Pojedynki kobiet i duchownych

0

Choć pojedynek to “sport” męski, zdarzało się, że stawały w szranki kobiety, a także duchowni (ci, choć w rzeczywistości mężczyźni, to w swych długich strojach wyglądali jak kobiety). W mentalności ogółu w różnych okresach i w różnych miejscach na globie, ludzi traktowano jako należących do jednego rodzaju, mianowicie męskiego. Kobiety traktowane były albo jako nieudani, spaprani przez bogów mężczyźni, lub nawet jako trzodę domową. W innych czasach i w innych miejscach, gdy w Kościele zaprowadzono rygor celibatu, ludzie dzielili się na trzy stany: męski, żeński i duchowny. Członkowie tego ostatniego musieli być zwolnieni ze ślubów kościelnych, by z powrotem stać się pełnymi mężczyznami aby, na przykład, móc założyć rodzinę, czy mieć prawo pojedynkowania się, oczywiście za pozwoleniem władz.

Ciekawe widowiska
Kobiety, jak wspomniałem, pojedynkowały się nieczęsto, dlatego ich pojedynki były uznawane za wyjątkowo ciekawe widowiska. Najczęściej władze świeckie lub kościelne musiały dać oficjalne zezwolenie na odbycie pojedynku przez kobiety zwaśnione, szczególnie gdy miał to być pojedynek publiczny, oglądany przez osoby postronne. Wtedy unikało się klątwy, konfiskaty majątku, wygnania, czy nawet śmierci na szafocie. Z kilku dokumentów historycznych, do których dotarłem, dotyczących pojedynku kobiet wynika, że takie zezwolenia dawano chętniej niż mężczyznom, chyba dlatego, że dawcy pozwolenia, zawsze mężczyźni, chcieli uczestniczyć w tych dość nietypowych i rzadkich widowiskach. Poza tym wiedziano, że kobiety będąc niezbyt sprawne we władaniu bronią raczej nie pozabijają się, co najwyżej mogą spowodować jakieś niegroźne rany, czy tylko draśnięcie. A więc szansa popełnienia grzechu i zbrodni zabójstwa były minimalne.

Pojedynek w Neapolu
Oto kilka przykładów tej rozrywki dla publiki. W roku 1552 w Neapolu stanęły w szranki dwie damy błękitnej krwi: Izabella de Carazzi i Diambra de Pettinella. Pokłóciły się o mężczyznę do wzięcia, przystojniaka, niejakiego Fabio de Zeresola. Pojedynek miał miejsce na jednym z placów Neapolu, było to więc widowisko publiczne. Przykro mi donieść, że w dokumentach historycznych nie ma informacji, a może nie udało mi się do nich dotrzeć, jakiej broni użyto, jak się pojedynek skończył; chyba do śmierci nie doszło, bo by o tym pisano. Nie wiemy nawet czy były rany na ciałach pojedynkujących się, ale chyba były, bo cała Europa o tym niezwykłym widowisku plotkowała, a osiemdziesiąt lat później hiszpański malarz Jose de Riberta uwiecznił to wydarzenie w obrazie “Duello de mujeres”.

Dowód, która bardziej kocha kardynała Richelieu
Kiedyś w biografii kardynała Richelieu wyczytałem, że dwie panie o bardzo błękitnej krwi, jakaś diuczessa i chyba jakaś hrabina walczyły ze sobą publicznie by pokazać, która jest bardziej zakochana w kardynale. Walczyły na pistolety, a po oddaniu nieskutecznych strzałów chwyciły za szable. Były jakieś tam rany. Zapomniałem tytułu książki, nie mam teraz szansy przedstawić szczegółów tego wydarzenia. Nieważne która pani udowodniła której, że bardziej kocha kardynała.

Dowiedziałem się z tej książki, że słynny kardynał nie tylko uczynił z kraju największą potęgę europejską, choć teoretycznie krajem rządził jeden z najbardziej nieudolnych Burbonów Ludwik XIII. Przez wprowadzenie polityki ekonomicznej zwanej merkantylizmem, czyli popierania krajowej produkcji, ograniczenie importu i wprowadzenie cła na produkty z zagranicy, spowodował duży wzrost gospodarczy kraju i poprawę warunków bytu wszystkich stanów społeczeństwa. Dbał o instytucję kulturalne: był twórcą najstarszej i najsłynniejszej w świecie akademii nauk, zbudował nawet własne miasto nazwane, oczywiście, Richelieu (miałem okazję je zwiedzić, ale nie zrobiło na mniej większego wrażenia), ale dowiedziałem się też, że łamał serca kobiece, bo wiele dam, i to nie tylko we Francji, marzyło o tym, by być przynajmniej blisko niego. Aleksander Dumas ojciec w swych historycznych powieściach, a szczególnie w “Trzech muszkieterach”, wyraziście i zgodnie na ogół z faktami maluje tło historyczne tych czasów.

