Piraci

0

Chodzi tu o prawdziwych piratów i ich późniejsze wcielenia, a nie tych, którzy kradną utwory muzyczne, literackie, wdzierają się do komputerów, jeżdżą po drogach z szaleńczą szybkością itp. Chodzi tu przede wszystkim o grabież cudzego majątku na morzach, oceanach i ich nadbrzeżach.

Piraci, korsarze czyli kaperzy, bukanierzy
Słowo “piraci” jest powszechnie znane. Korsarze to jego specyficzna odmiana; nazywani są niekiedy kaperami, szczególnie w akwenach Bałtyku i Morza Północnego. Kaper to często właściciel statku, nie zawsze pirat, który ofiarowywał usługi jakiemuś państwu w czasie wojny lub w okresie rywalizacji handlowej z innym państwem. Załogi jego statków atakowały wroga, zabierano co miało jakąś wartość, część łupów zatrzymywano, część oddawano skarbowi państwa- opiekuna. Czyniąc to kaperzy stawali się piratami, bo postępował tak jak oni. Ta opieka państwa nad nimi wyrażała się w tym także, że kapitanowie ich statków byli zaopatrzeni w listy kaperskie gwarantujące, że żaden statek państwa, któremu służyły, nie mógł ich atakować. Bukanierzy to przeważnie piraci pochodzący z Wysp Karaibskich. Gdy szaleństwo rabowania statków hiszpańskich ze złota, srebra, korzeni, tytoniu ustało na początku XVIII wieku, ludzie ci wykorzystali “lukę w interesie”, stali się piratami i napadali na wszystko, co poruszało się po morzu czy oceanie.

Piractwo to wielkie przekleństwo początku czasów nowożytnych na drodze z Ameryk do Europy, także na Bałtyku i Morzu Północnym, a na Morzu Śródziemnym również w okresie Średniowiecza i starożytności. Gdy wreszcie na tych akwenach wszelkie formy piractwa zwalczono, wydarzenia i ludzie tegoż “zawodu” obrośli legendami.

Piraci współcześni i walka z nimi
Piractwo zaczęło się niespodziewanie odradzać w ostatnich dziesięcioleciach XX wieku. I chociaż piraci byli i ciągle są obecni na morzach wokół Malezji i u wybrzeży Tajlandii, dopiero piraci somalijscy weszli na pierwsze strony gazet i do dzienników telewizyjnych. Przez kilka miesięcy temat ten był jednym z tematów dyżurnych w polskich mediach gdy zaatakowano i przejęto dubajski supertankowiec Sirius Star, którego kapitanem był Polak. Na statku pływał także drugi polski marynarz. To wielki i pojemny statek. Przewoził 2 miliony baryłek, czyli ponad 300 milionów litrów ropy. To mniej więcej tyle, co jedna trzecia wydobycia dziennego w Arabii Saudyjskiej. Pełna jego pojemność to 2 miliony 200 tysięcy baryłek. Afera skończyła się ugodowo. Statek zarekwirowany 15 października 2008 r. wrócił do armatora 9 stycznia 2009 roku, który zapłacił porywaczom 3 miliony dolarów. W jego kieszeni zostało ok. 97 milionów czyli wartość cargo, no i statek nie uległ zatopieniu. Polacy wrócili do Polski.

This slideshow requires JavaScript.

