PODSUMOWANIE: Kulisy “ujawniania agentów SB w Polonii”. Prawda czy sensacja?

5

Powracam do tematu, który dokładnie omawiałam, ale jak się okazuje oszczerstwa łowcy “agentów”, radnego z Tarnowa, rozprzestrzeniają się i rosną. Czas zatem podsumować i streścić poprzednie artykuły. Ci, którzy czytali pierwszy tylko (z maja) znajdą tu wiele niezwykle ciekawych wyników moich lektur, rozmów i badań, które wiele mówią nie tylko o mojej sprawie, ale o tym jak działała ubecja i jak działają dzisiaj ludzie, którzy mają interes, aby szkalować innych.

To prawda, artykuł ten nie jest krótki, ale warto się weń zagłębić aby poznać mechanizmy, które pozwalały i pozwalają na to, aby ludzi szkalować i próbować zniszczyć ich dobre imię.

Tutaj proszę przeczytać moją notkę biograficzną

•••

Do Kanady i USA przyjechał na przełomie maja i czerwca br. z Polski pewien człowiek – Marek Ciesielczyk, który przywiózł rewelacje o agentach SB w Polonii. Znalazłam się na tej jego liście. Nie ja jedna, ale innych oób ani ich spraw nie znam. Ten sam człowiek jeździ dalej po USA teraz w listopadzie. Nie wiem, co będzie opowiadał, więc postawiłam przypomnieć sprawę jego wyczynów z maja i czerwca.

Incydent z 1994 roku został już przez usłużnych hejterów, którzy korzystają z rewelacji M. Ciesielczyka dodając swoje trzy grosze, rozszerzony tak bardzo, że czytam w Internecie, że “zaczęła wcześnie, bo jeszcze studiując anglistykę”. W mojej spreparowanej teczce nie ma o okresie moich studiów – studiowałam w latach 1976-1981, a sprawa dotyczy roku 1984. 

 

Ludzkie draństwo nie zna granic…

Przed spotkaniami, w maju 2017, z okazji pojawienia się w konkurencyjnej gazecie w Toronto “sensacji” o Tajnym Współpracowniku (TW) “Maria”, którym rzekomo ja byłam (co jest bzdurą, jak dowodzę poniżej), opublikowałam w “Gazecie” artykuł na temat teczki “Maria”. Oto jego skrócona treść:

Czy byłam agentką SB TW “Maria”, czyli jak walczący o “prawdę” wierzą SB

(…) Gdyby poszukujący sensacji zapytali i wykonali jakikolwiek wysiłek, dowiedzieliby się tego, co wiemy wszyscy – że ubecja kłamała, fabrykowała, bo każdy szeregowy Ziutek z MSW chciał się wykazać przed szefami. Poniżej dowody na to, jak kłamali ubecy.

Czy byłam agentem? 

Oczywiście, że nie.

Pracowałam od 1981 roku na Anglistyce UW, a nasze środowisko, z racji ożywionych kontaktów z obcokrajowcami z British Council i Ambasady Amerykańskiej oraz z zagranicznymi wykładowcami, było oczywiście inwigilowane przez SB. Ta inwigilacja środowisk akademickich nasiliła się na w latach 1983-1984, co można sobie przeczytać w materiałach IPN.

Jak to wyglądało? Wszyscy wyjeżdżaliśmy na stypendia do Anglii, niektórzy do USA. To była okazja dla SB, aby naciskać, szantażować. Naszym Instytutem zajmował się pan Irek, znany nam wszystkim SB-ek. Na przesłuchania wzywano wielu.

W 1984 roku dostałam roczne stypendium z British Council. Miałam jechać na rok do Lancaster University na kurs Master of Arts in Language Studies, jako krok do mojego doktoratu. Kurs miał się zaczynać we wrześniu i trwać rok.

Taki wyjazd wymagał paszportu służbowego, który wydawała jednostka paszportowa uniwersytetu.

W marcu dostałam wezwanie na 12 marca 1984 roku na Komendę MO na ulicy Malczewskiego. Przebieg tego przesłuchania jest opisany poniżej.

Co jest w mojej teczce?

W czasie pobytu w Polsce na przełomie marca i kwietnia br., kiedy jechałam do Wiednia odebrać nagrodę Złotej Sowy, tzw. Polonijnego Oscara w dziedzinie mediów, dostałam z IPN kopię swojej teczki.

Okazało się, że pan Irek nie był panem Irkiem, za którego się podawał, ale SB-kiem podchorążym Zbigniewem Marciniakiem z wydziału II Departamentu II MSW (kontrwywiad). O nikim takim wtedy nigdy nie słyszałam – ani ja, ani koledzy z anglistyki. Ów esbek przedstawił się jako “Irek” i mnie, i mojemu mężowi, kiedy raz postanowił odwiedzić mnie w domu i został poinformowany przez męża, że mnie nie ma i nie będzie.

Zrozumiałam też, dlaczego tak późno dostałam paszport na wyjazd do Anglii, co niosło ze sobą ryzyko odwołania stypendium. W dokumentach w mojej teczce jest polecenie, aby nie wydawać mi paszportu do połowy listopada.

Szkoda też, że pan Irek nie zechciał opisać prawdziwego przebiegu mojego przesłuchania w komendzie na ul. Malczewskiego. Jego wersja ma się tak do rzeczywistości jak opisy znajdowane we wszystkich raportach gestapo czy UB: „przesłuchiwany dobrowolnie i bez przymusu zeznał, że…“

I to nie jedyna – delikatnie to ujmując – “nieścisłość” w tych materiałach. Oto kolejna ich garść:

  1. Liczba spotkań

Po “zwerbowaniu” mnie na komendzie MO, pan Irek napisał w swoim raporcie, że spotykał się ze mną razy kilka po… moich telefonach do niego (nigdy nie miałam do niego żadnego numeru telefonu)! Co prawda opisywał te spotkania jako bezużyteczne, ale szkopuł w tym, że spotkanie było jedno, a właściwie półtora.

Po tym jak na koniec przesłuchania pan Irek wydał mi polecenie przyniesienia mu idiotycznej (bo ogólnie dostępnej) informacji o planie zajęć uczącego w moim instytucie Anglika Toma Wachtela (jasne było, że chodziło o to, abym doniosła choćby raz cokolwiek), przyszłam na wyznaczone mi spotkanie w kawiarni Nowy Świat. Nie po to, aby zameldować o wykonaniu zdania, ale po to, aby powiedzieć mu, że nie interesuje mnie kontakt z nim ani z nikim innym z SB. Spotkanie trwało krótko – po mojej deklaracji, pan Irek próbował jeszcze swoich “normalnych” metod, ale ja wstałam i wyszłam. Z mojego punktu widzenia, sprawa została zakończona.

Oczywiście, jasne było, że SB nie odpuści tak łatwo. I faktycznie, pan Irek pojawił się na moim wydziale, tuż przed moimi zajęciami na ulicy Browarnej. Kiedy podszedł do mnie, powtórzyłam to co powiedziałam w Nowym Świecie, że nie zamierzam się z nim widywać. Powiedziałam mu też, że umarła mi właśnie babcia i jestem w żałobie. To było to ostatnie “pół spotkania”.

Więcej pana Irka nie widziałam. Jak wspomniałam, widział go jeszcze mój mąż, bo przyszedł do naszego mieszkania, ale mąż nie wpuścił go oczywiście i powiedział, że mnie nie ma i nie będzie.

  1. Wyjazd do Anglii

Po tych incydentach byłam pewna, że z wyjazdem będą trudności. I naturalnie były… Paszportu ciągle nie było, a czas leciał. Od początku roku akademickiego 1984/1985 byłam na urlopie naukowym w związku z mającym nastąpić we wrześniu wyjazdem, a zatem nie prowadziłam zajęć ze studentami. Czekałam na paszport. Codziennie dzwoniłam, a odpowiedź była zawsze ta sama: “Nie ma żadnej nowej wiadomości o paszporcie”. Kiedy pojawiałam się co tydzień w Instytucie, mój kochany dyrektor Jerzy Rubach mówił coraz bardziej zniecierpliwiony sytuacją: “Małgosia, ja nie wiem, co się dzieje, ale tak nie może być w nieskończoność. Nie wyjeżdżasz, nie uczysz… Coś trzeba postanowić, rozumiesz”.

Siedziałam na walizkach, gotowa w każdej chwili do wyjazdu, cała w nerwach, przekładając daty wylotu o kolejny tydzień. W końcu w połowie listopada dyrektor Rubach stracił cierpliwość i w mojej obecności zadzwonił do komórki paszportowej, krzycząc prawie do słuchawki: “Nie możemy jej dłużej trzymać na urlopie. Albo dajecie paszport i jedzie, albo musi wracać do pracy”…

Była jeszcze strona brytyjska – Lancaster Unversity, a tam też pytania, kiedy wreszcie się pojawię. Jechałam wszak na kurs, który zaczął się we wrześniu. Mogłam się trochę spóźnić, ale nie o dwa miesiące. W listopadzie dostałam z Lancaster uprzejme ultimatum: albo przyjeżdżam natychmiast, albo ten przyjazd nie ma już sensu, bo nie nadrobię tego, co opuściłam.

Telefon dyr. Rubacha do komórki paszportowej wydawał się tym, co przesądziło sprawę. Dostałam paszport i wyjechałam. Wiedziałam, że te opóźnienia i trudności to zemsta SB za odmowę współpracy. Teraz wiem, że takie zostały wydane instrukcje:

 

Przecież gdybym była ich informatorem, nie utrudnialiby mi wyjazdu – zależałoby im na tym, żebym pojechała do Anglii i przekazywała im informacje! A tak bardzo opóźniany wyjazd mógł w ogóle nie dojść do skutku bo uniwersytet w Lancaster był dosłownie o krok od decyzji, że jest już za późno.

  1. Pobyt w Anglii i powrót z Anglii do Polski

Gdyby prawdą było, że będąc w Anglii byłam ich agentem, byłyby przecież w teczce moje doniesienia i raporty. Nie tylko ich nie ma, ale w mojej teczce zawarta jest, poza wieloma bzdurami, nieprawdziwa informacja o moim powrocie.

Kiedy mimo późniejszego przyjazdu ukończyłam kurs na czas, wraz z innymi jego uczestnikami, i w dodatku dostałam tytuł MA z wyróżnieniem (Master of Arts with Distinction), uzyskałam zgodę British Council i mojego Instytutu na pozostanie w Anglii przez cały rok, tak jak moje oryginalne stypendium przewidywało, a zatem na powrót do końca listopada.

Zdecydowałam zamienić bilet lotniczy na bilet na statek handlowy Inowrocław, bo kupiłam mnóstwo książek i nie chciałam płacić za nadbagaż. Uniwersytet, który organizował podróż, zgodził się. Kiedy pod koniec listopada, tuż przed wyjazdem z Anglii, zadzwoniłam do firmy przewozowej i zapytałam kiedy dokładnie mam być w porcie pod Londynem, dowiedziałam się, że nie ma mnie w ogóle na liście pasażerów. To był szok, ale jeszcze większy szok przeżyłam, kiedy dowiedziałam się, że najbliższe wolne miejsce na statku jest… w czasie Świąt Bożego Narodzenia! Miałam urlop do końca listopada, a do tego po roku chciałam bardzo wracać do domu! Mój mąż znał kogoś, kto znał kogoś i tak udało się “załatwić” przez znajomości umieszczenie mnie na liście pasażerów rejsu, który miał dopływać do portu w Gdyni 13 grudnia. Trudno nie zapamiętać takiej daty…

Nie ma możliwości, aby nie wiedzieli w SB kiedy wróciłam, gdybym faktycznie była ich agentem. Ba, w mojej teczce jest informacja jakobym spotkała się z tym człowiekiem Irkiem, jak go znałam, po powrocie (on podaje datę spotkania 11 grudnia 1985) i poinformowała, że byłam w Anglii od listopada 1984 roku do września 1985. To kompletna bzdura, bo wróciłam z Anglii do Polski 13 grudnia 1985 roku, jak widać ze stempli w paszporcie:

 

Trudno, żebym sama nie wiedziała, kiedy wróciłam, a SB, gdybym była ich współpracownikiem, doskonale wiedziałaby kiedy wróciła jej agentka. Tymczasem pan Irek miał starą informację, sprzed miesięcy, że stypendium miało być do września 1985 roku.

Tak więc bzdurą jest to, że zdecydowałam się na przerwanie współpracy po powrocie z Anglii. Mój opóźniony wyjazd był zemstą SB za odmowę współpracy, na którą to odmowę zdecydowałam się na długie miesiące przed wyjazdem, już w czasie przesłuchania w komendzie na Malczewskiego, w pełni świadoma ryzyka, że wyjazd na stypendium w ogóle nie dojdzie do skutku.

“Zobowiązanie”

Przesłuchanie prowadzone owego dnia 12 marca 1984 roku w komendzie Warszawa-Mokotów przez przebiegłego i antypatycznego SB-ka trwało wiele godzin.