Pojedynek w Hyde Parku
W roku 1792 pewnego popołudnia pani Elphinostone poszła na tradycyjną herbatkę do przyjaciółki Lady Almerii Bradock. Nie wiem czy herbata była zbyt mocna, czy ją czymś wzmocniono, bo pani E. szczerze i odważnie wyznała przyjaciółce, że w jej wieku nie wygląda wystarczająco młodo i ponętnie. Reakcja była natychmiastowa. Gadatliwa dama nie tylko została przepędzona z domu lady, ale ta wyzwała ją na pojedynek w miejscu publicznym, w słynnym Hyde Parku w Londynie. Zgodnie z obowiązującymi zasadami pojedynkowania się pierwszy strzał oddała osoba sprowokowana do pojedynku. Pani Elphinostone strzeliła, trafiła w kapelusz drugiej damy, który przestrzelony spadł na ziemię. To jeszcze bardziej zdenerwowało Lady Bradock – drogi kapelusz nie nadawał się już do użytku – nie wykorzystała swego strzału, porwała za miecz i uderzyła przeciwniczkę w ramię. Polało się trochę krwi, krwawiąca pokonana była zobowiązana, i to na piśmie, tę drugą przeprosić za obrazę. Nie znam dalszej części tej historii, przypuszczam, że pani E. popijała swoją popołudniową herbatkę teraz pod innym adresem.

Pojedynek Amerykanki z Francuzką
Praktyka pojedynków kobiet miała niekiedy ramy międzynarodowe. Oto przykład. Rzecz się działa już w XIX wieku. Niejaka Miss Shelby, Amerykanka, dała się wciągnąć w bardzo ożywioną dyskusję z paryżanką madame Asti de Valsayre na temat tego jacy lekarze, francuscy czy amerykańscy, są najlepsi. W czasie dyskusji wymknęło się z ust miss słowo “idiotka”. To przeważyło szalę, bo nie tylko lekarze francuscy zostali sponiewierani przez gadatliwą i zbyt krytyczną panienkę, ale śmiertelnie obraziła rozmówczynię. Francuzka wezwała Amerykankę na pojedynek, i by dodać do tej imprezy smaczku, przykazała jej stawić się na historycznym miejscu największej klęski Napoleona, na polu pod Waterloo. To było międzynarodowe wydarzenie, bo Waterloo nawet nie leży we Francji i wielu ludzi różnych narodowości zjawiło się na tym miejscu, by oglądać widowisko. Panie jak burza natarły na siebie szablami, Shelby została zraniona w ramię. Pani Asti zrobiło się przykro, że z dość głupiego powodu zraniła panienkę, ta druga zrozumiała, że zbytnio się zagalopowała w dyskusji, serdecznie przeprosiła Francuzkę, ta z kolei zaczęła wychwalać Amerykankę jako osobę przyzwoitą i na piśmie oświadczyła, że Miss Shelby jest wzorem do naśladowania i zasługuje na admirację będąc “emulacją swego seksu”. I tak to niekiedy – dość rzadko – sprawy dość dramatyczne kończą się tak sympatycznie.

Duchowni musieli udowadniać że są mężczyznami
Duchowni, choć oficjalnie nie należeli w przeszłości do rodzaju męskiego, w rzeczywistości – dziś chyba nikt nie ma wątpliwości że są mężczyznami. Testosteron w nich buzuje jak w każdym mężczyźnie. Dość często, choć w najgłębszej tajemnicy, załatwiali sprawy męsko-męskie z bronią w ręku. Poza grzechem śmiertelnym popełnionym przez zabicie człowieka nic im innego nie groziło, jeśli tajemnica się nie wydała, a grzechy, nawet najcięższe, są odpuszczane podczas spowiedzi. Dlatego to przypadki uczestniczenia duchownych w pojedynku nie były wcale rzadkością.

