Oswajanie śmierci

5

Na polnej drodze leży martwy żuk.
Trzy pary nóżek złożył na brzuchu starannie.
Zamiast bezładu śmierci – schludność i porządek.
Groza tego widoku jest umiarkowana,
zakres ściśle lokalny od perzu do mięty.
Smutek się nie udziela.
Niebo jest błękitne.

Dla naszego spokoju śmiercią jakby płytszą
nie umierają, ale zdychają zwierzęta
tracąc – chcemy w to wierzyć – mniej czucia(i świata,
schodząc – jak nam się zdaje – z mniej tragicznej sceny.
Jak potulne duszyczki nie straszą nas nocą,
szanują dystans,
wiedzą, co to mores.

I oto ten na drodze martwy żuk
w nieopłakanym stanie ku słonku polśniewa.
Wystarczy o nim tyle pomyśleć, co spojrzeć:
wygląda, że nie stało mu się nic ważnego.
Ważne związane jest podobno z nami.
Na życie tylko nasze, nasza tylko śmierć,
śmierć, która wymuszonym cieszy się pierwszeństwem.

Wisława Szymborska

Królowie wszechświata, panowie czasu i przestrzeni, matki chrzestne czarnych dziur i wirujących atomów, pogromcy gruźlicy i dyfterytu. Twórcy sztucznej ręki i ramienia w kosmosie. Ojcowie klonów owiec i kóz. A jednak, choć coraz trudniej nam się do tego przyznać, wobec śmierci stajemy przegrani, opadli z tytułów i stopni, w pasiastej piżamie bezradności.

Dopadnie nas mimo antybiotyków, kolagenu i witamin. Choroby i starość jednak nie do końca opanowane. Brak dodatkowego zmysłu, by dostrzec samochody wypadające zza zakrętu. Wciąż nie ma szczepionki na umieranie. Pozostaje nam to, w czym jesteśmy najlepsi – udawanie. Że nas to nie dotyczy. Pieczołowicie odrestaurowujemy zatraconą w ewolucji sztukę mimikry. Tupetem nadrabiamy zagubioną gdzieś drugą parę oczu, którą natura namalowała głupiej ćmie na skrzydłach, żeby ta mogła się od czasu do czasu zdrzemnąć.

Nieprzyznawanie się do śmierci to może nowa forma społecznego mimetyzmu? Szczególnie w kulturze zachodniej, w której nie toleruje się starości, najlepiej jest przyjąć postawę patyczaka i wtopić się w tło. Najpierw przez kilka dziesiątek lat jesteśmy “młodzi”, a kiedy w końcu opadnie z nas przemysłowo utrzymywana młodość, znikamy z powierzchni ziemi.

Zastanawiające jest jednak co dzieje się z tymi, którzy zniknęli? Z jednej strony gramy śmierci na nosie, wydłużamy coraz bardziej nasze życie, a z drugiej – pozbywamy się “starych”, jak tylko możemy. Najpierw znikają z firm 50-latkowie. Potem 60-latków lekko przyprószonych siwizną widać już tyko w reklamach ubezpieczeń na życie. A potem przestają istnieć jako integralna część społeczeństwa. Niedługo babuni stojącej w furtce z jabłkiem w dłoni nie uświadczysz nawet w książce z obrazkami.

Nie dostrzegamy, kiedy odchodzą. Staruszkowie nie umierają dziś w łóżkach z piernatami w otoczeniu świętych obrazów i rodziny, lecz sterylnie, w pastelowych domach starości, w których podłączeni do butli z tlenem grali w garibaldkę przez ostatnie kilka(naście) lat z podobnymi sobie staruszkami. Już za życia podobni do żuczków z wiersza Szymborskiej.

Izoluje się staruszków, bo przytroczeni do swych wózeczków z tlenem, uwięzieni w stelażu chodzików, ze skórą prześwitującą poprzez piórka białych włosków, są rzeczowym dowodem na naszą własną śmiertelność.