Zaczął od komplementów i oferowania mi różnego rodzaju korzyści. Już wiedział o planowanym wyjeździe i zapewnił mnie, że paszport „mam w kieszeni“. Potem oferował mi gratyfikacje finansowe, lepsze mieszkanie, książki itp. Kiedy to wszystko nie doprowadziło do celu, zmienił metody. Zirytowany powiedział, że nie wyjdę stąd długo i zapytał czy mam ze sobą szczoteczkę do zębów. Zaczęły się inwektywy i groźby. Mój mąż był w tym czasie w delegacji, a mały synek w przedszkolu. SB-ek nie pozwolił mi zadzwonić do nikogo aby poinformować, że nie będę mogła go odebrać. Siedziałam tam przez kilka godzin, a on groził mi i szantażował, nie szczędząc epitetów.

Podpisałam zobowiązanie do zachowania spotkania w tajemnicy i udzielania informacji. I tak wiedziałam, że nie zamierzam zrobić ani jednego ani drugiego, a wyjść musiałam. W końcu mnie wypuścił.

Oczywiście następnego dnia opowiedziałam o wszystkim swojemu szefowi. Jemu także znana była postać esbeckiego “opiekuna” anglistyki pana Irka. Powiedział, żebym się nie przejmowała, bo to drań, a przecież i tak nie zamierzam z nimi współpracować. „Wielu podpisuje na odczepnego i wypina się na nich“, powiedział.

Ani jednego ani drugiego “zobowiązania” (do zachowania w tajemnicy rozmowy i do udzielania informacji) nie zamierzałam dochować i nie dochowałam.

Wtedy i przez wiele lat do głowy mi nie przyszło, że ów pan Irek postanowił zrobić użytek z tego kawałka papieru i dorobić do niego całą “historię współpracy”. Nie mając o tym pojęcia, w ogóle nie zajmowalam się tą sprawą aż do ostatniego czasu, nic mnie nie obchodziły lustracje itp. Sprawa pojawiła się właśnie teraz, po 30 latach.

Kłamstwa w teczce “Marii”

Dokładnie przeczytałam całą – skąpą zresztą – zawartość swojej teczki. Jest tam masa kłamstw owego SB-ka, wyraźnie umieszczonych tam aby pokazać szefom swoje sukcesy. Fakty przeczą im wszystkim.

  • Kryptonim “Maria” został mi nadany przez niego i nie miałam o nim pojęcia. Ludzie świadomie podejmujący współpracę przyjmują pseudonim TW w czasie spotkania i piszą o tym własną ręką w zobowiązaniu (takich zobowiązań widziałam od tego czasu wiele).
  • Nigdy nie miałam z nim kontaktu telefonicznego. Kto zmusiłby mnie to dzwonienia do niego? Po wezwaniu na komendę (mam do dzisiaj owo wezwanie) i wyznaczeniu mi potem spotkania, na które przyszłam aby zerwać współpracę, nie miał już ze mną kontaktu i dlatego przyszedł tam, gdzie miałam zajęcia, a potem próbował się ze mną kontaktować przychodząc do mojego domu.
  • “Opiekunowie” faktycznie działających (a nie tylko zarejestrowanych i odmawiających współpracy) tajnych współpracowników mieli dokładne informacje o swoich podopiecznych. Pan Irek nie wiedział ani po co jadę na stypendium (w raporcie z rzekomego spotkania ze mną napisał, że ja sama powiedziałam, iż jadę studiować literaturę angielską, podczas gdy ja zajmowałam się językoznawstwem), ani na jak długo (rzekomo na 9 miesięcy, a de facto stypendium było roczne). Nie miał pojęcia kiedy wróciłam z Anglii, bo od ponad roku nie mieliśmy kontaktu po mojej odmowie kontaktów z nim.
  • Ostatnia notatka służbowa SB-ka ma datę 18 grudnia 1985 roku i mówi o spotkaniu ze mną, które, jak pisze, odbyło się 11 grudnia. A ja 11 grudnia płynęłam statkiem Inowrocław do Polski. Statek przybił do Gdyni 13 grudnia (Dokument 2 – scan strony z paszportu służbowego, który nadal posiadam, gdzie jest wbita data powrotu). To kolejny dowód na kłamstwa SB-ka.

Wnioski

Nie lepiej było zapytać, panie Ciesielczyk i inni? Skąd ta wiara w uczciwość (sic!) SB? My, ludzie przeciwni temu ustrojowi, mieliśmy i mamy do dzisiaj w sobie głęboko zakorzenioną nieufność i nienawiść do tego aparatu – jego istnienia, metod i pokłosia, którym są właśnie takie, jakże rozpowszechnione obecnie, metody „dochodzenia prawdy“.

Ciekawe, że wszyscy “poszukiwacze prawdy” i fani rozliczeń wierzą ślepo draniom, którzy inwigilowali przyzwoitych ludzi, kłamali, kręcili, byli zwyczajnymi karierowiczami, czemu trudno się dziwić, skoro pracowali dla systemu i machiny nacisku. To ci esbecy są dla nich wiarygodną stroną tego równania, bo jakże wygodnie jest oskarżać ludzi o współpracę!

A kolejny “dążący do prawdy”, tylko że nie lokalny, ale znany powszechnie, Bronisław Wildstein zrobił setkom ludzi krzywdę, sporządzając listę, gdzie pomieszał drani z przyzwoitymi ludźmi i dał pożywkę różnym chorym z nienawiści paranoikom do załatwiania własnych porachunków. OHYDA!

Nie mam sobie NIC do wyrzucenia. Ba, należy mi pogratulować tego, że odmówiłam SB nie pod koniec 1985 roku, czyli po powrocie z Anglii, ale w 1984, natychmiast po traumatycznym przesłuchaniu, bo ani przez jedną sekundę nie miałam zamiaru pracować dla SB. To co podpisałam i dzisiaj podpisałabym w takiej sytuacji, bo nie o puste gesty w życiu chodzi, ale o to, co się naprawdę robi.

•••

Marek Ciesielczyk, radny z Tarnowa, jest samozwańczym tropicielem agentów. Chciałabym móc powiedzieć: “poszukiwaczem prawdy”, ale nie jestem pewna, czy na tejże mu specjalnie zależy. Dlaczego tak sądzę?

Kiedy “Gazeta” dostała informacje w maju, jak wszystkie inne media polonijne, że pan Ciesielczyk wybiera się znowu do USA i Kanady z kolejnymi rewelacjami, potraktowaliśmy to zgodnie z tym, co zawsze słyszeliśmy o panu Ciesielczyku i z tego kontynentu, i z Europy (Polski i z innych krajów, z którymi wiązało się jego życie do roku 1992 i gdzie jest dobrze znany). Wiedząc, jak prowadzone są takie akcje, nie zainteresowaliśmy się tym, bo te polowania na czarownice nie budzą zaufania, a zresztą nas nie dotyczą. Gdybym wiedziała, że stanę się jedną z bohaterek spotkań pana Ciesielczyka z Polonią, przybyłabym na te w Toronto i okolicach. Niewinni nie mają się czego bać. Niestety, pan Ciesielczyk nie działał fair – nie zaprosił mnie ani nie powiadomił, że będzie sobie po mnie hasał, starając się zbrukać moje dobre imię.

Jest różnica między działającymi w dobrej wierze ludźmi takimi jak jak historycy studiujący czasy PRL a osobami takimi jak pan Ciesielczyk. Tamci badają, starają się poznać obie strony, a sąd, który daje głos i oskarżycielom i oskarżonym, decyduje jak było. Kiedy pan Ciesielczyk ogłaszał swoje rewelacje na przełomie maja i czerwca 2017 roku w Vancouver, Tacomie, Edmonton, Calgary, Toronto i Brampton, znał mój szczegółowy i wyczerpujący artykuł z maja (przytoczony powyżej), gdzie opisałam kłamstwa ubeka, z którym miałam do czynienia w 1984 roku. Znał, bo sięgał po “Gazetę”, np. aby zacytować jeden z moich felietonów (po co, notabene, nie mam pojęcia). Ciekawe, że ani razu o tym kluczowym artykule nie wspominał, wkładając słuchaczom do głów wersję ubecji, mimo że jasno wykazałam kłamstwa SB popierając to dokumentami.

Wyraźnie więc nie chodzi panu Ciesielczykowi o prawdę, ale o sensację i manipulacje, które umożliwią mu kolejne wizyty w turystycznie atrakcyjnych rejonach świata.

 

SENSACJE PANA CIESIELCZYKA

Pan Ciesielczyk informował uczestników spotkań (nagrania są dostępne na YouTube), że: “Małgorzata Pogorzelska-Bonikowska była zarejestrowana jako tajny współpracownik komunistycznej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie ‘Maria’. Podpisała zobowiązanie do współpracy, która przyniosło jej korzyść w postaci akceptacji przez SB jej wyjazdów stypendialnych do Wielkiej Brytanii oraz przekazywała Wydziałowi Drugiemu Departamentu Drugiego SB, czyli kontrwywiadowi zajmującemu się Wielką Brytanią, informacje mogące zaszkodzić osobom, których te donosy dotyczyły“.

Jak widać, z jednego wyjazdu zrobiły się “wyjazdy stypendialne” w liczbie mnogiej, a ponadto, jak wyjaśniałam w szczegółach w cytowanym powyżej artykule, to właśnie moja odmowa podjęcia współpracy na drugim spotkaniu spowodowała, że ubecja wydała nakaz opóźnienia wydania mi paszportu o półtora miesiąca, praktycznie uniemożliwiając mi odbycie kursu Master of Arts in Language Studies, na który jechałam. Korzyści więc nie było, a raczej było spore ryzyko, że z wyjazdu będą nici, na co byłam przygotowana.

Pan Ciesielczyk przedstawił “dowody” na to, że DONOSIŁAM do ubecji na dwóch moich kolegów z Anglistyki UW.

Donosy, z definicji, to takie informacje, które może przynieść tylko informator (tajny współpracownik, tzw. TW), a nie fakty, które znają wszyscy i które można uzyskać skądkolwiek. Donos to na przykład sprawozdanie z tego, co ktoś mówił na jakimś zamkniętym spotkaniu o tym, jakie ktoś inny ma poglądy polityczne, powiadomienie SB, że ktoś ma w swoim życiorysie jakieś incydenty, które mogą posłużyć SB do szantażowania danej osoby.

Spójrzmy na dokument pisany ręką ubeka ów dokument w mojej “teczce”, gdzie ubek informuje o moich “cennych” donosach:

Po pierwsze, takiego spotkania nie było, bo po dniu 26 marca 1984 nie miałam już nigdy kontaktu z tym człowiekiem.

Po drugie, sfabrykowane przez niego “doniesienia” nie mają żadnego sensu gdyż:

  • Jerzy Rubach – mój mistrz, wybitny językoznawca, który był niedoścignionym naukowym ideałem dla mnie, najpierw jako studentki, a potem przez lata mojej pracy na Anglistyce, dyrektor mojego Instytutu i wspaniały kolega. Rzekome informowanie przeze mnie SB o tym, że Jerzy Rubach często wyjeżdża, to absurd: oni przecież wiedzieli lepiej ode mnie jak często wyjeżdżał, bo mieli każdy jego wniosek paszportowy w aktach i decydowali czy wyjedzie czy nie. Informacja, że zamierza starać się o stanowisko dyrektora Instytutu była powszechnie znana. Pali, nie pije to równie “cenne informacje operacyjne”. Może gdyby pił, co byłoby to coś dla ubecji do wykorzystania… Sam prof. Rubach wypowiada się o tej sprawie w dalszej części tego artykułu, co sprawę ostatecznie wyjaśnia.
  • Piotr Sadowski – mój przemiły i super zdolny kolega z roku, a potem kolega z pracy na Anglistyce. On akurat żadnych problemów z doktoratem nie miał. Niezwykle zdolny, zrobił karierę naukową i zawsze był wybitnie utalentowany naukowo. Kompletna bzdura.

Najciekawsze jednak jest, jak żądny sensacji pan Ciesielczyk interpretuje te moje “donosy” i ich potencjalną krzywdę dla owych dwóch osób. “Te informacje dotyczyły takich sfer życia tych ludzi, że SB mogła to wykorzystać przeciwko nim dlatego to było naprawdę istotne“.

