii 1929/30 roku. Wrócili na studia do Warszawy, on do Wyższej Szkole Handlowej, ona na uniwersytecki wydział medyczny. Spotykali się na rautach i na korcie tenisowym. Dwoje pięknych ludzi. Ona była urodziwą, pełną wdzięku, dobrą rozmówczynią, świetną tancerką. Zbliżyli się do siebie. Romans zakończył się ślubem w kwietniu 1938 roku. Zamieszkali w Zwierzyńcu w willi położonej na Folwarcznej Górze z pięknym widokiem na zalesioną okolicę, jej mąż miał niedaleko do pracy – zarządzał ordynacją w imieniu chorego ojca, a potem, jak wspomniałem, przez kilka miesięcy jako ordynat. Dla tych co nie znają znaczenia słowa ordynacja spieszę wyjaśnić, że od końca XVI wieku w Polsce i na Litwie połączonych ze sobą unią, magnaci, najpierw Radziwiłłowie, nieco póżniej Jan Sariusz Zamojski, a jeszcze potem wielu innych decydowali się by część, lub cały majątek ziemski ustawowo stawał się niepodzielnym. Dziedziczył go najstarszy syn poprzedniego ordynata, a z braku syna, najbliższy ordynatowi męski krewny. Nowy ordynat Jan nie przeniósł się do rezydencji ordynackiej w Klemensowie. Mieszkała tam ciągle żona poprzedniego ordynata. Został z żoną na stałe w Zwierzyńcu oddalonym od Zamościa o ok. 30 km, a od Klemensowa ok. 20 km. W tym miasteczku znajdował się zarząd ordynacji – Jan miał bliskodo pracy. Dobrali sobie dobrych i mądrych służących, którzy w czasie wojny byli mocno zangażowani w pomoc pracodawcom w ich służbie społecznej. Byli to: pokojówka, kucharz, lokaj, ogrodnik i dwóch stangretów. Traktowani byli jako członkowie rodziny. Młoda pani wdziękiem, łagodnością, przystępnością, życzliwością do wszystkich, stworzyła piękną atmosferę domową. Rodzina ordynata ciągle tu gościła. Przez drzwi willi przewinęło się wiele innych gości. Dobrym duchem domu była przede wszystkim Róża, więc nazwano ten dom Rózinem i ta nazwa później przeszła na dzielnicę Zwierzyńca.

This slideshow requires JavaScript.

Rok 1939 to rok tragedii rodzinnej: w maju 1939 roku umiera przedostatni ordynat i Jan przejmuje zarząd ordynacji. Niewiele miał czasu, by w pełni wejść w swe obowiązki. Dostal kartę mobilizacyjną i pod koniec sierpnia tego roku stawił się w koszarach zamojskich. Uzyskał pozycję oficera oddziału kawalerii, więc na przygotowanym do służby wojennej koniu pojechał do Zamościa.

Pierwsze lata wojny
Jan niedługo wojował, bo w w połowie października udało mu się powrócić do Zwierzyńca. W tymże roku urodziła im się córka Elżbieta, już dziecko wojny. Obydwoje wpadli w wir zajęć. Ordynat przesiadywał całe dni w urzędzie zarządzając majątkiem, a faktycznie wypełniając polecenia okupanta czego musi ich armii dostarczyć z tegoż majątku. Ona zaczęła swą służbę obywatelską od opieki nad wyrzuconymi z terenów dołączonych do Rzeszy Polaków, których po prostu ładowano w wagony bydlęce i wysyłano na wschód na tereny, na których powstało Generalne Gubernatorstwo, twór, który miał się w przyszłości stać wałem ochronnym Rzeszy od wschodu, a w międzyczasie dostawcą robotników do Rzeszy i wszelkich dóbr materialnych przydatnych machinie wojennej. Wysiedlonych po prostu wyrzucano na stacjach zatrzymywania się pociągu w GG. Róża wystawała na peronie, przyjmowała pod swą opiekę ludzi wydziedziczonych, przestraszonych, głodnych. Wcześniej w Zwierzyńcu wyszukiwała kwatery dla nich, a gdy było więcej potrzebujących, znajdowała miejsca zatrzymania i pobytu dla nich w Turzyńcu, Topólczy i innych okolicznych wsiach. Często objeżdżała wozem po tych miejscach i próbowała, najlepiej jak potrafiła, pomóc przesiedleńcom materialnie. Okupantom było na rękę, by Polacy dokładali się do utrzymania ludzi pozbawionych środków do życia, a później na przygotowanie przez nią i najbliższe jej osoby posiłków dla więźniów zwierzynieckiego przejściowego obozu koncentracyjnego. W roku 1940 Niemcy pozwolili jedynej organizacji charytatywnej na tego typu działaność. Był to Polski Komitet Opiekuńczy. W pracach Komitetu obok młodych Zamoyskich i wdowy po poprzednim ordynacie Maurycym, Marii z Sapiehów, brał czynny udział ks. Stanisław Szepietowski, którego poznałem po wojnie, gdy został proboszczem w Szczebrzeszynie. Jan Zamoyski stał się szefem powiatowej delegatury Komitetu w Biłgoraju, a Róża przewodniczącą jego oddziału w Zwierzyńcu. Stworzono kuchnię dla głodnych i bezdomnych, ochronkę i szpital dla dzieci, schronisko dla zniedołężniałych wysiedlonych starców, a w Rózinie udzielano schronienia osobom ściganym przez gestapo, co oczywiście mogło się skończyć śmiercią nie tylko ludzi ukrywających się, ale i ich opiekunów.