Już wiemy, że śmierć jest na zawsze. Tylko dzieci próbują z niej uczynić zdarzenie powtarzalne i odwracalne. Nie znam dziecka, które nie planowałoby własnego, spektakularnego pogrzebu (zazwyczaj śmierć ma być karą dla niepoprawnego rodzica). Zadana sobie śmierć jest równie widowiskowa, nie narusza jednak aparycji potencjalnego nieboszczyka. Pewną bliską mi osobę kołysały do snu wizje samej siebie w białej trumience, wśród kwiatów i świec, u stóp trumienki zrozpaczona matka, a wokół szlochająca rodzina i koleżanki z klasy.

Cudowną właściwością tego pogrzebu było to, że można było go odgrywać znowu i znowu. W nieskończoność zmieniać dekoracje, sukienkę i przyczynę zgonu. A na koniec zmienić temat, otrząsnąć się z własnego niebytu.

Jako dzieci unicestwialiśmy w ten sposób nieskończoność śmierci. Ale w odpowiednim momencie porzucaliśmy wizje siebie wśród dymu kadzidła, kiedy docierało do nas, że po pogrzebie szlochający żałobnicy pójdą sobie do domu, a my na zawsze zostaniemy w trumience.

Bo boimy się nie tylko samotności umierania, ale też samotności po śmierci. Mamy nadzieję utrzymać po naszym odejściu więź z bliskimi, krążąc gdzieś w górze nad nimi. Pani Pompadour mogła sobie mówić, że po jej śmierci może nadejść choćby potop, ale przeciętnemu z nas ciężko wyobrazić sobie, że przyjdzie kometa i zmiecie nas z powierzchni starej matki Ziemi razem z całym inwentarzem i resztą ludzkości i nie będzie do czego wracać. Bo jednak wciąż wierzymy, że wracać będziemy.

Może dlatego to właśnie ta nasza sztuka kamuflażu: ceremonia pożegnania w domu pogrzebowym bardziej przypominająca koktail-party niż pogrzeb, fryzura, makijaż, policzki wypchane papierem toaletowym, klimatyzowane, mahoniowe trumny! Jakby świeże powietrze mogło nam jeszcze pomóc? Szepty znajomych: “Z tym uśmiechem wygląda jak żywa”, “Zupełnie jakby spał”.

I choć robimy to wszystko, to tak naprawdę jednak śmierć nas na końcu wykiwała.

Nie zaskoczyła nas plagą ani kataklizmem (w naszym społeczeństwie wciąż jeszcze umieramy w większości od chorób, a nie od trzęsień ziemi).

Ale kiedy odchodzi ktoś najbliższy, jesteśmy wstrząśnięci, że tak naprawdę nic się nie stało. Nie zagrzmiało niebo, nie złamało się ulubione drzewo koło domu, powietrze bez najmniejszego wklęśnięcia zalewa przestrzeń, gdzie siedział. Stał. Wyglądał przez okno. Nie ma nawet zagłębienia w jego ulubionym fotelu.

Znajomi na pogrzebie rozmawiają o pogodzie i wczorajszym meczu. Bledną kwiaty.

Pozostaje tylko pusta przestrzeń w nas. Na pamięć. To jedyne, co nam pozostaje. I im.

Poleć:

O Autorze:

Ewa Henry

Absolwentka York University, w Kanadzie od 1989. Felietonistka, ilustratorka, wyjadaczka chlebów z niejednego pieca – ten powszedni wyrabiająca w multimediach. Feministka, wyznawczyni społeczeństwa obywatelskiego. Wielbicielka ludzi i kotów. Matka Tymka.

5 Comments

  1. Marek Maciolowski on

    @ Pani Ewa Henry
    Dorobek poetycki Szymborskiej jest bardzo bogaty w “stalinizmy ” – poczynajac od publicznego oddawania holdow Stalinowi w powojennym Krakowie do jej poematow na czesc Stalin.
    Warto moze by i ta poezje Szymborskiej przypomniec czytelnikom ?
    Polecam poezje Herberta.