Oto co pan Ciesielczyk zapodał na spotkaniach z Polonią w USA i Kanadzie:

  • Jerzy Rubach. Otóż sprokurowany przez niezbyt inteligentnego ubeka “donos” miał, zdaniem pana Ciesielczyka, zagrozić Jerzemu Rubachowi. Jak? Pan Ciesielczyk mówi do zgromadzonych: “Jeżeli esbecy wiedzieli, że człowiek chce kandydować na dyrektora Instytutu to mieli go w garści. Przecież oni mogli zrobić wszystko, on mógł zostać albo nie zostać szefem Instytutu, gdyby SB chciała go zwerbować, to mieliby argumenty, prawda? A jeszcze tu jest taka informacja, że często wyjeżdża za granicę, zabiega o te wyjazdy. Kto miał konflikt z SB to mógł zapomnieć o wyjazdach, tak więc była to ważna informacja.“

Totalny nonsens. Wybory na dyrektora Instytutu nie miały nic wspólnego z SB i odbywały się poprzez wysoce sformalizowane głosowanie Rady Wydziału. Taki komentarz pokazuje kompletny brak wiedzy pana Ciesielczyka o mechanizmach działania uczelni wyższych. Pracownicy Instytutu Anglistyki stale wyjeżdżali na stypendia, a studenci na letnie wyjazdy do pracy i aby szlifować język, i nie był to żaden wyjątek. To, że ktoś wyjeżdżał (o czym ubecja doskonale wiedziała), to żadna ważna informacja, a to, że będzie kandydował na dyrektora to powszechnie znany fakt.

  • Piotr Sadowski. Tu już doprawdy pan Ciesielczyk wykazał się nie tylko bujną wyobraźnią, ale i ewidentną ignorancją na temat zasad działania środowisk naukowych. Opowiadał bowiem z ogromną zjadliwością: “Jak się państwo domyślacie, no, można mu było pomóc. Chłop miał trudności to SB mogła powiedzieć ‘no słuchaj, bracie, skończysz tą pracę za dwa tygodnie, my ci gotową pracę przyniesiemy, a poza tym cała komisja jest w naszym ręku, to w ogóle nie będzie egzaminu, dostaniesz zaocznie ten dyplom.’ To były bardzo ważne informacje“.

Pomysł iście szalony. Dziwne, że taki rzekomo naukowo utytułowany człowiek jak pan Ciesielczyk nie ma pojęcia o tym, co wie każdy magister-asystent: doktoratu nikt nikomu nie napisze, bo to może zrobić tylko sam naukowiec o konkretnym dorobku, mający oryginalny i znany w środowisku naukowym w kraju i za granicą dorobek w swojej dziedzinie. Skąd pan Ciesielczyk czerpie taką wiedzę (niewiedzę) – jeśli sam pisał doktorat, jak twierdzi, te proste prawdy powinny być dla niego oczywiste.

Myślę, że tak jak w poprzednim przypadku, pan Ciesielczyk może wie jak jest, ale jego słuchacze nie, i pan Ciesielczyk gra na wywołanie sensacji.

Pan Ciesielczyk nie ma żadnych skrupułów mimo tego, że jasno wykazałam kłamstwo ubeka, który w notatce z 18 grudnia 1985 opisuje spotkanie ze mną odbyte rzekomo 11 grudnia 1985, a ja wówczas płynęłam statkiem z Anglii do Polski (przyjechałam 13 grudnia, co wykazałam stemplami z paszportu w pierwszym artykule) i mówi na spotkaniu: “Zaś w notatce służbowej z 18 grudnia 1985 czytamy: ‘Wymieniona poinformowała mnie (11 grudnia), że w okresie listopad 84-wrzesień 85 była na stypendium British Council w Wielkiej Brytanii w Lancaster, stwierdziła, że nie odpowiada jej kontakt ze Służbą Bezpieczeństwa. Proponuję rozwiązać współpracę i złożyć materiały w Biurze C MSW, doniesienia zostaną dołączone do teczki personalnej Marii.’ I tutaj możecie powiedzieć państwo tak: ‘no dobrze zerwała współpracę i powinniśmy się z tego cieszyć, prawda’? Otóż, oczywiście, że można by tak powiedzieć tylko, że ona zerwała współpracę dopiero wtedy jak osiągnęła swój cel czyli wyjazd stypendialny do Wielkiej Brytanii.”

Dwie bzdury – spotkanie 11 grudnia nie odbyło się, bo i jak – na statku z Anglii?, a do tego ubek po raz kolejny włożył mi w usta rzeczy, których nie mogłam powiedzieć. Otóż, jak wspominałam, mój wyjazd został przedłużony do końca listopada 1985, o czym on nie wiedział, bo nie miał już ze mną od wielu miesięcy kontaktu. Początkowo miałam faktycznie wrócić do Polski do końca września 1985, ale ponieważ mój wyjazd do Anglii się opóźnił, a ja skończyłam kurs w terminie i to z wyróżnieniem, British Council przedłużył mi stypendium do roku.

A zatem bzdura na bzdurze.

 

GŁOS EKSPERTA

Prof. Andrzej Friszke to wybitny polski historyk specjalizujący się w historii najnowszej, profesor nauk humanistycznych, wieloletni członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady IPN, członek korespondent PAN. Przewodniczący zarządu Stowarzyszenia Archiwum Solidarności, członek kolegium Europejskiego Centrum Solidarności oraz rady Muzeum Historii Polski. Członek Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Autor 17 książek. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski, laureat Nagrody Historycznej KLIO (2016 rok) za książkę “Rewolucja Solidarmości 1980-1981”. Nagroda jest przyznawana od 1995 roku autorom książek i ich wydawcom za szczególny wkład w popularyzację historii.

Jak widać z biografii pana profesora, to najwyższa półka ekspercka w kwestii lustracji. Po całej tej historii z panem Ciesielczykiem miałam przyjemność przeprowadzić z nim wywiad o lustracji w Polsce. Pan profesor był tak uprzejmy, że obejrzał też moje dokumenty, a także zapoznał się z nagraniami ze spotkań pana Ciesielczyka dotyczącymi mojej osoby.

Oto nasza rozmowa.

M.P.B.: Z perspektywy Pana – historyka, który się zajmuje tym tematem, jak Polska poradziła sobie ze swoją przeszłością, szczególnie w porównaniu z innymi krajami, np. z NRD, gdzie lustracja została przeprowadzona dużo wcześniej?

A.F.: Często podawany jest ten przykład, ale on jest chybiony, dlatego, że NRD przestała istnieć jako państwo została wchłonięta przez Republikę Federalną, a zatem cały aparat państwowy został zlikwidowany i zastąpiony przez dojrzały, uporządkowany, mający swoje silne tradycje aparat Republiki Federalnej. Dotyczy to wszystkiego wojska, policji, służb specjalnych, wywiadu, edukacji. W związku z tym porównywanie tego z państwem, które ma ciągłość, jest chybione.

Czy Polska sobie dobrze poradziła? Nie, nie poradziła sobie dobrze dlatego, że cała lustracja została wkomponowana w wojnę wewnętrzną różnych frakcji. Materiał teczkowy został potraktowany przez stronę nazwijmy ją “antyestablishmentową” jako narzędzie walki politycznej, środowiskowej, personalnej i w gruncie rzeczy zasady i staranność w orzekaniu o tych sprawach padły ofiarą wojen politycznych, i mamy co mamy. To oczywiście wywoływało różne reakcje obronne. W trakcie tej walki padła ogromna ilość oszczerstw rzucanych w przestrzeni publicznej, kompletnie oderwanych od treści dokumentów i ich wiarygodności. Oskarżano ludzi, że byli agentami nie mając do tego żadnych podstaw. Pan Korwin-Mikke jest specjalistą w tym względzie, zwłaszcza w ostatniej kampanii wyborczej, gdzie oskarżał negocjatorów “Solidarności” przy Okrągłym Stole i twierdził, że tam było pełno agentów, a przecież w delegacji solidarnościowej nie było ani jednego. To wszystko wiadomo od dawna, bo akta są odtajnione, historycy je czytali, ale on się tym kompletnie nie przejmuje tylko rzuca oszczerstwa na ludzi, wiedząc, że to będzie kupione przez jakąś część odbiorców. Trzeba zatem powiedzieć, że Polska niestety nie poradziła sobie z lustracją.

M.P.B.: Czy można było coś zrobić inaczej, lepiej, czy też jest to kwestia naszej narodowej natury, że musimy wszystko co się tylko pojawia używać nie do odkrycia prawdy tylko po to żeby komuś “przywalić”?

A.F.: Problem polega na tym, że jest pewna grupa ludzi, którzy chcą zdelegitymizować III Rzeczpospolitą oraz obalić to państwo i zastąpić je państwem o innym ustroju. Mamy to w tej chwili w całej krasie, a zatem trudno w pewnym sensie od ludzi o tej moralności wymagać, żeby oni byli ściśli, uważni, nie posługiwali się oszczerstwem i kłamstwem. To jest ich chleb powszedni.

M.P.B.: A jaka jest w tym wszystkim rola IPN? Jak pan ocenia jego działalność?

A.F.: To jest temat ogromny, właściwie temat na książkę. Różne były okresy działalności IPN, ale skoro mówimy o sprawie lustracji, to w tym zakresie aparat, który się sprawami lustracyjnymi zajmował, był w zasadzie rzetelny i trzeba powiedzieć – ostrożny. Nie oskarżał ludzi na podstawie nieprawdziwych przesłanek o kłamstwo lustracyjne i na ogół znane mi przypadki, a jest ich dużo, mają swoją podstawę do oskarżeń. Zwracam uwagę, że to rzadko dotyczy osób znanych. Najbardziej skomplikowana i znana publicznie jest sprawa kontaktów Lecha Wałęsy z SB na początku lat 70., zwłaszcza po ujawnieniu materiałów przez panią Kiszczakową, ale tutaj w zasadzie IPN jest w porządku, odwołuje się do istniejących realnie materiałów. Reszta to sprawa sądów.

M.P.B.: A jaka jest pana ocena działalności IPN w sferze lustracji na dzień dzisiejszy?

A.F.: IPN co roku wydaje bardzo obszerne sprawozdanie ze swojej działalności, które zawiera dane typu statystycznego. Tam podaje, ile spraw lustracyjnych było badanych, ile kłamstw lustracyjnych stwierdzono, ile spraw trafiło do sądów. Od kilku lat to już budzi coraz mniejsze emocje, bo dotyczy spraw przeważnie na prowincji. Największa grupa to są kandydaci na radnych w różnych miejscowościach. Czasem wybuchają jakieś większe sensacje, np. przy formowaniu rządu premier Szydło, już po wyborach, kiedy jednego z wiceministrów oskarżono, że był agentem i musiał ustąpić. Ale w gruncie rzeczy to są sprawy niebudzące w Polsce już większych emocji, bo nie dotyczą osób znanych. Ta fala lustracyjna przewaliła się w drugiej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Natomiast od kilku lat to są kompletnie nieznane osoby. To oczywiście powoduje w oczach takich “rewolucjonistów”, którzy wyobrażają sobie, że co drugi znany obywatel to był “ubek”, że odbywa się rzekomo zamazywanie prawdy, bo przecież oni wiedzą lepiej, że agentów było pełno wszędzie, a najlepiej by byli nimi nielubiani politycy. To jest oczywiście wytwór ich wyobraźni, namiętności, obsesji i niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością.

M.P.B.: Czego się w tym procesie nauczyli historycy i jakie powinny być lekcje dla innych, gdyby słuchali ekspertów?

A.F.: Po pierwsze, gdyby chcieli słuchać, to zobaczyliby, że agenci Służby Bezpieczeństwa oczywiście istnieli, ale to były jednostki wśród uczestników walki o wolność, nawet w redakcjach, nawet w ośrodkach intelektualnych – to były jednostki.

Druga rzecz, agent to jest ktoś taki, kto naprawdę współpracuje, ma poczucie więzi ze Służbą Bezpieczeństwa i dostarcza istotnych, ważnych informacji. Właściwie takich agentów znamy już, bo to są opisane przypadki ze środowisk intelektualnych, dziennikarskich czy nawet wśród opozycjonistów. A druga kategoria i to jest najbardziej dramatyczny obszar – to są ludzie, których bezpieka próbowała pozyskiwać szantażem, naciskiem, wykorzystując rozmaite ich słabości, strach przed więzieniem i w ten sposób próbowano ich złamać. Jest trochę osób, które złamać się w pierwszej chwili dawały, np. podpisywały zobowiązanie do współpracy, a potem jej nie podejmowały, uchylały się od tego, uciekały. Takich przypadków jest w gruncie rzeczy dużo. Właśnie teraz mamy trudną sprawę TW “Wolfganga”, czyli ambasadora rządu PiS w Berlinie. To jest właśnie taki przypadek, że on podpisał, a potem (jeżeli mu wierzyć i myślę, że można wierzyć) nie chciał podjąć tej współpracy, migał się, ale oczywiście ślady zostały w aktach. Takich przypadków oczywiście było dużo, bo Służba Bezpieczeństwa próbowała werbować różnych ludzi, ale tylko co któryś przypadek takiego werbunku okazywał się skuteczny.