Obóz w Zwierzyńcu był obozem tymczasowym, przejściowym, choć faktycznie istniał przez cały czas okupacji. Zginęło w nim około 25000 ludzi. Był to kompleks około 20 nieocieplanych baraków zbudowanych z desek. Ludzie umierali tam nie tylko z głodu, ale i z zimna. Zaproponowano komendantowi obozu, że Zamoyscy będą dostarczali żywność dla więźniów, ten się zgodził, bo w ten sposób zaoszczędzone pieniądze na posiłki dla więźnów trafiały do jego kieszeni. Nawet przygotowanie jednego posiłku dziennie dla tysięcy ludzi to wielkie przedsięwzięcie. W ciągu dnia Róża z jednym ze stangretów, a z drugim ktoś inny, przemieszczali się po wioskach zbierając gotowany pokarm, chleb, mleko i płody rolne: zboże, ziemniaki, kaszę itp. I tak tylko w ciągu dwóch miesięcy 1943 r. zebrano 95 tys. litrów zupy, 12 500 kg chleba, dużo mleka i ogromne ilości innych produktów spożywczych. Młody ordynat, żona, matka ordynata, i wszyscy członkowie służby domowej koło godziny czwartej nad ranem zabierali się do intensywnej pracy: gotowania, porcjowania, przygotowywania butelek mleka ze smoczkami dla dzieci itp. Dostarczano to wszystko każdego dnia na plac przed siatką drutów kolczastych obozu – służba obozowa przejmowała rolę dostarczania tego więźniom.

Róża osobiście udawała się do urzędów nazistowskich by się wstawić w czyjejś obronie. I tak – podaję jako przykład – ocaliła Irenę Kikut przed wysłaniem do robót na teren Niemiec twierdząc, że jest niezbędną pracownicą w ordynackich ogrodach – owoce z nich były wysyłane do miejscowych notabli niemieckich. Udało się, a ta zwierzynianka znalazła zatrudnienie jako opiekunka dzieci Róży i Jana, bo w styczniu 1942 przyszła na świat ich druga córka Maryjka. Dzieci w obozie umierały jak muchy. Róża wpadła na pomysł by próbować je ocalić. Wyperswadowała mężowi by udał się do rządców Lubelszczyzny i zaproponował im przejęcie dzieci znajdujących się w obozie. On zdawał sobie sprawę, że może nie wyjść żywy z któregoś z tych urzędów, ale był zbyt zakochany w swej żonie by jej odmówić. Początkowo pisał pisma z prośbą o oddanie im dzieci, a gdy nie było odpowiedzi zgłosił się osobiście do urzędu szefa SS w rejonie, Heinricha Müllera. Ten odesłał go do Odilo Globocnika, zastępcy Henricha Himmlera, w owym czasie prawej ręki Hitlera, który był faktycznym zarządcą Lubelszczyzny, a nie Hans Frank, szef Generalnego Gubernatorstwa, w granicach którego ten teren się znajdował. Globocnik po konsultacjach ze swymi pracodawcami zgodził się na wydanie Zamoyskim dzieci do 6. roku życia. Udało się przekupstwem przekonać szefa obozu, by ten wiek rozszerzyć do 13 roku. Róża nalegała, by dzieci nie odbierano matkom siłą. Szybko po obozie rozeszła się wiadomość, że dzieci zostaną przejęte przez Anioła Dobroci (tak już w tym czasie była nazywana) i większość matek godziło się na to. Trzeba było natychmiast zorganizować dodatkowe ochronki, żłobek, szpital dla dzieci chorych. Zamoyskim, jak wspomniałem, zabrano majątek nieruchomy, wszystko inne co przy nich zostało, przede wszystkim klejnoty, po cichu spieniężano, to pokrywało te przeogrome koszty. W tej akcji uratowano od śmierci ponad 500 dzieci, ale to nie była jedyna akcja ratowania dzieci Zamojszczyzny przez tych wspaniałych ludzi.