Media i w naszych czasach fałszują obraz współczesnego pirata. Ci, którzy dokonują tak spektakularnych skoków, jak wspomniany wyżej, to już ludzie mafii, dysponujący szybkimi nowoczesnymi łodziami, korzystający z GPSu i komórek o ogromnym zasięgu. Dzisiaj przeciwko takim bandziorom ponad 20 państw, w tym Stany Zjednoczone, Wielka Brytania i Chiny ruszyły na wojnę na morzu i lądzie. Jest co chronić, bo około 20% ropy przemieszczanej na świecie, tędy jest transportowana. Większość jednak tzw. piratów somalijskich to prości biedacy, wielu z nich to ludzie, którzy dla ochrony kraju zawiązali Ochotniczą Straż Wybrzeża. Gdy w 1991 r. upadł rząd Somalii, uczestnicy wojny, w tym bogate kraje zachodnie, wycofując się ogołocili kraj. Powstało widmo głodu. Na dodatek zaraz po upadku rządu u wybrzeży kraju pojawiły się tajemnicze statki zrzucające do wody jakieś tajemnicze beczki. Liczba tych statków wzrosła bardzo gdy kontrolę ruchu na tych wodach przejęła mafia włoska. Zrzucano do wody tuż przy wybrzeżach przede wszystkich odpady nuklearne, brudy szpitalne, skażone ciężkie metale. Skutek tej akcji był natychmiastowy. Ludność przybrzeżna zaczęła chorować na choroby popromienne, zaczęły rodzić się dzieci zdeformowane, a gdy tsunami w 2005 r. rozbiło część tego bagażu cywilizacji i wyrzuciło odpadki na brzeg, ludzie zaczęli umierać. Naliczono około 300 ofiar śmiertelnych; realna liczba jest dużo wyższa.

Za statkami ze śmieciami pośpieszyli kłusownicy do wód bogatych w ryby i owoce morza. Ci wyławiali z przybrzeżnych wód Somalii tuńczyki, krewetki i homary warte rocznie 300 milionów dolarów. I gdy bogaci w restauracjach Nowego Jorku, Londynie, Paryżu, Barcelonie czy Rzymie zajadają się tymi smakołykami, w Somalii ludzie umierają z głodu, a za kilka lat już nie będzie co łowić. Na dodatek piraci- gangsterzy przechwytują dostawy Światowego Programu Żywienia. A więc prawdziwymi morskimi bandytami nie są prości Somalijczycy, nie są ludzie z Ochotniczej Straży Wybrzeża, chociaż blichtr pieniądza i ich zaczyna korumpować, bo niekiedy pozwalają na zatopienie ładunków za odpłatą.

Geneza dawnego piractwa
Sytuacja jest często matką przestępstw. Widzimy to na przykładzie Somalii. Tak było i w przeszłości. W restrykcyjnych społeczeństwach dla wielu zapach wolności szedł od morza. Często to były mrzonki. Na statkach panem życia i śmierci bywał kapitan. Piekło doków czy zabitych deskami wsi zamieniano na jeszcze większe piekło okrętu. Zatłoczony pokład, niewolnicza praca, szkorbut, częste batożenie, a gdy to nie dawało rezultatu by uczynić majtka bardziej sprawnym, następowała wymuszona podróż za burtę. (Lek na szkorbut – chorobę prawie każdego marynarza w dawniejszych czasach, przebywającego poza portem miesiącami – w formie naturalnych witamin odkrył dopiero kapitan James Cook pod koniec XVII w.). W geście rozpaczy załoga niektórych statków wyrzucała okrutnego kapitana za burtę, a statek stawał się pirackim. Na wielu takich statkach panowała prawdziwa demokracja. Kapitana wybierano w głosowaniu, łupami dzielono się sprawiedliwie, osoby pokrzywdzone przez los, nawet zbiegli czarni niewolnicy, byli przyjmowani na służbę i, dziw nad dziwy, nawet w owych czasach traktowani byli jak równi, jak ludzie, a nie bydło.

W IV w. p.n.e. przed oblicze największego wodza starożytności Aleksandra Wielkiego przyprowadzono pirata. Ten zanim umarł w mękach zdążył powiedzieć wodzowi prosto w twarz: “Ja uprawiałem swój proceder przy pomocy niewielkiego statku, dlatego nazywasz mnie rabusiem. Ty zająłeś cały świat, masz do dyspozycji potężną flotę, więc nosisz imię imperatora.” Trudno coś, nawet dzisiaj, dodać do tych słów.