Trzecia rzecz, że im bliżej naszych czasów, tym częściej środki techniczne zastępowały agenturę. Zdobycie agenta, prowadzenie go było trudne: wymagało znalezienia odpowiedniego człowieka, wprowadzenia go w dane środowisko, podtrzymywania motywacji. To często były lata pracy. W przypadku ważnych opozycjonistów często korzystano po prostu z podsłuchu mieszkaniowego, co było bardzo efektywną metodą. Cały okres drugiej połowy lat 70-tych to jest opieranie się przez SB w ogromnej mierze na podsłuchu. Po powstaniu “Solidarności” ze względu na rozległość działań i osób zaangażowanych kontrolowanie zdarzeń stało się bardzo trudne, a po 13 grudnia i powstaniu konspiracji, rozmowach poza mieszkaniami, jeszcze trudniejsze. Służba Bezpieczeństwa wykorzystywała agentów w różnych ośrodkach opozycji nie tylko do zbierania informacji ale też do działań dezintegracyjnych, np. wpuszczania plotek, prowokowania lub podsycania konfliktów, żeby rozbijać te środowiska, skłócać ludzi, powodować rozłamy. No ale to oczywiście była też metoda na krótką metę w jakimiś sensie, bo często następowała dekonspiracja danej osoby, tzn. jego koledzy widzieli, że to kłótliwa postać, podejrzana i w zasadzie tracił możliwości działania.

No i ostatnia rzecz – mimo rozmaitych działań, które oni podejmowali, nie znam ani jednego przypadku, żeby znacząca struktura ruchu opozycyjnego, czy jakiś znaczący ośrodek wydawniczy stał się przedłużeniem tych działań dezintegracyjnych bezpieki. Na ogół to nie wychodziło, bo bardzo trudno było znaleźć kogoś, kto mógłby być liderem jakiejś działalności i jednocześnie agentem to w zasadzie nigdy się nie udawało.

M.P.B.: Jaka jest definicja TW?

A.F.: Podpisanie zobowiązania do współpracy jest przekroczeniem magicznej granicy. W tym momencie SB ma uprawnienia, żeby wnieść o zarejestrowanie danej osoby jako źródła informacji. Ktoś, kto podpisał takie oświadczenie, że godzi się na współpracę, ściąga na siebie różne niebezpieczeństwa, i w tamtym okresie, i dzisiaj. Natomiast to nie wszystko – warunkiem uznania, że ktoś jest współpracownikiem musi być materialna współpraca, a więc dostarczanie informacji. Oczywiście oficer, który dokonał werbunku, jest zainteresowany tym, żeby to wyszło, bo jest z tego rozliczany, za to dostaje pensję, premię, szansę awansu. W związku z tym on, że tak powiem, stara się docisnąć tę sprawę tak, żeby zaistniała ta współpraca i oczywiście próbuje się spotykać z daną osobą, próbuje jeżeli jest jakiś opór ten opór przełamywać, próbuje skłonić do jakichś opowieści o sprawach niepowszechnie znanych. To jest taka gra. Odnosząc się do tego pani przypadku, oczywiście tu nie zaistniała żadna materialna współpraca. Po pierwsze, oczywiście wadliwie jest wypełnione zobowiązanie, bo zobowiązanie powinno zawierać przyjęcie pseudonimu. Nie uzyskując tego od pani, żeby pani własnoręcznie napisała jak się pani będzie podpisywać w kontaktach z nimi, ubek uzyskał takie pół zobowiązanie, przekazał je górze i dopisał, że to już jest “Maria”, a “Maria” o tym nie wiedziała.

M.P.B.: A czy to się zdarzało w innych przypadkach?

A.F.: Nie przypominam sobie takiego przypadku – przyjęty pseudonim powinien od razu być w deklaracji. Po drugie jest tak, że on się spotkał raz czy drugi i mógł odnotować, że odbyło się spotkanie kolejne, oprócz tego werbunkowego. To jest cały czas etap pozyskiwania. Przekroczeniem drugiej magicznej linii jest doniesienie o jakiejś sprawie. Znam przypadki, że na tym pierwszym etapie oficer próbował namówić swojego świeżo pozyskanego informatora, żeby mu coś napisał własnoręcznie. To mogły nie być ważne rzeczy, ale ważne, aby były napisane własnoręcznie. Celem takiego działania wobec potencjalnego agenta, było przełamanie jego oporu wewnętrznego – oni to z całą świadomością robili. Nie zawsze to się udawało, ale konieczne było, by po spotkaniu esbek mógł napisać “doniesienie” agenta o jakichś zdarzeniach istotnych, czy zawierające opis jakiegoś środowiska, albo osoby, ale nie może to być tak prosta wiadomość, że “u mnie kierownikiem czy dyrektorem w pracy jest X, on się zajmuje filozofią średniowiecza”, bo to jest w każdym informatorze uczelni, to nie jest żadna informacja. To musiała być informacja, która nie jest upubliczniona. Zebranie studentów NZS byłoby taką informacją, zebranie wydziałowe, co się tam działo, kto co mówił, a nie że istnieje uniwersytet i tam są jakieś katedry, a dziekanem jest X, bo to nie jest żadna tajemnica. W tym pani wypadku nie ma żadnego elementu, który miałby charakter doniesienia. Jak się pani broniła słusznie, to że ktoś często wyjeżdża za granicę, nie jest żadną tajemnicą, bo przecież on składał o paszport może w tej samej komendzie, z której przychodzi ten ubek, przecież oni to wszystko wiedzą. Nawet jak paszportu nie dostał, to przecież wniosek musiał składać, zaproszenia też musiał tam rejestrować, jeżeli go zaprasza jakaś instytucja zachodnia.

M.P.B.: W materiałach, które znalazłam na temat pewnej osoby, która współpracowała, była relacja z prywatnego spotkania w domu u kogoś z kolegów w pracy, gdzie było opisane co tam się odbywało, kto co mówił, co kto jadł i pił, o czym rozmawiali. Wydaje mi się, że to jest właśnie doniesienie, prawda?

A.F.: Tak jest. Doniesienie, to na przykład co ktoś mówił, co sądził o Jaruzelskim (albo o polityce partii), już nie mówiąc o sytuacjach drastycznych, że ktoś mówił, że chce ulotkę wydać lub ją wydał. To są doniesienia, ale informacja, że ktoś ma niepolityczne zainteresowania takie lub inne, albo gdy student mówi, że ktoś może zostać dyrektorem instytutu. To jest nic nie warte, to nie ma żadnej wagi, tak samo jak to drugie, że ktoś ma kłopoty (nieważne, czy ma je czy nie ma) z napisaniem doktoratu to żadne doniesienie. Jak ten pan Ciesielczyk mówił, że bezpieka za pani kolegę mogła napisać pracę doktorską, to przecież to jest kompletny idiotyzm – takiego przypadku z całej historii PRL i esbecji nie znam, by oni komuś pracę pisali, bo przecież oni nie byli do tego zdolni. To wszystko jest zawracanie głowy i podsycanie niezdrowych imaginacji.

M.P.B.: W sądownictwie tak jest, że jeżeli świadek kłamie w jednej sprawie to przestaje być wiarygodnym świadkiem we wszystkich innych fragmentach sprawy. “Mój ubek” pisze, że ze mną się spotkał 11 grudnia 1985 roku, podczas gdy ja do 13 byłam w podróży statkiem i na to są dowody w postaci cały czas posiadanych przeze mnie papierów. Czy pan poprzez swoją wiedzę i studiowanie różnych przypadków i teczek, zna przypadki gdzie oni produkowali takie materiały?

A.F.: Ten oficer chce się wykazać przed przełożonymi, że ten kontakt podtrzymuje, bo inaczej musiałby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie ma efektów pracy, więc on zapewne wymyślił sobie spotkanie, niezbyt precyzyjnie, bo pani ma potwierdzenia, że w tym czasie pani była za granicą. On nie dopatrzył, że pani jest za granicą. To jest sama istota rzeczy pracy bezpieczniackiej – nie ma doniesień, nie ma agenta. Takich przypadków było sporo, nie mówię teraz o wymyślanych spotkaniach, tylko o takich osobach, które próbowali pozyskiwać, nakłonili do złożenia zobowiązania, a potem te osoby starały się nie spotykać, żadnych raportów nie złożyły, a ci ubecy co jakiś czas próbowali dzwonić, próbowali się umawiać. Często te osoby nie przychodziły na spotkania. Ostatecznie w takich sytuacjach, mniej więcej po dwóch latach, dawali za wygraną, zamykali sprawę i kierowali do biura C czyli do archiwum z wnioskiem o wyrejestrowanie danego przypadku, jak w pani sytuacji. I takich przypadków jest dużo ale powiedzmy sobie szczerze, że one są mało przez historyków badane.

Tu muszę powiedzieć krytycznie o IPN, że jakoś nie znam specjalnie historyków, których by interesowało akurat to, o czym my rozmawiamy, tzn. jak wyglądała codzienna praca esbeków w pozyskiwaniu ludzi, w sposobie ich prowadzenia. Takich prac ja właściwie nie znam. Generalnie wszyscy się koncentrują na efektach czyli opisywaniu jakiejś struktury, jakiegoś pisma, środowiska, grupy itd. Warto pamiętać, że SB działała też w sposób bardzo biurokratyczny, jak inne instytucje w tamtych czasach. Niechlujstwo i niepilnowanie terminów było ich taką samą cechą jak wszystkich innych, czego zresztą ci goniący za sensacjami nie rozumieją, np. tego, że przychodziła godzina 16.00 i oni zamykali biuro i nic ich nie obchodziło, każdy szedł do domu, do żony, do dzieci, a zostawali tylko na jakieś wyjątkowe sytuacje. Ile rzeczy się udało opozycji ominąć, bo nawet jak były jakieś niebezpieczne sytuacje, groźba wpadki, to zanim esbecy przyszli następnego dnia, można było uporządkować mieszkanie. Oni nie mieli takiego rozpalenia w oczach wyjątki oczywiście były, ale generalnie to była bardzo biurokratyczna struktura. Osoby, które są podatne na takie historie i chcą takiej “prawdy”, panu Ciesielczykowi wierzą jak panu Bogu i uważają, że pewnie wszyscy, którzy nie są tacy jak oni by chcieli, to są ubecy, tylko jeszcze ich akt nie znaleziono. To jest znany syndrom tutaj w Polsce to tak samo wygląda.

M.P.B.: Dziękuję za rozmowę.

 

UBECY SAMI O SOBIE

W tej części artykułu przedstawię Państwu wiele ciekawych informacji o metodach pracy ubeków, pochodzące z ich własnych zeznań w sądzie. Wyjaśnia to znakomicie zjawiska, o których mówi prof. A. Friszke.

Rzadki i niezwykle cenny jest materiał zawarty w książce Małgorzaty Niezabitowskiej, dziennikarki, pisarki, scenarzystki, reporterki “Tygodnika Solidarność”, rzeczniczki prasowej rządu Tadeusza Mazowieckiego (1989-1991).

Niezabitowska została oskarżona o współpracę z SB – o to, że była tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie “Nowak”. IPN odmówił jej statusu osoby pokrzywdzonej. Po toczącym się od maja 2005 na wniosek Niezabitowskiej postępowaniu lustracyjnym w jej sprawie 11 czerwca 2006 sąd lustracyjny uznał, iż Niezabitowska nie była tajnym współpracownikiem SB. Kolejny uniewinniający wyrok w tej sprawie zapadł 11 stycznia 2007 roku. Sąd Apelacyjny w Warszawie w uzasadnieniu wyroku uznał m.in., że “Małgorzata Niezabitowska została zarejestrowana bez swojej wiedzy jako tajny współpracownik. Mimo że odmawiała spotkań z SB, prowadzący ją funkcjonariusz pisał raporty z tych spotkań. Znalazły się w nich informacje m.in. z podsłuchów założonych w jej mieszkaniu”. Po apelacji wniesionej przez IPN sprawa wróciła do sądu pierwszej instancji i była ponownie rozpatrywana. W 2010 Sąd Okręgowy umorzył postępowanie w związku z długotrwałą chorobą Małgorzaty Niezabitowskiej, która spowodowała, że wycofała się ona z procesu autolustracji.

Całą sprawę wraz z dokładnym przebiegiem procesu Małgorzata Niezabitowska opisała w książce “Prawdy jak chleba” (2007), a materiały SB wraz z metodą ich wytwarzania ujawniła na swojej stronie internetowej.

Książka ma dedykację: “Książkę dedykuję tym, którzy w papiery bezpieki wierzą jak w Pismo Święte“.

W jej procesie lustracyjnym na świadków powołani zostali ubecy –prowadzący ją podporucznik Grzelak i jego szefowie. Ich zeznania są bezcenną skarbnicą wiedzy o tym, jak pracowała SB, jak rejestrowano współpracowników bez ich wiedzy, jak prokurowano materiały i notatki z nieodbytych w rzeczywistości spotkań, jak kompilowano “donosy” przypisywane rzekomym TW, a pochodzące z innych źródeł.

Oto wybór cytatów z tej książki, którą nota bene warto przeczytać (szczególnie polecam ją panu Markowi Ciesielczykowi i tym, którzy jakże łatwo uwierzyli w jego bezpodstawne oskarżenia, którymi szasta bez analizy i zastanowienia).