Tragiczne lata 1943-44 w Zwierzyńcu i Zamojszczyźnie
Tradycyjny region Zamojszczyzny to nie tylko powiat zamojski, ale i trzy inne południowe powiaty Lubelszczyzny: hrubieszowski, tomaszowski i biłgorajski. Mimo umowy o nieagresji między Stalinem i Hitlerem, co faktycznie zapoczątkowało wybuch drugiej wojny światowej, ludzie ci szykowali się po obu stronach granicy do wojny między swymi krajami. Himmler zaproponował Hitlerowi, by tereny przygraniczne uczynić wałem ochronnym przeciw komunistom, mieszkańców wywieść do roboty do Rzeszy, wymordować w obozach koncentracyjnych, lub wywieść za Ural po zwycięstwie nad Związkiem Sowieckim i osiedlić na tym terenie uzbrojonych volksdeutschów i Niemców spoza Rzeszy. Jeszcze za czasów przyjaźni niemiecko-sowieckiej wytypowano Zamojszczyznę jako teren doświadczalny (Sonderlaboratorium) tej idei. Takich ośrodków miało powstać kilkanaście na południe od Zamojszczyzny, nie tylko na terenach Polski. Nie wchodząc w szczegóły tej akcji powiem tyle, że eksperyment się nie udał, choć mieszkańcy tego terenu ucierpieli bardziej niż z innych terenów Polski. Wysiedlono mieszkańców kilkuset miejscowości, “pacyfikowano” czyli rozstrzelano na placach zbiórek wszystkich mieszkańców w kilkudziesięciu innych. Te i tym podobne horrory spowodowały powstawanie zbrojnych organizacji oporu, co odciągało od uczestniczenia w wojnie ze Związkiem Sowieckim setki tysięcy hitlerowskich żołnierzy i sił policyjnych. Zanim ostatecznie zaprzestano ten eksperyment kilkaset tysięcy ludzi wysłano do obozów koncentracyjnych lub “na roboty” do Rzeszy, w jednej tylko akcji trwającej kilka miesięcy na przełomie lat 1942 i 1943 wysiedlono z tych terenów 30 tysięcy dzieci, oddzielając ich od rodziców. Część z nich, którzy według szaleńczej teorii o rasie wyższej zakwalifikowana została przez swój wygląd jako materiał do zniemczenia rozdzielono po rodzinach rodowitych Niemców, większość uśmiercono.