Próba wyzbycia się szaty duchownej
Z dziesiątek znanych pojedynków duchownych, najczęściej z osobami świeckimi, opowiem tu tylko o jednym duchownym, który był dumny z pojedynków, w których uczestniczył, i opisał to bardzo barwnie w swoim pamiętniku. Nie był to zwyczajny Kowalski, ale francuski arcybiskup i kardynał, o bardzo długim nazwisku, obecnie powszechnie znany jako Cardinal de Retz.

Natknąłem się na tę bardzo ciekawą opowieść tego kardynała pisaną językiem lekkim, rubasznym, miejscami trochę sprośnym, na półkach biblioteki uniwersyteckiej, w której pracowałem będąc odpowiedzialny między innymi za nabywanie materiałów bibliotecznych dla Wydziału Języka i Literatury Francuskiej. Chciałem sprowadzić do biblioteki tłumaczenie polskie z roku 1981, ale niestety pozycja już było nieosiągalna, wyprzedana. Wgryzłem się w tekst francuski i opiszę tu stylem telegraficznym to, co ma do powiedzenia kardynał na kilkuset stronach.

This slideshow requires JavaScript.

Nazywał się początkowo Jan Gondi, potomek Włocha będącego w służbie Marii Medycejskiej młodszej siostry bardziej znanej Katarzyny, matki pierwszego polskiego króla elekcyjnego Henryka III Walezego. Arcybiskupem Paryża był wówczas jego stryj Paweł Gondi. Rodzice przeznaczyli Jana do stanu duchownego, by ta paryska pozycja kościelna mogła pozostać w rodzinie. Jasio od wczesnej młodości był duchem buntowniczym i bardzo wcześnie stał się ekspertem w uwodzeniu rówieśniczek. Bronił się rękami i nogami przed zostaniem duchownym, ale decyzja rodziców była nieodwołalna. Stryj przejął go pod swoje skrzydła. Chłopiec wiedział, że najłatwiejszym sposobem ucieczki od kapłaństwa będzie pojedynek. Wprosił się na sekundanta w pojedynku dwóch magnatów o nazwiskach Attichi i Melbeville. W owych czasach do walki stawali także sekundanci. Chłopcu udało się zranić szpadą w udo i przestrzelić kulą z pistoletu ramię sekundanta drugiej strony, ale ten mimo ran powalił chłopca na ziemię i rozbroił go. Wieść o tym pojedynku rozniosła się, prokurator generalny kraju rozpoczął postępowanie dowodowe, ale umorzył je na skutek nacisku wpływowych członków rodzin obu panów, którzy stanęli do pojedynku. Niestety Janek po tym wydarzeniu nie mógł zrzucić znienawidzonego stroju przypominającego nieco sutannę. Mając 15 lat, jeszcze jako kleryk, oświadczył się pani de Chastelet w obecności jej kochanka. Ta, według jego relacji, potraktowała go jak smarkacza, wyśmiała i upokorzyła go. Wściekły Jasio nie mógł jej wyzwać na pojedynek, pozwał więc świadka wydarzenia Henryka de Harcourta. Magnat nie chciał zabijać czy ranić smarkacza, ale gdy ten upierał się przy swoim, stanął z nim do walki. Walczono na szpady. Chłopiec zadrasnął pana Harcourta w pierś, a ten zadał mu niegroźną ranę w brzuch. Pojedynek w owym czasie można uznać za zakończony albo po zabiciu przeciwnika, albo po rozbrojeniu rannego. Obydwaj znaleźli się na ziemi. Harcourt będąc silniejszym próbował wyrwać z ręki młodziana szpadę, a ten jak piskorz wywijał mu się. Wreszcie magnat przemówił: “Wstańmy, nie przystoi nam się tłuc”. Oświadczył, że swoją obecnością podczas oświadczyn miłosnych nie miał zamiaru go upokorzyć i wymusił na chłopcu przyrzeczenie, że zatrzyma w tajemnicy ten incydent. I znowu nie udało się Gondiemu powrócić z rodzaju duchownego do męskiego.