To zapiski Małgorzaty Niezabitowskiej z okresu 19 stycznia 2005-10 stycznia 2007.

 

  • W radiowym programie Moniki Olejnik, prezes IPN Kieres niespodziewanie, niepytany, oświadczył, że istnieją dokumenty nieznane nawet historykom Instytutu, a tylko jemu, od czterech lat. (…) Ostatnie stwierdzenie, rewelacja. Dotąd wiarygodność esbeckich papierów była, wedle pracowników Instytutu oraz jego szefa, niepodważalna. Teraz Kieres twierdzi, że należy je sprawdzić. A tak w ogóle trzeba działać z najwyższą ostrożnością, bo “materiały mogą być sfingowane”. Sfingowane? Dokumenty SB, tej najlepszej ze służb! Nareszcie prezes zaczyna mieć wątpliwości. (str. 242)

 

  • Łatwo lustruje się tych, których nie znamy, jeszcze lepiej tych, którzy są naszymi wrogami czy oponentami. Kiedy podejrzenie pada na bliską osobę, to mija zapał do poszukiwana prawdy i wymierzenia sprawiedliwości. Niedola prawdy polega na tym, że nie bardzo chcemy ją przyjąć, kiedy jest dla nas niewygodna”. To cytat z artykułu Jarosława Markowskiego “Czy teczki nas wyzwolą?” Tekst jest długi, a odpowiedź na tytułowe pytanie krótka: Nie. Autor podaje ją wraz z ostrzeżeniem: “Poruszając się w esbeckich materiałach, w sferze niedomówień, półprawd, fingowanych często ‘teczek’ można nigdy nie dojść tej prawdy, która ‘ma moc wyzwalającą’”. (str. 248)

 

  • Dokumenty SB na swój temat ujawnił Lech Kaczyński. Ujawnił, bo, jak powiedział, “takie jest zapotrzebowanie społeczne”. “Teczka” kandydata na prezydenta nie zachowała się. Kaczyński opowiadał dziennikarzom, co robił naprawdę, akta natomiast podsumował krótko: “To wszystko jest ubecka, nieprawdziwa wizja świata.”

Zgadzam się w zupełności. Byłoby tylko dobrze, żeby Kaczyński tę ocenę rozciągnął także na inne materiały wytworzone przez bezpiekę. Jest bowiem tak, że orędownicy lustracji wierzą w papiery esbeków niczym w Słowo Boże. Wierzą, chyba że im to z jakiegoś przeważnie osobistego powodu, nie pasuje. Wówczas nagle, i tylko w jednostkowym przypadku, dotąd w pełni wiarygodne materiały stają się “ubecką, nieprawdziwą wizją świata.” Otóż nie! Dokumenty spreparowane przez podporucznika Grzelaka na Niezabitowską są równie nieprawdziwą wizją świata jak te, które na temat Kaczyńskiego wysmarowali funkcjonariusze i agenci z gdańskiej SB. (str. 270)

 

  • Wiadomość z Lublina. Do tamtejszego oddziału IPN masowo zgłaszają się chętni, aby zajrzeć do “teczki”. Lecz nie swojej, tylko sąsiada, znajomego, krewniaka czy klienta. Oto najlepsze potwierdzenie zwycięstwa nowego ustroju, znak głębokiego przeorania świadomości.

W systemie totalitarnym nikt by nawet nie pomyślał żeby czytać cudze akta wytworzone przez tajną policję. Po pierwsze, nikt by im nie wierzył, po drugie, uważano by taki czyn za niegodny, stawiający ciekawskiego na równi z tymi, którzy zawodowo podsłuchiwali, podglądali, donosili, po trzecie wreszcie, nawet gdyby znalazła się osoba niemająca zahamowani, i tak by wiedziała, że materiały bezpieki są ściśle reglamentowane, dostęp ma wyłącznie władza.

A teraz? Żadnych skrupułów, raczej odwrotnie. Nietrudno się domyślić, że grzebanie w brudach ma służyć celom utylitarnym. Znalezienie haka na sąsiadkę, bratanka, partnera czy klienta może się przydać. No i poczucie, że wolno. Jeśli politycy zaglądają sobie nawzajem do “teczek”, wspomagani przez dziennikarzy i naukowców, a następnie wykorzystują materiały bezpieki, to przecież, uważają ludzie, my nie jesteśmy gorsi, mamy te same prawa. Całkowicie logiczne. Jest demokracja czy nie? (str. 271)

 

  • W SB liczyła się statystyka, stwierdza w “Rzepie” (“Rzeczpospolitej” przyp. red.) pułkownik bezpieki Wiesław Poczmański i tłumaczy, jak werbowano tajnych współpracowników. W rzeczywistości oraz wyłącznie na papierze. Norma 10 agentów do pozyskania i prowadzenia, którą wprowadził minister Kiszczak, często przerastała możliwości funkcjonariusza, więc część “uzysku” istniała wyłącznie w dokumentach. “Gdy pracowałem w Pałacu Mostowskich, opowiada Poczmański, kierownik z jednej sekcji wezwał podwładnego. Patrząc mu w oczy powiedział ‘no i co?’. Podwładny: ‘Szefie, przyznaję się. Werbowałem martwe dusze, a fundusz operacyjny szedł do mojej kieszeni’. Zaskoczony szef na to: ‘Miałem właśnie powiedzieć, że otrzymujesz awans’. Takie przypadki zdarzały się”. A szefowie, przynajmniej niektórzy, dawali się oszukiwać i promowali łowców agentów, niekoniecznie prawdziwych.

Poczmański to doświadczony człowiek, przez 38 lat był oficerem Służby Bezpieczeństwa, przeszedł wiele szczebli, wspiął się wysoko. Wie, o czym mówi, a przede wszystkim chce mówić. Wśród byłych funkcjonariuszy jest wyjątkiem. Niestety. Dopiero zderzenie wiedzy, jak w przypadku byłego komendanta wojewódzkiego, ogromnej, z informacjami, które historycy czerpią z akt bezpieki, mogłoby doprowadzić do ustalenia prawdy, choćby jej części.

Na ostatnie pytanie jak ocenia tomy akt, które zapisali agenci i oficerowie SB, Poczmański odpowiada: “Wtedy i dzisiaj traktowałem je sceptycznie. W sumie te akta niosą bardzo przyczynkarską wiedzę o tamtych czasach. Opracowywać je powinny osoby nie tylko z wiedzą historyczną, ale też orientujące się jak te dokumenty powstawały. Istniał fundusz operacyjny, a funkcjonariusze mieli pieniędzmi wiązać agentów z SB. Trudno orzec, ilu funkcjonariuszy robiło to rzetelnie, a ilu chciało np. zabłysnąć przed szefami by awansować, dostać wyższy stopień oficerski itd. Mogę tylko stwierdzić, że w aktach jest wiele śladów ludzkiej ułomności”. (str. 282)

 

  • Były podporucznik (Grzelak, “prowadzący” M. Niezabitowską ubek, wezwany do zeznawania – przyp. M.P.B.) (…) tłumaczył, że pseudonim musiał się znaleźć w oświadczeniu (…) bo skoro na tej podstawie miano zarejestrować jako tw, to musiał być pseudonim. (…)

I tłumaczył, że spotkania, wedle wymogów SB, powinny się odbywać przynajmniej raz w miesiącu, “to był sprawdzian mojej pracy”, więc pisał, określał jako tw “Nowak”, a że niewiele miał do pisania to dokładał rzeczy prawdziwe, “ale uzyskane z podsłuchu telefonicznego, kontroli korespondencji, innych źródeł osobowych”. (str. 308)

 

  • Podporucznik Grzelak o swoim przełożonym, pułkowniku Uryzaju:

Uryzaj też chciał się wykazać. Było ogromne ciśnienie na sukces, żeby dokonać pozyskań, pochwalić się ilością źródeł. Uryzaj chwalił się przed swoimi przełożonymi. Statystyki przedkładano ponad wszystko. To był wykładnik pracy. Było założenie resortowe, że każdy pracownik operacyjny musiał pozyskać dziesięć źródeł osobowych do prowadzenia”. (str. 310)

 

  • Chciałem być dobrym pracownikiem”, powiedział w pewnym momencie Grzelak. I, uważam, jest to klucz do tej sprawy. Młody podporucznik znalazł się w sytuacji, stworzonej częściowo przez niego samego, częściowo przez jego szefów, i starał się. Próbował nawiązać kontakt, co było “męką, stresem”, nie wychodziło, inwigilował, a nuż MN uda się przyłapać na “konspiracji” i wówczas będzie można przymusić. W domyśle, grożąc więzieniem. Lecz się nie udało. Toteż kompilował, wytwarzał z informacji, co wielokrotnie powtarzał, prawdziwych, tylko pochodzących z innych źródeł. (str. 324)

 

  • Zeznaje były funkcjonariusz SB Aleksander Minkowicz:

Funkcjonariusze niszczyli zapisy przeważnie szybciej, ponieważ mieli zakaz ujawniania środków technicznych swej pracy operacyjnej. To następowało tak, że pracownik był zobowiązany przetworzyć dokumenty otrzymane z biura techniki, przetworzyć w formie notatki służbowej bądź fikcyjnego doniesienia tw.

W momencie, kiedy usłyszałam, że informacje przetwarzano w fikcyjne doniesienia strzeliłam głośno w powietrzu palcami, wydając jednocześnie okrzyk “Uał!!”. (…) sędzia Kaniok oprzytomniał na tyle, że zadał pytanie:

Pan chce powiedzieć, że funkcjonariusz miał obowiązek włożyć informacje z techniki w usta z innych źródeł?

Tak – potwierdził Minkowicz, – przetworzyć to w formie doniesienia tw albo w formie notatki uzyskanej od innego źródła informacyjnego.

– Z czego wynikał ten obowiązek? – pytał dalej przewodniczący.

Z instrukcji wewnętrznej… To co uzyskaliśmy przy użyciu techniki, nie tylko PT, ale także innymi środkami operacyjnymi, było przedstawiane w aktach jako uzyskane od źródeł osobowych. Zgodnie z instrukcją.

– Jaką? – odzyskał głos sędzia Pomianowski. – 006/70?

– Nie, 006, z roku siedemdziesiątego była instrukcją ogólną, do niej wydawano przepisy szczegółowe. Część z nich dotyczyła właśnie tego, o czym mówię. Chodziło o stosowane środki techniki żeby nie zostawiać dokumentów źródłowych.

– Pan mówi – włączył się rzecznik niepróbujący nawet ukryć swojego zdenerwowania – że fałszowaliście dokumenty, pisaliście nieprawdę?

– Nie fałszowaliśmy – kontynuował wyjaśnienia Minkowicz, w przeciwieństwie do rzecznika, spokojnym, rzeczowym tonem. – My tylko przesuwaliśmy źródła, zamiast technicznych wpisywaliśmy osobowe, ale zawartość była prawdziwa.

– Ale później nie wiedzieliście, co pochodzi skąd! – stwierdził Kaniok, jak na siebie z mocną emfazą. – Nie wiedzieliście czy daną informację naprawdę przekazał jakiś tw, czy w ogóle był aktywny, czy tylko wpisano mu? Czy to nie wprowadzało zamieszania, nie kłóciło się z logiką funkcjonowania tej instytucji? Jak można było odróżnić, co pochodziło od źródła, a co pochodziło z podsłuchu?

– To nie było łatwe – przyznał pułkownik dodając, że taka była specyfika pracy SB. (str. 331)

 

  • Zeznaje były funkcjonariusz SB Aleksander Minkowicz:

Funkcjonariusze mieli wręcz obowiązek, jak mówiliśmy, przenoszenia źródeł. A niektórzy nieumiejętnie przetwarzali informacje pochodzące z podsłuchu telefonicznego na notatki z rozmowy, np. z tw.

– Czy jako przełożony funkcjonariuszy, którzy stosowali te metody, nie obawiał się pan, że prowadzą fikcyjne źródła informacji? – zadał kolejne pytanie przewodniczący.

– Moi podwładni stosowali te metody, więc to było prawdopodobne. Można ich było podejrzewać o takie rzeczy stwierdził pułkownik. Bywał i taki pracownik, który przyniósł jedną informację z miasta i potrafił z niej zrobić około dwudziestu notatek. To mu się wytykało: “ty tu siedzisz i przepisujesz to samo na różne sposoby”. (str. 332)

  • Zeznaje pułkownik Uryzaj:

– Pani Niezabitowska – podsumował pułkownik – była martwą duszą na szachownicy naszej gry operacyjnej. (str. 340)

  • (…) Podkreślał wielokrotnie, że “rejestracja nastąpiła bez faktycznego pozyskania”, “bez wiedzy i zgody pani Niezabitowskiej” i że to on podjął decyzję. Pamiętał, że była jedna, podstawowa rozmowa, drugiej sobie nie przypominał, że “lojalka,” jaką widział, miała w podpisie nazwisko nie pseudonim, że “Nowak” został wymyślony przez oficera prowadzącego. (…)

Mówił też, że od samego początku od momentu rejestracji domagał się pisemnych relacji sporządzonych przez panią Niezabitowską, ale nigdy ich nie było. Nie dochodziło też do rozmów ze mną, choć Grzelak się starał. Więc “kompilował”, “kompilował”. To słowo powtarzało się przy kolejnych raportach Grzelaka, a jego szef wskazywał skąd mogły brać się zawarte w nich informacje: z techniki operacyjnej, z innych komórek organizacyjnych Resortu, a także od prawdziwych tw, bo “nie zawsze chciano i nie zawsze ujawniano prawdziwe źródła osobowe.” (str. 341)

 

  • Esbek założył fałszywą teczkę tajnego współpracownika”.