W tym czasie główną misją Anioła Dobroci było wyrywanie z rąk hitlerowców i Ukraińców w ich służbie, jak największą ilość dzieci. Te które zostały odrzucone jako nie nadające się do germanizacji umierały z głodu i zimna, często zanim pociągi z wagonami bydlęcymi, a w nich jak sardynki w puszcze ściśnięte dzieci, dojechały do obozów koncentracyjnych. Róża nie tylko uratowała wspomniane dzieci z obozu zwierzynieckiego, ale zorganizowała dużą grupę ludzi, którzy razem z nią czatowali na stacjach kolejowych i przy obozach przejściowych do których prowadzono ludzi z łapanek i z akcji wysiedleńczych. Uzbrojonymi konwojentami byli często miejscowi Ukraińcy w służbie niemieckiej, łasi na pieniądze – wystarczyło wydać tylko 20 złotych, by “odkupić” dziecko, niekiedy z matką. Poza sierocińcami i żłobkach założonych przez Zamoyskich, w wioskach naokoło Zwierzyńca i w samym miasteczku, już przygotowane były dla nich dodatkowe miejsca. Nie zawsze te transakcje były bez problemu. Świadek naoczny widział hrabinę wczesnym rankiem przy stacji kolejowej Biały Słup, a w tłumie doprowadzanych do pociągu matkę z dwojgiem dzieci w ramionach i trzecim trzymającym się spódnicy,by się nie zagubiło. Róża poprosiła strażnika Ukraińca by się zlitował nad tą czwórką, ten uderzył ją i odepchnął tak mocno, że padła na ziemię. Wstała umazana krwią z nosa i zbliżyła się do innego konwojenta, Niemca, z tą samą prośbą. Osiągnęła swoje, ten zlitował się i bez łapówki wyłączył ich z pochodu. Podobnych incydentów miejscowi mieszkańcy Zwierzyńca znają wiele.

Najwięcej dzieci udało się jej i jej organizacji ocalić pod koniec wojny, kiedy to w ramach ewakuacji na zachód niemieckich osadników wywożono także dzieci z obozów. Ładowano je do wagonów “bydlęcych”, niekiedy po 150 dzieciaków w jednym wagonie. Polscy kolejarze informowali na bieżąco organizację na jakich stacjach zatrzyma się dany pociąg. Tam już czekała grupa ludzi gotowych przejąć dzieciaków i jakiś negocjator z pieniędzmi – niekiedy wagony pustoszały zanim dojechały do celu i zostawały w nich tylko trupy tych, co w drodze pomarli. Przypuszczam, że sama hrabina nie wiedziała ile dzieci ocaliła, podliczono że liczba ta była większa niż 1500, a razem z dziećmi zwierzynieckimi ponad 2000. Dodam, że ocalało także kilkanaście tysięcy dzieci z całej Polski zgermanizowanych, część z nich to dzieci Zamojszczyzny – do swych rodzin z tej grupy wróciło tylko około 800 osób.

Gehenna Zamoyskich po wojnie
Spodziewając się represji ze strony komunistów, już w 1944 roku Zamoyscy schronili się w Ojcowie, zaraz potem przenieśli się do Krakowa, gdzie urodziła się im trzecia córka Gabriela. Następnym miejscem ich pobytu był Sopot. W roku 1947 przyszedł na świat ich oczekiwany syn Marcin. Bezpieka tu ich odnalazła, Jana wtrącono do więzienia jako “wroga ludu i ustroju socjalistycznego państwa”, ona już z czwórką małych dzieci próbowała jakoś przeżyć. Wyrzucono ich z Sopotu, nie pozwolono im było zamieszkać w Warszawie; do Zamościa, Klemensowa i Zwierzyńca początkowo nie wolno im się było zbliżać. Pozwolono wreszcie Róży, jej matce i czwórce dzieci wraz z “opiekunem” osiąść w Klarysewie, ona jako zawodowa pielęgniarka znalazła pracę w szpitalu, a także razem z matką prowadziła niewielki kiosk warzywny. Dochody były mizerne, rodzina biedowała.

Po ośmiu latach w więzieniu Janowi po powrocie do domu zasugerowano, żeby wyjechał z Polski z całą rodziną – taka typowa “podróż w jedną stronę”. Pozostanie w kraju uznał on i jego żona za obywatelski obowiązek. Po wielu staraniach pozwolono rodzinie spędzić wakacje w Zwierzyńcu. Dla jego mieszkańców było to wielkie święto, pamiętano co dobrego w tym miejscu ci ludzie dokonali w czasie wojny. By ich nie upokorzyć przekazywaniem im w darze produktów żywnościowych, bo byli biedniejsi od zwykłych wieśniaków, w nocy pod dom podrzucano butelki mleka, masło, chleb, koszałki świeżo żebranych jagód leśnych itp. Rok 1960 był rokiem radosnym w rodzinie: urodziła się Zamoyskim czwarta córka, a Jan zaczął pracę w urzędzie szwajcarskich linii lotniczych. Już nie musieli biedować. Gdy dzieci podrosły, Zamoyscy postanowili wyjechać na wypoczynek urlopowy do Portugalii. Starania o paszport trwały długo i wreszcie gdy wszystkie formalności załatwiono stało się nieszczęście: Róża w październiku 1976 roku zginęła w wypadku warszawskiego autobusu miejskiego.