  2. Marek Maciolowski on

    Dla materialistow smierc cielesna to koniec, mijajace zycie to zluda ” procesow chemicznych ” w mozgu, puste zycie i pusta smierc.
    Dla Chrzescijan swiadomosc bytu i ciala i niesmiertelnej duszy, ktore zostaly stworzone
    przez Boga , otwiera zupelnie inna perspektywe istnienia.
    Pani Szymborska po stalinowsku spojrzala na tego zdechlego zuczka. Jej zycie i wiersze byly by bogatsze w tresc gdyby potrafila sobie zadac pytanie dlaczego na tym Bozym swiecie zyje ponad 30,000 gatunkow zuczka. I zachwycic sie misterna konstrukcja kazdego z nich, kazdego zupelnie innego, lacznie z zuczkiem bombardierem ktory strzela ze skomplikowanej technologicznie armaty !

    • Pani Marku, doprawdy zaciekawiło mnie “stalinowskie spojrzenie na żuczka”. Może napiszę o tym wiersz i wypełnię tę ziejącą pustką lukę w dorobku poetyckim Szymborskiej 🙂

  3. Ewuniu, bardzo to przygnębiające, co napisałaś. Znam ludzi, którzy jednak pogodnie podchodzą do zbliżającego się końca. Tak jak musimy cały czas uczyć się życia, podobnie powinniśmy się uczyć śmierci. Oczywiście teoretyzuję, gdyż wydaje mi się, że trochę lat jeszcze pożyję. Mam jednak starych rodziców, którzy odchodzą. Ojciec zdaje sobie z tego sprawę, a jednak nadal ma szalone pomysły, gdyż w duszy nie przekroczył 40-tu lat. Jest to z jednej strony zabawne, a z drugiej tragiczne. Staruszkowie w domach starców… Kiedyś ten temat mnie bulwersował. A obecnie…? Żyjemy dłużej. Kiedyś staruszek miał 60 lat i był w pełni władz umysłowych. Umierał mając 70. Dzisiaj staruszek to około 80-ka i często mocno z głową nie tak. Jak to wygląda “na żywo” – po prostu horror, mam w tej dziedzinie doświadczenie. Wtedy nawet najbardziej kochająca rodzina oddaje staruszka do domu starców. A jacy są, ci staruszkowie. Czy wszyscy mili, uśmiechnięci, pełni miłości do bliskich? Są i tacy, ale z opowiadań i osobistych doświadczeń wiem, że to jest rzadkość. Zauważam, że na starość rzadko ludzie łagodnieją, wręcz odwrotnie. Kto wtedy chce odwiedzać i zajmować się z miłością zgorzkniałym, dość wrednym starcem? Tylko dom starców. Temat rzeczywiście jest rzeka – umieranie, nadzieja na życie wieczne. Najpiękniejsza scena umierania jest opisana w Chłopach Reymonta, gdy stara Agata szykuje się na śmierć, doglądając wszystkiego, żeby wyglądać na “sielną gospodynię”. No nic, pofilozofowałam trochę, a tak naprawdę, tak jak każdy ma “swojego Pana Boga” tak każdy z nas ma swoje podejście do śmierci.

    • Beato, wiem o czym mówisz, “straszne staruszki”!
      W żaden sposób nie oceniam faktu, że staruszkowie nie umierają w łóżkach z piernatami, po prostu stwierdzam fakt. Staruszek/ka w piernatach potrafi sterroryzować trzy pokolenia domowników na raz. Poza tym, staruszkowie nie zawsze życzą sobie dożywać swych lat na wycugu u dzieci.
      Moi dziadkowie do końca pozostali niezależni we własnym mieszkaniu z dochodzącą pomocą.
      I rzeczywiście, miałam przed oczami scenę uroczystego umierania Jagaty u Kozłów.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.