I kto to mówi? Ten, któremu “teczkę” założono? a może zoologiczny przeciwnik lustracji, który chce ją skompromitować? Pudło. Tak twierdzą prokuratorzy IPN. “Wedle naszych ustaleń teczka ojca Wołoszyna została sfabrykowana przez oficera SB”, powiedział prokurator Góra z toruńskiego oddziału Instytutu. Dalej nawet mocniej: “Na podstawie ówczesnych przepisów dotyczących rejestracji i pozyskania tajnych współpracowników funkcjonariusze SB mogli bez przeszkód spreparować teczki.”

To powinna być sensacja dnia, więcej, roku. Nas, Polaków, czeka przecież prawdopodobnie totalne lustrowanie, a jakoś nie widzę tytułów: “Prokurator IPN przyznaje: esbecy mogli preparować ‘teczki’” albo “Fałszywki ‘teczek’ możliwe bez przeszkód, twierdzi IPN”. (str. 408)

 

MOJA SPRAWA I “TECZKA”

Oba te istotne źródła – historyk profesor A. Friszke i potwierdzone przez sąd zeznania ubeków w wygranym przez nią procesie Małgorzaty Niezabitowskiej, potwierdzają to, co wiem na swoim przykładzie:

  1. rejestracja jako tw odbywała się często bez wiedzy osoby rejestrowanej,
  2. ubecy nadawali takim osobom pseudonimy bez ich wiedzy (prawdziwy tw musiał własną ręką podpisać swoje zobowiązanie do współpracy nie tylko nazwiskiem, ale także pseudonimem, aby można było uznać, że został zwerbowany i faktycznie podjął współpracę),
  3. ubecy potrzebowali sukcesów do pokazania przełożonym, mieli rygorystyczne statystyczne normy do wykonania, więc udawali, że kontakt z zarejestrowanymi osobami trwał podczas gdy osoby te nie spotykały się z nimi i nie przekazywały informacji,
  4. ubecy tworzyli notatki o nieodbytych spotkaniach,
  5. ubecy tworzyli “donosy” wkładali w usta zarejestrowanych informacje, które pochodziły z innych źródeł (podsłuchy i inne osoby) albo informacje powszechnie dostępne (te ostatnie nie kwalifikowały się w ogóle jako donosy)
  6. teczki prawdziwych tw zawierały osobiście napisane doniesienia lub pokwitowania odbioru pieniędzy czy prezentów.

Punkty te dokładnie opisują mój przypadek:

1 i 2. Wymuszone przez ubeka po długim przesłuchaniu zobowiązanie do zachowania w tajemnicy spotkania i udzielania informacji jest podpisane wyłącznie moim imieniem i nazwiskiem – nie ma tam pseudonimu, bo nie nawiązałam współpracy i nie zamierzałam zastosować się do zobowiązania. Nie miałam więc pojęcia, że mimo odmowy współpracy na drugim i ostatnim spotkaniu, zostałam fikcyjnie zarejestrowana i ubek nadał mi jakiś pseudonim.

3 i 4. Odbyłam z ubekiem 1 spotkanie na wezwanie w komendzie milicji Warszawa-Mokotów, a potem zjawiłam się raz jeszcze, by go poinformować, że nie zamierzam się z nim spotykać więcej ani udzielać mu żadnych informacji. Nigdy potem się z nim nie spotkałam. Raz przyszedł na wydział (to według ich żargonu tzw. “zetknięcie”), ale odmówiłam rozmowy. Raz przyszedł do domu, gdzie mój mąż odprawił go z kwitkiem. Jak jednak bywało często, ubek sprokurował notatki z paru innych spotkań, których nigdy nie było, co udowodniłam dokumentami.

5. Tzw. “donosy” zawierają powszechnie znane i dostępne informacje o moich kolegach z Instytutu Anglistyki.

6. W mojej teczce nie ma oczywiście nic napisanego moją ręką ani podpisanego przeze mnie.

 

GŁOS RZEKOMEJ OFIARY “MOJEGO DONOSU”

Wśród wymyślonych przez “mojego” esbeka informacji, na owym jednym z paru spotkań, które w rzeczywistości się nie odbyły, miałam rzekomo złożyć donos na mojego dyrektora Instytutu Anglistyki (IA) prof. Jerzego Rubacha, światowej sławy fonologa, profesora zarówno Uniwersytetu Warszawskiego jak i University of Iowa.

Po 27 latach skontaktowałam się z nim z zapytaniem o to, czy miał jakieś trudności z SB. Pokazałam mu dokument o rzekomym donosie:

Oto oświadczenie, które na moje ręce złożył w tej sprawie prof. Jerzy Rubach:

“Zacznę od Twego pytania o moje kontakty z SB. Kontakt z SB, dokładniej z osobą przedstawiającą się jako oficer kontrwywiadu, miałem tylko raz w życiu. Było to we wrześniu 1984, w dzień po tym, jak wróciłem z Holandii, aby od października podjąć funkcję dyrektora Instytutu Anglistyki, na którą zostałem wybrany w czerwcu tego samego roku. Zgłosił się do mnie jakiś pan, który przedstawił się jako porucznik kontrwywiadu. Celem rozmowy było wystraszenie mnie, że jako dyrektor będę celem działania obcych służb wywiadowczych (sic!). Szczególnie mnie uczulał na sposób prowadzenia rozmowy na ew. spotkaniach w British Council i w Ambasadzie USA. Zapytałem, jakie to tajemnice mógłbym przez nieuwagę przy takiej rozmowie przypadkiem ujawnić i nie czekając na odpowiedź zreferowałem mu w największym zaufaniu moją nową teorię jerów. Postawiłem śmiałą tezę, że choć wszyscy twierdzą, że jery wymarły w XII wieku, to ja twierdzę, że one do dzisiaj żyją, tylko tyle że są samogłoskami abstrakcyjnymi i nie są nigdy wymawiane. Istnieją jednak w underlying representation jako ‘floating segments’ czyli segmenty pływające (dureń nie wiedział, co to jest underlying representation). Poprosiłem por., aby nie rozpowiadał o mojej teorii, bo artykuł nie jest do końca rozpracowany a w nauce zdarzają się kradzieże pomysłów.

Nie kłamałem. W 1986 roku opublikowałem w Holandii ten artykuł o jerach: “Abstract Vowels in Three-Dimensional Phonology: the Yers”, The Linguistic Review 18 (1986), 247-280. Uczynił mnie on sławnym na cały świat i bardzo ułatwił profesury gościnne.

Porucznikowi podziękowałem za ostrzeżenie o potencjalnym namierzaniu mnie przez obce służby i zapewniłem, że gdyby taki przypadek zaszedł, to natychmiast zamelduję o tym rektorowi i poproszę MSW o ochronę.  

Nigdy po tej rozmowie z września 1984r. ani ja do nich ani oni do mnie się nie zgłosili. Nigdy też, nawet podczas tej rozmowy, nie proponowali mi współpracy. Mojego nazwiska nie było na liście Wildsteina. Skorzystałem z prawa III RP i napisałem do IPN pismo, aby ujawnili mi moją teczkę w MSW. Chciałem wiedzieć, jakie były na mnie donosy, gdyż to, że jakieś musiały być było prawdopodobne, gdyż w 1986r. zostałem wybrany Dyrektorem IA. Otrzymałem odpowiedź, że w aktach moich nie ma żadnych donosów ani żadnej dokumentacji SB. Są jedynie moje podania paszportowe. Nie było więc sensu iść i zaglądać do mojej teczki w IPN.

Konkludując, ten Twój “donos” nie trafił do mojej teczki. Nie dziwię się zresztą, gdyż ma zero informacji. Jest to bardzo dobra opinia o mnie. Gdybym wierzył, że faktycznie to powiedziałaś, musiałbym stwierdzić, że wręcz mnie wybieliłaś, bo oprócz tego, że dużo paliłem, lubiłem i do dzisiaj lubię wypić (choć nie upijać się). Jedyną obiekcję, którą mogę zgłosić to to, że za mało powiedziałaś o moich talentach naukowych, a myślę, że już wtedy dobrze się zapowiadałem (doktorat w 26. roku życia, habilitacja w 33. roku, w 1984 roku publikacja monografii w Holandii, co przyniosło mi sławę).

Przypominam, że na spotkaniach z Polonią pan Marek Ciesielczyk mówił ze zjadliwością: “Jeżeli esbecy wiedzieli, że człowiek chce kandydować na dyrektora Instytutu to mieli go w garści. Przecież oni mogli zrobić wszystko, on mógł zostać albo nie zostać szefem Instytutu, gdyby SB chciała go zwerbować, to mieliby argumenty, prawda? A jeszcze tu jest taka informacja, że często wyjeżdża za granicę, zabiega o te wyjazdy. Kto mógł wyjechać z PRL? Jak ktoś miał konflikt z SB to mógł zapomnieć o wyjazdach, tak więc była to ważna informacja.”

Totalny nonsens. Wybory na dyrektora Instytutu nie miały nic wspólnego z SB – odbywały się poprzez wysoce sformalizowane głosowanie Rady Wydziału. Taki komentarz pokazuje kompletny brak wiedzy pana Ciesielczyka o mechanizmach działania uczelni wyższych. Pracownicy Instytutu Anglistyki stale wyjeżdżali na stypendia, a studenci na letnie wyjazdy do pracy i aby szlifować język i nie był to żaden wyjątek. To, że ktoś wyjeżdżał (o czym ubecja doskonale wiedziała), to żadna ważna informacja, a to, że będzie kandydował na dyrektora – ogólnie znany fakt.

Tak więc mamy głos najważniejszy – samego prof. Rubacha.

Chyba więcej nie trzeba. Panie Ciesielczyk, ma pan tutaj to, co sam pan powinien był sprawdzić zanim zdecydował się pan publicznie oczerniać niewinnych ludzi – żadne donosy na prof. Rubacha nie zaszkodziły mu, bo ich nigdy nie było.

 

WNIOSKI

1. Niewiele wiedzą albo chcą wiedzieć “lustratorzy” tacy jak pan Marek Ciesielczyk. Pokazują tylko to, co wzbudza sensację, ignorując fakty, ważne dowody kłamstw ubeków, nie dając głosu oskarżanym. Pan Marek Ciesielczyk przyjeżdża do Kanady, gdzie od 27 lat działam na rzecz Polski, Polonii i Kanady, pracuję społecznie, ciesząc się szacunkiem, i wymienia mnie na swojej liście, nie wspominając, że moja “teczka” jest cieniutka i nic w sobie nie ma, ba, jest teczką osoby zarejestrowanej bez jej własnej wiedzy. Przez takie działania, których nie stosowałby żaden historyk, w pamięci słuchaczy pozostało tylko jedno – ci ludzie donosili. A potem to właśnie jest opowiadane innym na imieninach, grillach, spotkaniach czy u fryzjera. Ludzie kochają igrzyska, sensacje, afery. A plotka wędruje szybko i daleko.

2. To bezgraniczne zaufanie “badaczy prawdy” do ubecji, do jej uczciwości (sic!) i zasad, jest chichotem historii, ostateczną zemstą PRL-u i SB nad ofiarami i powodem, dla którego nasze polskie społeczeństwo jest tak skłócone. Wypowiedź wybitnego eksperta historyka prof. Friszke oraz informacje o pracy SB ujawnione przez samych funkcjonariuszy w procesie Małgorzaty Niezabitowskiej, to solidna wiedza, która powinna dać do myślenia ludziom, którzy nią nie dysponują.

3. Nie byłam agentem (tw) “Maria”. Tak jak ubecy uczynili w sprawie Małgorzaty Niezabitowskiej, “mój ubek” zarejestrował mnie bez mojej wiedzy i dopisał do dwóch faktycznie odbytych, cztery dodatkowe spotkania, które nigdy się nie odbyły, napisał notatki służbowe zawierające wiele wymyślonych i kłócących się z faktami informacji (w tym owe DWA “donosy”, które sprokurował, co było typową praktyką w SB). Jak widać w teczce, nie przybrałam pseudonimu, nic nigdy nie napisałam własną ręką, nie ma tam żadnych pokwitowań.