Następną próbę ucieczki od sukni duchownej Jan podjął prowokując niejakiego de Praslina do walki w pojedynku. Ponieważ wezwanie to miało miejsce w teatrze, w miejscu spotkań śmietanki towarzyskiej Paryża, były problemy z aranżacją walki: pilnowali ich stróżowie prawa i ciekawscy. Udało im się wreszcie zmylić wszystkich i wczesnym rankiem spotkać się w Lasku Bulońskim. Gondi nie przyznaje się do prowokacji, stwierdza w pamiętniku, że po prostu “bez słusznego powodu” pokłócił się z panem de Praslin. Doszło do walki, obaj doznali obrażeń, Gondi w szyję, a jego przeciwnik w rękę. Dalej nie walczono. Gdyby władze kościelne wiedziały o pojedynku, Gondi wyrzucony byłby ze stanu kapłańskiego i ekskomunikowany, musiałby uciec z kraju, a gdyby ucieczka się nie udała, to czekało go więzienie, a może nawet wyrok śmierci, a na dodatek zamknięta brama do raju z racji ekskomuniki. Zbyt wysoka cena, więc i on i jego przeciwnik dotrzymali tajemnicy o pojedynku.

Do ostatniego pojedynku doszło przez przypadek. Ksiądz, już prawie trzydziestolatek, wybrał się koniem pocztowym na polowanie na jelenia do podparyskiego lasu Fontenebleau. Na stacji zmiany koni wybranego przez niego konia zarekwirował kapitan Coustenant zrzucając z grzbietu zwierzaka siodło Gondiego. Gdy ten zaprotestował, dostał pięścią w twarz, aż się krew polała. Ksiądz chwycił za swoją niezawodną szpadę, ale nie zdążył nią pchnąć bezczelnego kapitana, bo ten podczas pierwszego skrzyżowania szpad pośliznął się, o wystający ostry kołek zranił ręką i wypuścił z niej broń. Mógł być pchnięty szpadą przez Gondiego, ale ksiądz, teraz bez obawy sankcji, bo działał we własnej obronie, postanowił się bić. Kazał kapitanowi wziąć broń do ręki. Kapitan zrobił to, serdecznie przeprosił księdza Jana, przyznał że jest raptusem, i to co zrobił było odruchem, niezamierzonym czynem. Poprosił o przebaczenie. Na tym skończył się ten incydent. Oczywiście sutanna została na grzbiecie księżulka.

Gondi próbował się jeszcze inną drogą uwolnić od przeklętej szaty duchownej. Był rozpustnikiem i hulaką od bardzo młodego wieku. Co jakiś czas powodował skandal, rozgłaszał go wszem i wobec, by to docierało do rodziców, by tym ich przekonać, że na księdza się nie nadaje. Na próżno. Nikogo w owych czasach zbytnio nie gorszyły czyny rozpustne duchownych, bo wiek wcześniej renesansowi papieże wskazali innym duchownym drogę w tym kierunku. Wiemy z pamiętnika, że młody Jasio uwiódł kuzynkę Małgorzatę oraz stryjeczną siostrę Annę. Z pierwszą zaaranżował ucieczkę z Francji do Niderlandów, chyba tak trochę na niby, by skruszyć serca rodziców tym desperackim krokiem. Ci twardo stali przy swoim: arcybiskupstwo paryskie stryja musiało zostać w rodzinie. Wiemy o innym romansie z młodziutką mieszczką. Autor pamiętnika nie podaje nawet jej imienia, bo chyba nawet go nie znał. W ten romans wkroczyła zdecydowanie matka Jana, umieściła młódkę w zakonie klauzulowym, tam panienka dość szybko umarła, mam nadzieję , że nie dodawali arszeniku do jej jadła. Gondi wreszcie zrozumiał, że sutanna zrosła się z jego grzbietem, jak się wyraził “jest skazany na jej wieczne noszenie”, zrozumiał także, że może się bezkarnie łajdaczyć i używać życia będąc duchownym wyższej rangi. A więc “poszedł w biskupy i kardynały”. Ten niespokojny duch teraz część swej uwagi poświęcił walce z absolutyzmem Ludwika XIV. Był uczestnikiem buntu magnatów w tak zwanych Starszej i Młodszej Frondzie. W czasie pierwszej wezwał lud Paryża do budowy barykad przeciwko siłom rządowym. Barykady zbudowano, ale król i jego prawa ręka kardynał Juliusz Mazarini byli zwycięzcami w tych rozruchach. Gondi dostał się do więzienia, uciekł z niego, znalazł schronienie u pobratymców Włochów, tam też rozrabiał między innymi upokarzając ambasadora Cesarstwa w Państwie Kościelnym księcia Schemberga, o którym z przekąsem pisał, że będąc tchórzem nigdy nie opuszczał pałacu bez obstawy stu konnych muszkieterów. Ten dość typowy jak na owe czasy hochsztapler i awanturnik zmarł w wieku 66 lat, jak kronikarz powiadamia: “nawróciwszy się na starość”.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie.

Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.