W wolnej Polsce
Po wyzwoleniu Polski z niewoli sowieckiej obaj Zamojscy, ojciec i syn, włączyli się bardzo aktywnie w formowanie się Trzeciej Rzeczpospolitej. Ojciec Jan Tomasz został senatorem, syn Marcin został długoletnim prezydentem Zamościa. Żadnej rekompensaty po utraconym majątku nie otrzymali, mimo 25 lat procesów sądowych. Sądy opierają się chyba jeszcze do dziś na niezmienionych prawach rolnych i majątkowych z czasów komuny. Ostatnio, już po śmierci ordynata, w zamian za słynny Pałac Błękitny Zamoyskich w Warszawie oddano rodzinie hektar parku w mieście, ale z zastrzeżeniem, że nic nie wolno zmieniać na tej działce. Marcin Zamoyski miał powiedzieć do kogoś z przyjaciół, że nawet gdyby postawił tam namiot, zwinięty byłby razem z namiotem z racji łamania prawa. To zakrawa mi na nie tylko na wyrok imbecylny, ale wprost śmieszny – szkoda, że jakaś grupa kabaretowa nie wykorzystała tego na scenariusz swego numeru, uśmialiby się ludziska. Wojewodowie lubelscy, którzy są ciągle “opiekunami” głównej rezydencji Zamoyskich w Klemensowie, też rzucają ochłapami. Łaskawie pozwolono prezydentowi Zamościa przejąć przetrzebiony księgozbiór, (wszystko co wartościowe w nim przeniesiono do Waszawy tuż przed wojną). Księgozbiór ten nie uległ zniszczeniu, bo pałac służył w czasie wojny jako miejsce wypoczynkowe oficerów niemieckich, a grube tomy oprawione w skórę ładnie go zdobiły. Widziałem na własne oczy w czasie mego pobytu wakacyjnego w Polsce jak sam pan Tomasz ładował je na ciężarówkę, by przewieźć je do domu zamieszkania. Dodam że pałac klemensowski to już kompletna ruina, nie nadająca się do renowacji. Jan i Róża spoczęli w krypcie rodzinnego kościoła rodu, obecnej katedrze diecezji zamojsko-lubaczowskiej. W czasie mego pobytu w Polsce kilka lat temu, chciałem podumać przy trumnach tej wspaniałej pary, ale w kancelarnii kościoła powiadomiono mnie, Jan Tomasz na Rynku Wielkim w Zamościu Róża Zamoyska Jan Tomasz Zamoyski Trumny Róży i Jana w podziemiach katedry zamojskiej że jedyny klucz do krypty ma kościelny, którego w tej porze dnia można znaleźć w jednej z czterech knajp Zamościa. Zrezygnowałem z poszukiwania.

***

To wszystko co opowiedziałem jest z nieznanych mi powodów mało znane w Polsce. Jedynie jakiejś lokalnej szkole, grupie sportowej czy artystycznej młodzieży szkolnej nadano nazwę “imienia Róży Zamoyskiej”. Niekiedy w racji zjazdów rodzinnych wspomina się o niej, ale to dostaje się tylko do lokalnej prasy. Jan został patronem Gimnazjum nr 2 w Zamościu, ale i tam pamięć o nim zaginie, bo zlikwidowano gimnazja w Polsce.

Jan Paweł II jeszcze jako Karol Wojtyła będąc profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, lubił w wolne dni odpoczywać w prześlicznym Zamościu. Chyba nie znał losu tej pary z okresu wojny i po wojnie, chyba nikt mu nie opowiedział o bohaterstwie tych ludzi i chyba dlatego później jako papież, który kanonizowal setki i beatyfikował ponad 1300 katolików, w tej liczbie wielu Polaków, nie uhonorował tych ludzi, a szczególnie Anioła Dobroci, tym najwyższym religijnym wyróżnieniem. Ja człowiek już w podeszłym wieku pamiętający wojnę, nie znam i nie słyszałem o nikim, kto by bardziej na to zasługiwał.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.