•••

Zamykam ten rozdział w moim życiu – przekazuję swoje artykuły IPN do załączenia do mojej teczki i radzę panu Markowi Ciesielczykowi, aby na przyszłość nie udawał, że nie zna przedstawionych przeze mnie faktów. Żądam, aby moje nazwisko usunął ze swojej listy, a na swojej stronie internetowej i na swom kanale YouTube zamieścił sprostowanie.

Wszystkim, którzy mnie wspierali w tym trudnym dla mnie czasie, z serca dziękuję.

Wszystkim, którzy, mimo że znają mnie osobiście, uwierzyli w ubecką wersję, zalecam więcej lektur i żegnam się z nimi na zawsze.

KONIEC

 

Małgorzata P. Bonikowska

 

Oto dwa inne warte przedstawienia dokumenty:

Dokument 5 – notatka o rzekomym spotkaniu 11 grudna 1985 roku, które oczywiście było zmyślone ponieważ w tym czasie płynęłam statkiem Inowrocław z Anglii do Polski, a przyjazd miał miejsce 13 grudnia 1985 roku, co widać na stemplu w paszporcie:

Dokument 6 – ostateczna ocena i decyzja o wyrejestrowaniu “TW Maria”, także zawierająca błędną datę mojego powrotu z Lancaster:


Poprzednie moje artykuły:

Czy byłam agentką SB TW “Maria”, czyli jak walczący o “prawdę” wierzą SB

Prawda czy sensacja? Kulisy ujawniania agentów SB w Polonii (cz. 1)

TO TRZEBA WIEDZIEĆ! Kulisy ujawniania agentów SB w Polonii (cz.2)

Artykuły o Marku Ciesielczyku:

Artykuł 1

Artykuł 2

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

5 Comments

  1. Marek Maciolowski on

    @ Pan Redaktor Edward Dusza
    Dzialalnosc emigracyjna pana Ciesielczyka nie jest mi znana, zatem przedstawione przez Pana informacje sa wartosciowe zgodnie ze znana Panu zasada , ze ” tylko prawda jest ciekawa “.
    Zasadzie tej ta Gazeta nie holduje reprezentujac polityczna opcje PO , ktora Jozef Mackiewicz nazwal by ” prowokacja ” , taka jaka opisal w ” Zwyciestwie prowokacji “.
    Odnotowuje konflikt tresci Panskiego listu z politycznym profilem tej gazety .
    Jesli pan Ciesielski jest prowokatorem to mocodawca jego prowokacji moga byc tylko srodowiska , mowiac eufemistycznie, post-peerelowskie. Mam tym samym nadzieje , ze dzialalnoscia tego pana nie obarcza Pan obozu rzadzacego PiS ? Lecz tak czytelnik tej wlasnie gazety moglby odczytac Panski list w ” kontekscie politycznego ” ducha” tej gazety .

  2. Roman Kosiński on

    Przecież ten Ciesielczyk nie jest żadnym profesorem – sprawdzailismy go – wszędzie zero informacji o nim na tych uczelniach w Europei i USA. To oszołom. Znany powszechnie i nie wiem, kto tego człowiek słucha. Lepiej niech wytłumaczy swoje kłamstwa.

  3. polski Kaszub on

    Ma pan na mysli portal “Progress for Poland”w ktorym ukazal sie “List w obronie Fundacji Obywatele RP”?

  4. Marek Urbanek on

    Pan Ciesielczyk przyjezdza do Phoenix, a jego spotkania organizuje calkowicie w tutejszej Polonii skompromitowany niejaki Wiktor Zolcinski. Kiedy poznalem tego ostatniego we wczesnych latach 80-tych powiedzial mi ze byl w Polsce “jednym z 9-ciu zastepcow Walesy”. Zakladal “Pomost”, a raczej zbieral pieniadze od naiwnych ktorym obiecywal zalatwic azyl. Jego zona, w zlosci po tym kiedy ja pobil, powiedziala mi ze z Solidarnoscia mial tyle wspolnego ze zdefraudowal jej pieniadze. Wizyta sp. Anny Walentynowicz rozwiala wszelkie watpliwosci co do rzekomej patriotycznej dzialalnosci pana Zolcinskiego ale nie zapobiegla jego spolki z kolejnym oszolomem i antysemita, panem Checinskim, z ktorym wspolnie wyrzadzili w tutejszej Polonii sporo szkod. Ksiadz pewnie nie slucha jego spowiedzi bo udziela mu miejsca na spotkania na ktore nikt kto zna Zolcinskiego i tak nie pojdzie.