Piractwo obok różnych pandemii to jedna z największych plag ludzkości. Zaczęło się razem z historią żeglugi morskiej. Jeszcze dziś transport wielu dóbr, np. ropy naftowej oraz ciężkich i o dużych gabarytach przedmiotów jak wozy, czołgi, elementy budowlane, przemieszczane są najczęściej statkami; w dawniejszych epokach to był prawie jedyny środek transportu. Zagarniając statek można było w ciągu jednego dnia stać się bogatym i to bez żadnej odpowiedzialności karnej, bo łatwo było zatrzeć ślady zbrodni: załogę zaatakowanego statku wyrzucano za burtę, statki najczęściej podpalano, a te szybko tonęły, nie było świadków, pirat ukrywał zdobycz na niezamieszkałych terenach, najczęściej na wyspach. Po “przejściu na emeryturę” stawał się często szanowanym obywatelem swego kraju. Niektórzy dochodzili do najwyższych stanowisk np. admirała floty, paszy, czy nawet marszałka sił wojennych.

Choć nie ma morza czy oceanu gdzie by nie uprawiano tego procederu, najsłynniejsze są cztery akweny: morza wschodniej Azji, Morze Śródziemne, akwen Bałtyku i Morza Północnego i akweny wokół Karaibów.

Azjatyckie piractwo
Plaga piractwa w Azji wybuchła w XIII w. Byli to Japończycy, najczęściej żołnierze, handlarze, przemytnicy oraz ronini, czyli zubożali lub zbiegli samurajowie. Najeżdżano brzegi Korei i Chin. Powoli ster tego procederu zaczęli przejmować Chińczycy. By zadać ostateczny cios piractwu Chiny zablokowały wolny handel z Japonią. Skutek był odwrotny od zamierzonego. Rozboje na morzach, a jeszcze bardziej na wybrzeżach, nie ustały. Piraci Chin i Japonii połączyli wtedy siły, tak że w drugiej połowie XVI w. nie było akwenu morskiego we wschodniej Azji wolnego od tych ataków. Żaden statek i żadne wybrzeże nie były bezpieczne, a rozzuchwaleni piraci większymi rzekami wdzierali się nawet wgłąb lądu.

Piractwo i korsarstwo w rejonie Morza Śródziemnomorskiego
Piractwo na Morzu Śródziemnym to temat na grube tomy. Zapoczątkowali je Fenicjanie, od nich pałeczkę przejęli Grecy. W Średniowieczu i we wczesnych latach nowożytnej epoki najbardziej groźnymi byli afrykańscy berberowie. Turcja i miasta-państwa włoskie jak Wenecja czy Genua przerzuciły się z piractwa w korsarstwo, przyjmując rozbójników morskich i innych właścicieli statków do swej służby. Był to rodzaj floty morskiej danego kraju, bo ludzie ci umieli nie tylko grabić na morzu, ale atakować obce tereny, czy bronić się przed atakiem. Oni byli twórcami dobrobytu i bezpieczeństwa niektórych krajów, a pośrednio jednym z powodów wybuchu cywilizacyjnego zwanego Renesansem, bo tam gdzie bogactwo i bezpieczeństwo, tam zawsze następuje przyśpieszony postęp cywilizacyjny.

Piractwo i korsarstwo na Atlantyku
Najbardziej spektakularnym epizodem piractwa w czasie i przestrzeni był akwen Wysp Karaibskich w XVII w.