  5. Edward Dusza on

    „Łowca agentów” znowu w Ameryce

    Marek Ciesielczyk, „upierdliwy łowca agentów”, czy jak mówią inni „damski bokser” (Progress for Poland), pojawia się znowu w Stanach Zjednoczonych. W niektórych środowiskach polonijnych zyskuje posłuch, o czym świadczą organizowane przez (no właśnie, przez kogo?) spotkania. Podobnych tur „wykładowych” nie miał dotąd żaden historyk krajowy. Nagle człowiek, który wywołuje zamęt w swoim mieście i który potrafi przebić się do zwartych grup politycznych w Polsce przez histeryczne, agresywne ataki, dzisiaj skutecznie dzieli emigrację, zarzucając kolaborację ze służbami specjalnymi czołowym jej działaczom. Na jego celowniku znaleźli się znani i powszechnie szanowani ludzie w Chicago, teraz przyszła kolej na New Jersey, New York, a także na Kanadę. Zresztą Ciesielczyk jest wszędzie. Jest to pewnego rodzaju fenomen, bo ostatecznie przeloty, pobyt, hotele i podróże po obu Amerykach na pewno sporo kosztują, a nikt nie wie, z czego nasz bohater żyje. Ktoś za to wszystko płaci!
    Ciesielczyk za swoje wystąpienia dla Polonii był finansowo nagradzany z opłat pobranych za wstęp na jego „wykłady”. Czy Ciesielczyk rozliczał się z urzędem podatkowym z sum, jakie zainkasował z tego powodu w USA – nie wiem. Nie wiem też, czy w Polsce posiada konkretną pracę i w jaki sposób utrzymuje rodzinę. Czy jest rzeczywistym członkiem jakiejś komisji rządowej, zasiada w jakimś ministerstwie, należy do jakiegokolwiek grona profesorskiego w Polsce, jest urzędnikiem jakiejkolwiek instytucji naukowej? O tym w jego ogłoszeniach głucho. Wiadomo tylko o działalności w grupie „Oburzonych”. Ale Tarnów, choć miasto bardzo piękne i miejsce urodzenia Romana Brandstaettera, to nie Warszawa, Londyn czy Nowy Jork. Nawet w Polsce awantury w tym mieście to mało znaczący konflikt prowincji. Również o osiągnięciach ośrodka polonijnego, który Ciesielczyk powołał do życia koło Tarnowa, też głucho. Ciesielczyka kojarzy się nie z osiągnięciami naukowymi, opartymi na solidnych kwerendach, ale po prostu z nieprofesjonalnymi wyskokami, szkalującymi i krzywdzącymi ludzi. Usiłowałem raz wyrazić swoją opinię na blogu internetowym „upierdliwego tropiciela agentów” (tak określono Ciesielczyka na portalu Progress for Poland), ale w żaden sposób nie mogłem tego zrobić – wpisy bowiem są tam kontrolowane. Ciesielczyk miał nadzieję, że jego wystąpieniami zainteresują się poważne instytucje naukowe czy znani dziennikarze, np. pan Max Kolonko, ale niestety, tak się nie stało. Pozostała więc tylko autoreklama, którą nasz sfrustrowany bohater opanował do perfekcji.
    Na spotkaniach z Ciesielczykiem tłumów nie ma, lokalu udzielają mu organizacje polonijne. Oczywiście, Ciesielczyk ma swoich fanów – znaleźli się wśród nich przedstawiciele kleru polskiego, którzy pozwalają na swoich salonach szerzyć oszczerstwa i siać nienawiść. Wydano mu nawet książkę. W samym jednak Chicago nasz łowca agentów ma coraz bardziej utrudnione zadanie. Niektóre organizacje odmówiły mu wynajmu lokalu na prelekcje, a to głównie dlatego, że jest tu znany po prostu z bardzo złej strony, jako awanturnik i naginacz prawdy. Padały pod jego adresem również zarzuty o znęcanie się nad swoją byłą żoną w Niemczech; wiedziano o kidnapingu. Ciesielczyk uprowadził bowiem z Niemiec do Stanów swoją nieletnią córeczkę i nie potrafił zapewnić jej opieki. Za ten czyny ścigany był przez władze niemieckie listem gończym.
    Stały pobyt w USA załatwił mu jeden z polonijnych wydawców. Miał pracować w „Relaxie” jako dziennikarz. Nie wiem, czy Ciesielczyk zdobył obywatelstwo amerykańskie, przeszkodą tu na pewno być mogły jego wyczyny w Niemczech. Jego przydatność w firmie, która o stały pobyt wystąpiła, była fikcyjna. Łatwo to udowodnić i jest kilka osób w Chicago, które miałyby dużo do powiedzenia na ten temat.
    Swojego zawodu dziennikarskiego, stanowiącego podstawę starania o stały pobyt, właściwie nie wykonywał. Mógł on być tylko pozorem w celu uzyskania zielonej karty. Potwierdzenia jego wykładów na znanych uczelniach amerykańskich nie udało się nam zdobyć. A wiele osób próbowało wielokrotnie, bez skutku. Po prostu w uczelniach, w których ponoć wykładał, nie kojarzono z niczym jego nazwiska. Może w związku z tym dzisiaj pan Ciesielczyk przedstawi kopie dokumentów potwierdzających jego zaangażowanie na zagranicznych uczelniach, określając dokładnie swoją tam pozycję i czas wykładów? Wystarczy wrzucić te udokumentowane dane w Internet i tym samym rozwiać wszelkie wątpliwości.
    W „Relaxie” i pismach Michała Kuchejdy, będącego właścicielem firmy Chemigraph, artykuły Ciesielczyka ukazywały się bardzo rzadko, a w końcu uznano go za nieudacznika i przestano drukować. Przysyłał sporadycznie swoje płytkie analizy polityczne, zawsze z żądaniem, aby uwzględniać jego tytuł doktorski i zamieszczać fotografie z wczesnej młodości, co budziło ogromny śmiech w redakcji. W okresie, kiedy ja prowadziłem „Relax”, spowodowałem, że teksty Ciesielczyka przestały się tam pojawiać, a to dlatego, że według mojego rozeznania były dla naszych czytelników bezwartościowe.
    W Chicago pamięta się również inne ekscesy Ciesielczyka, zwłaszcza te, związane z pismem „Alternatywa”, wydawanym przez śp. Komandora Rajdu Katyńskiego Wiktora Węgrzyna i Spółki. Wydawca ten został po prostu oszukany przez „łowcę agentów”, który przedstawił się jako znakomity dziennikarz o wielkim doświadczeniu i szerokiej wiedzy, zwłaszcza w dziedzinie światowej polityki. Ciesielczyk zdołał uzyskać od Węgrzyna sute wynagrodzenie, o jakim nie śniło się nawet najwybitniejszym polonijnym dziennikarzom. Kiedy okazało się, że jest osobą na tym stanowisku wręcz szkodliwą i nieprzydatną, został zwolniony. Doprowadził wydawcę do bardzo dużych strat finansowych, zaś samo istnienie pisma za jego przyczyną zawisło na włosku.
    Zemsta Ciesielczyka była natychmiastowa i niechlubna. Wszyscy znamy historię donosu, jaki został napisany w sprawie „nielegalnego zatrudnienia” córki śp. Wiktora Węgrzyna. Później, podczas jednej ze swoich wizyt w moim domu, Wiktor Węgrzyn, zapytany o ten konflikt, w słowach dosadnych określił swojego byłego redaktora (obecny w czasie tej rozmowy był pan Jacek Kawczyński) następującymi słowami: „człowiek szmata, mały oszuścik gotowy za pieniądze zrobić wszystko. Uczciwy człowiek nie podaje ludziom tego rodzaju ręki. Kawał zimnego skur…”.
    Ofiarami ataków Ciesielczyka padło poza Węgrzynem wiele znanych i szanowanych osób. Co ciekawe, zawsze zamożnych i znanych, miedzy innymi nieżyjący już wtedy Edward Puacz, księgarz, publicysta „Kultury” paryskiej, socjalista, wydawca autorów polskich działających poza cenzurą. O dziwo, to ostatnie oskarżenie Ciesielczyk wyciszył. Sądzę, że spotkał się z twardą akcją wdowy po Edwardzie Puaczu, Miry Puacz, która kontynuuje działalność swego zmarłego męża.
    Chicagowski tygodnik „Kurier”, który zamieszczał zawiadomienia o występach Ciesielczyka, udostępnił swoje łamy osobom przez niego atakowanym. Wielkie oskarżenia sprowadzone zostały do rangi pomówień. Przykładem może tutaj być sprawa Andrzeja Jarmakowskiego, która pokazała, jakim mizernym historykiem jest „łowca agentów”.
    Znany historyk polski i wybitny znawca problemów emigracji, dr Sławomir Cenckiewicz, również zdecydowanie zakwestionował metody badawcze Ciesielczyka. Cenckiewicz ma doskonałe rozeznanie w temacie. Wydaje się, że powinien tutaj zabrać głos. „Łowca agentów” usiłował go zdyskredytować, kwestionując jego uczciwość zawodową. Twarde stanowisko Polonii amerykańskiej spowodowało jednak, że Ciesielczyk tchórzliwie zaprzestał swoich pomówień, nie znajdując posłuchu. Zrozumiał, że nie może doskoczyć do pięt temu znakomitemu uczonemu, ani sięgnąć wyżyn, na których Cenckiewicz operuje.
    Niezmiernie żałosne okazały się najnowsze (maj br.) rewelacje Ciesielczyka na temat redaktor naczelnej torontońskiego pisma “Gazeta”, Małgorzaty Bonikowskiej i znanego biznesmena i filantropa, Adama Bąka. To, że akurat zaatakował Adama Baka, nie jest dla mnie zaskoczeniem. Podczas swego pobytu w Ameryce Południowej Ciesielczyk próbował nawiązać kontakt z przebywającym tam wtedy Adamem Bąkiem. Bąk zachował się wstrzemięźliwie, a nasz „łowca agentów” nie potrafił w żaden sposób zainteresować go swoją osobą. Prawdopodobnie Adam Bąk, który znał Wiktora Węgrzyna i historię „Alternatywy”, zdawał sobie sprawę, ku czemu prowadza podchody Ciesielczyka. Wiadomo, Fundacja Bąków jest hojna, wielu z niej korzysta, ale zapewne stoi zamknięta dla Ciesielczyka i jego „wyszukanych gustów”.
    Jestem przekonany, że Ciesielczyk mógł mieć nadzieję na kasę jego fundacji. Nie zdobył jednak zaufania naszego szczodrego, polonijnego filantropa. Nie dostał ani grosza. Stąd pewnie obecna wendeta: Bąk nie dał forsy, to trzeba mu przyłożyć. To przecież zbrodnia, aby „jeden z najbogatszych Polaków w Ameryce” (określenie Ciesielczyka) nie wspomógł „profesorka”! Zwłaszcza że ów lubi wakacje w tropiku. No i cóż, nie udało się „łowcy agentów” uszczknąć cokolwiek z jego fortuny. Gdyby było inaczej, to Ciesielczyk uderzyłby zapewne w inną nutę, pewnie stworzyłby apoteozę człowiekowi, którego obecnie atakuje. A teraz tylko straszy utratami obywatelstwa, deportacjami. Czyżby zamierzał złożyć następne donosy do władz amerykańskich na zasłużonych Polaków? Ma przecież doświadczenie w tych sprawach. Zapowiada akcję na rzecz usunięcia Adama Bąka z Komisji Senackiej ds. Polonii. Nie dziwię się. Taka akcja sugeruje istnienie „mocodawców”. Bąk zdecydowanie i głośno wyraża swoje opinie, wychodząc z założenia, że rząd PiS-u nie docenia Polonii, nie zna jej, nie robi niczego, by ją poznać, nie potrafi dostrzec swoich sojuszników, a stawia na dawno zdyskredytowanych, mało znaczących i niepopularnych „działaczy”, którzy gotowi są do lukratywnej dla nich współpracy z każdą partią znajdującą się u władzy w Polsce. Nie przytakuje, ale wysuwa swoje postulaty. Co ważniejsze, jest motorem grupy lobbingowej „Polish American Advocacy Group”, często reagującej na szkodliwe decyzje podjęte nad Wisłą, zwłaszcza w stosunku do Polonii i Polaków z Kresów. Domaga się konkretnych czynów i akcji na rzecz Wychodźstwa. Żąda udziału Polonii w planowanych wobec niej akcjach i przedyskutowania czy zrewidowania tych już podjętych bez konsultacji z zainteresowanymi. To nie wszystkim się podoba w Warszawie, a zwłaszcza jego krytyka wobec uległości polskich władz wobec Ukrainy i Litwy. Wręcz przeciwnie, taka postawa przysparza mu wrogów.
    Atak na Adama Bąka jest wyjątkowo przykry. Ciesielczyk marginesowo przedstawia jego życiorys. Nie wiem, czy wie, że Bąk pochodzi z twardej, konserwatywnej rodziny górali ziemi żywieckiej, gdzie konsekwentnie przestrzegano zasady „Bóg, Honor i Ojczyzna”. Ojciec Bąka, Antoni, wypiekał w swojej piekarni chleb, szmuglowany do obozu koncentracyjnego Auschwitz. Jego wuj, „najstarszy biskup polski”, śp. ks. Albin Małysiak, wysoce ceniony przez polski Episkopat, niósł pomoc żydom w czasie okupacji niemieckiej, za co wyróżniony został przez rząd państwa Izraela. Sam Adam Bąk w pierwszych latach swojej emigracji był współzałożycielem wydawnictwa Contra i wydawcą książek Tadeusza Katelbacha, Józefa Mackiewicza, Wacława Iwaniuka. Te trzy wymienione nazwiska o czymś świadczą! Bąk, biedny student z Hunter College, łączący naukę z pracą zarobkową, pokrył wspaniałomyślnie koszt tłumaczenia książki Józefa Mackiewicza „W cieniu krzyża” na język angielski, wspierał również finansowo, wraz z Marianem Święcickim, tego żyjącego w wielkim ubóstwie pisarza. A przecież za taką działalność, za wspieranie Józefa Mackiewicza, najbardziej antykomunistycznego pisarza, za jakiego uważano twórcę „Kontry” i „Nie trzeba głośno mówić”, po głowie nie głaskano, zarówno w PRL, jak i na emigracji. Później, kiedy zacząć odnosić sukces finansowy, nie żałował grosza na cele społeczne. Nina Polan (Janina Katelbach) głośno mówiła o jego wsparciu dla Polskiego Instytutu Teatralnego, którym kierowała w Nowym Jorku. Dzięki jego hojności możliwe było przyznanie nagród przez Towarzystwo Krzewienia Nadziei i Wydawnictwa Contry, które otrzymali antykomunistyczni pisarze emigracji. Bąk sfinansował w całości wydanie książek Andrzeja Chciuka „Towarzysze z bezpieczeństwa” i „Atlantyda”, jak również pomógł w nabyciu praw autorskich do książek Marii Rodziewiczówny od Rybitwy (Tern) Books w Londynie i wydaniu kilku powieści patriotycznych tej pisarki. Obecnie, już jako ten „jeden z najbogatszych Polaków w Ameryce” jak zawsze anonimowo, bez rozgłosu, ciągle niesie pomoc Polakom w Stanach Zjednoczonych, na Kresach i w Polsce. Bąk otarł wiele sierocych łez, funduje stypendia dla zdolnej młodzieży, wspiera kulturę, Kościół katolicki, naukę, prace wydawnicze prawdziwych naukowców i profesjonalistów, a nie ludzi pokroju „łowcy agentów”, czego ten ostatni najwyraźniej nie może mu przebaczyć. Fundacja Adama Bąka funduje także w tych samych rejonach pomniki upamiętniające polską martyrologię czasu II wojny światowej. Tam, gdzie inni chowają głowy w piasek, Bąk działa z otwartą przyłbicą. Tak było między innymi w przypadku Ponar i Wołynia.
    Bąk nigdy nie szukał rozgłosu i poklasku w mediach, konsekwentnie odmawiał wywiadów. Wszystkie wyżej wymienione czyny możemy łatwo potwierdzić, gdyż są udokumentowane. Przeciwnie niż w przypadku „łowcy agentów”. A przecież należy zapytać, co konstruktywnego i chwalebnego zrobił dla Polski i Polonii Ciesielczyk? Jakimi zasługami okupi zamęt, który wywołuje wśród Polonii, a także w swoim rodzinnym mieście czy na polskiej scenie politycznej, gdzie z nienawiścią niszczy ludzi i zasłużone autorytety? Szkoda, że nie zastanawiają się nad tym zagadnieniem organizatorzy jego wystąpień w Ameryce, np. Jan Małek z Kalifornii.
    Jakże żałosne są oskarżenia Ciesielczyka sugerujące, że Bąk przekazywał uzyskane z FBI informacje służbom specjalnym reżimu warszawskiego! Agenci FBI spotykali się z pracownikami polonijnych instytucji, m.in. z Eugeniuszem Kusielewiczem, polonijnymi studentami oraz z redaktorami polonijnych gazet. O wizytach FBI głośno mówił Aleksander Jordan z Centrum Polsko-Słowiańskiego w Brooklynie. Nie ominęły one również „Gwiazdy Polarnej”, największego w końcu XX wieku tygodnika Polonii. Pamiętam telefony i spotkanie z pracownikiem FBI, do których doszło w sprawie zatrudnienia polskiego dziennikarza z Paryża, dr. Tadeusza Samulaka. To tylko agent FBI zadawał pytania, a nie przedstawiciel redakcji. Także Michał Kuchejda, wydawca „Dziennika Chicagowskiego” wielokrotnie mówił o zainteresowaniu FBI jego pismem. Gdyby „łowca agentów” o tym wiedział, pewnie postawiłby redaktorów wspomnianego pisma pod ścianą.
    Ciesielczyk opowiada nam obecnie nieporadne bajki: oto naiwne FBI prowadzi rozmowy z obywatelami, ujawnia im swoje działania, w poufnej rozmowie wprowadza ich w sekrety swego urzędu, bez najmniejszego lęku, że podane przez nich informacje trafią do wywiadu PRL! Ludzie! Puknijmy się w czoło! Czy Ciesielczyk uważa nas wszystkich za idiotów, a agentów FBI za partaczy?
    Zarówno w sprawie Adama Bąka, jak i redaktor Małgorzaty Bonikowskiej, Ciesielczyk nie przedstawia pełnej dokumentacji, za wyjątkiem o niczym nieświadczących, wyrwanych z dokumentacji fragmentów esbeckich raportów pisanych na ich ofiary.
    Red. Bonikowska przygotowała udokumentowaną odpowiedź na jego zarzuty, pokazując absurd jego oskarżeń i wykazując ewidentne kłamstwa ubeków. Szkoda, że Ciesielczyk nie zapoznał się z jej artykułami, a co najważniejsze, nie podzielił się ich treścią na swoich „wykładach” czy portalu, bowiem artykuły Bonikowskiej wyjaśniają bardzo dokładnie metody pracy SB. No, ale przecież nasz „łowca agentów” nie będzie sam podrywał swojej, i tak zachwianej już, wiarygodności.
    Adam Bąk zapewne wystąpi przeciwko Ciesielczykowi na drogę sądową. Dowiemy się wtedy, o co w tym wszystkim ataku chodziło. Dzisiaj natomiast już wiemy, że Ciesielczyk korzystając z naiwności Polonii dzięki swoim „wykładom” znalazł dobre źródło dochodu – łatwy sposób na życie. Z premedytacją prowadzi akcje nękania. Zamieścił swoje rewelacje na kilku portalach internetowych. Już pojawiły się wpisy, często ordynarne i chamskie. Z Internetem ludzie przegrywają. Można tam wrzucić wszystko. I wszystko zostaje. Tak można zniszczyć każdego, nawet najbardziej niewinnego człowieka, zwłaszcza gdy nie ma środków na obronę prawną. Ta jest bardzo kosztowna i może trwać latami. Na to pewnie liczy Ciesielczyk, oskarżając ludzi mniej zamożnych lub martwych. Raz rzucona potwarz potrafi na zawsze zbrukać człowieka. O tym odpowiedzialny historyk i dziennikarz winien pamiętać. Istnieje bowiem coś, co zwiemy etyką. W wystąpieniach Ciesielczyka niestety jej zabrakło. Jest on również ostatnią osobą, która powinna oceniać moralne postępowanie innych.
    Zanim nasza polonijna społeczność znowu stanie się ofiarą fałszowania rzeczywistości i akt IPN, zażądajmy danych, skąd pochodzi sam Ciesielczyk i jego tytuł doktorski, bo nigdy nie potrafił tego udokumentować. Zapytajmy, z jakiego powodu nie zajmuje się czynnymi esbekami w Polsce. Sprawdźmy jego autentyczność. Zaprośmy uczciwych i sprawdzonych historyków, aby odnieśli się do „odkryć” pseudo-historyka Ciesielczyka na podstawie konkretnych i całościowych dokumentów z archiwów w Polsce. Polonia prezentuje szlachetne wartości, których Ciesielczyk nigdy nie zdoła sobie przyswoić! Rozbijano nas za komuny, chcą nas rozbijać i teraz. Znamy te mechanizmy doskonale, my to już przeżyliśmy. Przeżyjemy też Ciesielczykowe pobekiwania i pogwałcenia prawdy, która sama się obroni.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.