Amerykę odkrył w 1492 r. Kolumb, w 1500 roku do wybrzeży dzisiejszej Brazylii dotarli Portugalczycy, ale zanim tam dotarli słynny papież Aleksander VI (ojciec równie słynnych Cezarego i Lukrecji Borgiów) bullą z r. 1493 przygotował traktat w Tordesillas zawarty rok później, dzielący Amerykę Południową na dwie mniej więcej równe części wzdłuż jednego z południków: wschodnia, dzisiejsza Brazylia, miała być strefę wpływów Portugalii, zachodnia – Hiszpanii. Na przestrzeni XVI wieku państwa te nie wchodziły sobie w paradę, tym bardziej że Portugalia po opłynięciu Afryki i dotarciu do Azji dewastowała ekonomicznie przede wszystkim tamte tereny; w Brazylii prowadziła rabunkową gospodarkę tylko na wybrzeżach. I chociaż tony zrabowanego tu srebra przekazano do Lizbony, to ten “urobek” był zbyt mały, by się nim zbytnio zainteresowali piraci. Hiszpanie na swoich terenach rabowali i wywozili do ojczyzny wszystko co przedstawiało jakąkolwiek wartość, przede wszystkim złoto, srebro, tytoń i przyprawy kuchenne. Wspomniany papież, człowiek Renesansu, łaskawie uznał Indian za ludzi, zaczęto ich chrzcić siłą – tych chrztów było coraz mniej, bo w okresie największej eksploatacji tych terenów ludność tubylcza wymordowana i zdziesiątkowana europejskimi chorobami, szczególnie syfilisem i ospą, zmalała dziesięciokrotnie. Potężną bronią destrukcyjną był także alkohol – organizmy tubylców nie miały naturalnej samoobrony przed nim. I chociaż Hiszpanie wywieźli z tych terenów kilka tysięcy ton złota i kilkanaście, czy nawet ponad dwadzieścia tysięcy ton srebra, zaplątani w wiele wojen w Europie, niekiedy w kilku naraz, stawali się krajem coraz bardziej zadłużonym, pod koniec XVI w. stojącym na progu bankructwa. W tymże wieku inne kraje z zazdrością patrzyły na bogactwo Hiszpanii płynące z zachodu, ale były zbyt słabe, by odważyć się na przerwanie tego monopolu. Przypadki prywatnych napadów na statki Hiszpanii przez piratów w tym wieku były nieliczne. Dopiero niefortunna inwazja Anglii w 1588 r. przez hiszpańską Wielką Armadę i klęska pod Gibraltarem w 1607 r. zaostrzyły apetyty.

Klęska Wielkiej Armady, najpotężniejszej siły morskiej na świecie w owych czasach, to splot czterech sprzyjających okoliczności dla Anglików: wojna morska odbyła się na znanym im terenie, burza morska w czasie bitwy też im pomogła, bo ich statki bardziej były dostosowane do takich warunków, ponadto były one mniejsze, a więc szybsze i łatwiejsze do manewrowania, no i wreszcie nieudolne przywództwo hiszpańskie oddane przez Filipa II w ręce człowieka, który nie tylko nic nie wiedział o bitwach morskich, ale nawet najprawdopodobniej nigdy do tej pory nie płynął statkiem. Przekonano się, że Hiszpanię można upokorzyć, przejąć przynajmniej część jej terytoriów i odbić na morzach i oceanie część bogactw, które ciągle płynęły szerokim strumieniem na wschód. Zaczął się okres szalonej aktywizacji piractwa. Piraci powoli przekształceni zostali ze zwyczajnych bandziorów w korsarzy w służbie Anglii, Francji i Niderlandów. To było im bardzo na rękę: mieli ochronę państwa, któremu służyli, mogli pływać pod oficjalną banderą tego państwa, swych łupów nie musieli skrzętnie ukrywać, a zabierali dla siebie 80 do 90 procent zdobyczy.

W drugiej połowie XVII wieku ludzie ci byli faktycznie najważniejszymi decydentami w rozwoju historii Europy Zachodniej. Wielu z tych nobilitowanych piratów zachowało się na morzach nie jak szlachetni korsarze, lecz zwyczajni rozbójnicy morscy. W czasie ataku na statek wroga wciągali na maszt swoją własną banderę, dość różną dla niemal każdego statku, ale czaszka i piszczele na czarnym tle były najczęściej jej elementami. Okrucieństwo i przerażający, często szczegółowo wyreżyserowany ich wygląd, budziły taki strach, że nawet potężne statki wojenne niekiedy poddawały się garstce legendarnych już rabusi uzbrojonych tylko w strzelby, kindżały, krótkie miecze podobne nieco do polskich szabli i sztylety.

Prywatne piractwo na Karaibach ustało od czasu gdy Hiszpania zaczęła wysyłać ekspedycje wojskowe w celu oczyszczenia dróg wodnych między koloniami a macierzą. Wrogowie Hiszpanii też się w tym samym czasie odwrócili od tych prywaciarzy, bo zaczęły powstawać w Anglii, Francji i Niderlandach floty morskie do walki z Hiszpanią. Składały się one w większości ze statków piratów dobrowolnie przyłączających się do tych organizacji. Nastały czasy korsarzy. Niedobitki prywatnych piratów karano śmiercią często tylko za to, że byli niezależnymi piratami. Tak zginął między innymi jeden z najsłynniejszych piratów William Kidd. Rogatą duszę trudno było wyciszyć. Na szubienicy tak się szarpał, że sznur się urwał. Użyto mocniejszego sznura, by go ostatecznie unicestwić. Ciało umieszczono w żelaznej klatce i zawieszono nad Tamizą jako przestrogę, że od teraz rozbój morski musi mieć imprimatur angielskiej Admiralicji. Piraci nie zawsze byli surowo osądzani przez pospólstwo; było kilka przypadków, że bunt zgromadzonych obserwatorów egzekucji ratował skazanych od stryczka. Jednemu z piratów – nazwisko nieistotne – udało się uratować samemu. Po powieszeniu i zdjęciu z szubienicy denat raptem ożył. Prawo angielskie nie przewidywało przypadku, by za tę samą zbrodnię karać podwójnie, pozwolono mu więc na własnych nogach opuścić miejsce kaźni.

Ataki korsarzy stały się w wieku XVII jakąś szaloną wolnoamerykanką. Żródła historyczne podają, że w latach 1623-1636 tylko sami korsarze holenderscy zdobyli i zrabowali aż 545 okrętów hiszpańskich, a to dopiero początek tej ery – jej zenit przypada na lata 1660-1690. Samo łupienie statków hiszpańskich już nie wystarczało korsarzom. Zaczęli tworzyć kolonie na terenach początkowo jeszcze niezajętych przez Hiszpanów i przekazywać je w ręce swoich państw opiekuńczych. I tak to Anglicy przejęli Antiguę, Barbados, Montserrat i kilka innych wysp, Francuzi zajęli Martynikę, Guadelupę i St. Kitts, a Holendrzy mieli swoją bazę wypadową na wyspie Curacao. Hiszpanie wysyłali ekspedycję za ekspedycją by wykurzyć nowoprzybyłych z zajętych terenów, jakby nie było sam Pan Bóg poprzez swego reprezentanta na Ziemi papieża Aleksandra VI dał im te tereny na wieczne czasy, ale skutki były znikome. Odkąd okręty wojenne zaczęły służyć jako konwój statków kupieckich, korsarstwo europejskie na wodach karaibskich powoli zaczęło zamierać, choć nie do końca.

Bukanierzy karaibscy
Europejczyków zastąpiła w tym procederze ludność osiadła na wyspach: bukanierzy. To, że wielu z nich miało rodziców czy dziadków przybyłych z Hiszpanii, nie przeszkadzało im atakować statki tego kraju. Byli sprytniejsi od rdzennych korsarzy europejskich. Znali dobrze teren, atakowali statki, które jeszcze nie uformowały się w konwoje. Początkowo atakowali okręty z lądu. Przy pomocy piróg bezszelestnie dopływali do upatrzonego statku, dokonywali szybkiego abordażu, grabili, mordowali załogę. Później, gdy już pływali na dużych zdobytych statkach, wydawali otwarte walki statkom Henry Morgan w roli sędziego atakowanym. Prawie zawsze Obraz ataku na statek na wodach Azji Odbicie statku zajętego przez piratów William Kidd w akcji zwyciężali, bo dobrze znali “rzemiosło morskie” no i fama okrutnych bandziorów morskich paraliżowała obrońców. Anglia i Francja wróciły do dawnego zwyczaju dawania protekcji tym nowym piratom używając ich w walce z przeciwnikami. Byli to jednak ludzie niezależni w przeciwieństwie do korsarzy. Trzeba się było z nimi układać. I tak Francja wysłała do Tortugi niejakiego Lavasseura, by ukrócił piractwo w tej części Karaibów. Ten zamiast walczyć z nimi ofiarował bukanierom schronienie na wyspie w zamian za część łupów i w pełni udostępnił im port. Był to pierwszy port piracki – tu sprowadzano zdobyte statki z łupem, już bez ich załogi, zmieniano nazwę statku, domalowywano jakieś groźne symbole, wyposażano go w kilkadziesiąt dział i od tej pory był to już statek piracki, nie trzeba go było jak dawniej palić na morzu. Anglicy stworzyli podobną przyjazną przystań dla bukanierów na Jamajce w Port Royal. Ci nowi piraci już nie tylko atakowali statki ale i osiedla przybrzeżne, a nawet warowne miasta. W 1671 r. najsłynniejszy z nich Henry Morgan zorganizował chyba największą wyprawę piracką na najbogatsze miasto “nowego świata” Panamę.

Miasto zdobył, ale się nie obłowił, bo mieszkańcy spodziewając się ataku, wcześniej wywieźli z miasta i ukryli wszystko co miało jakąkolwiek wartość. Miał do swej dyspozycji 28 okrętów, a na nich 1864 załogantów. Wściekły torturował lub mordował każdego z mieszkańców, który mu się nawinął pod ręką. Miasto spalił doszczętnie; trzeba było później zbudować nowe kilka kilometrów dalej od ruin starego. Nie wiedział, czy udawał, że nie wie, że Anglia zawarła właśnie pakt o nieagresji z Hiszpanią. Skutego w kajdany zawieziono do Londynu, ale tylko po to, by uspokoić i zmylić czujność Hiszpanów. W Londynie nie tylko że go rozkuto, ale nadano mu tytuł szlachecki i wysłano z powrotem na Karaiby jako admirała marynarki i wicegubernatora Jamajki. Od tej pory dawny bandzior nosił dumnie dodatek “Sir” przed swoim nazwiskiem.

Ataki lądowe bukanierów kończyły się najczęściej darowaniem życia zaatakowanym, a to nie z powodu dobrego serca atakujących, ale po to, by ci ludzie do końca życia płacili im haracz. To taki siedemnastowieczny Pruszków czy Wołomin na tamtych terenach.

W okresie swego “eldorado” w latach 1660 do 1690 bukanierzy nie przestrzegali już żadnych reguł, atakowali wszystko co się poruszało na ziemi czy wodzie, w tym także swoich opiekunów. Zbyt byli sprytni, by ich można było zniszczyć w ataku otwartym. Zaczęto więc odbywać podróże z łupami już tylko z potężną eskortą statków wojennych. Nowozałożone miasta otaczano wysokimi i grubymi murami, a w każdym z nich stacjonował duży garnizon wojskowy. Odmówiono bukanierom dostępu do portów, rekwirowano nieukryty majątek. Nie opłacało się już napadać na kogokolwiek. Większość z nich zaprzestała uprawiać ten proceder. Żyli w dostatku korzystając z wcześniej zagrabionych i ukrytych skarbów, a inni, niepokorni, wynieśli się z Karaibów na inne akweny, tak że od początku XVIII wieku nie ma na tych terenach praktycznie żadnych piratów. Zostały tylko po nich legendy pomieszane z faktami.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie.

Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.