Kanada na bis (9)

1

Cykl “Kanada na bis” to cotygodniowe krótkie artykuły Iwony Majewskiej-Opiełka, pisane w ostatnich miesiącach i tygodniach, od kiedy po latach powróciła do Kanady z Polski i zawierające jej spostrzeżenia po tej niezwykłej drodze życiowej Polska-Kanada-Polska-Kanada. Dla nas, mieszkających tutaj od czasu przyjazdu z Polski do Kanady, ciekawie jest posłuchać jak nasz drugi kraj jest postrzegany przez osobę, która ten kraj “odpoznaje”.

Wywiad z Iwoną Majewską-Opiełka “Niezwykła perspektywa”.

Piórko na jajku
Przyjechałam do Kanady po kilkunastu latach fascynacji polskiego handlu nowo poznawanymi zasadami marketingu. Przerabiałam tam wszystko, od nachalnej chęci pomagania, przez przekonywanie mnie, że coś, co definitywnie mnie nie zdobiło, jest wprost dla mnie uszyte, po rady ekspedientek młodszych od moich córek gdzie i z czym mogę nosić mierzony ciuszek. Rozpylane zapachy, reklama z głośników, zbyt głośna jak na moją introwertyczną duszę muzyka, wyćwiczone zachowania (łącznie z uśmiechem) i tym samym tekstem do wszystkich zachęcającym do kupna jeszcze czegoś, owoce i inne produkty układane w pojemnikach tak, że na wierzchu są piękne, a w środku – różne, to norma. Handlowcy zachwycili się również ideami neuromarketingu odwołującego się do ludzkich podświadomych działań, do tak zwanego “gadziego mózgu”, niejako wykluczającego myślenie. Wielu trenerów biznesu podpowiadało jak manipulować klientem tak, aby kupił. Tym, co nieodmiennie mnie bawiło było piórko na jednym z jaj ekologicznych lub od kur na wolności. Zawsze, w każdym pojemniku było coś takiego czarnego (mam nadzieje, że to nie było naprawdę to, co miało udawać, wszak to może powodować choroby) i malutkie piórko. Nie oczekiwałam dobrych jaj w Kanadzie, pamiętałam, że są gorsze niż w Polsce. Kiedy kupowałam pierwszą paczkę jaj z wolnego wybiegu natychmiast sprawdziłam czy jest tam piórko. Nie było! Nikt mnie nie próbował przekonać podprogowo (oddziałując na podświadomość) jaki to naturalny produkt. Czyściutkie jaja leżały w swoich gniazdkach. I były bardzo dobre. Kupiłam ich już sporo i nigdy nie znalazłam piórka. W sklepie gdzie kupuję, zabezpieczają mi jaja gumką, żeby się nie wysypały. W innych sklepach nikt mnie nie nie namawia do zakupów, nie chce mi nachalnie pomagać, nie czuję abym była dla ekspedientek jakąś szansą na ich większy zarobek. Pomagają gdy trzeba, zjawią się spod ziemi, kiedy widzą, że mam kilka rzeczy żeby zanieść to do przymierzalni, przywitają (też nie zawsze), zapytają czy szukam czegoś specyficznego i wyrażą ewentualnie gotowość do pomocy, gdybym jej potrzebowała… czuję się wolna i traktowana jak ktoś, kto ma swoją wolę, gust i mózg.

Doceniam to, lubię taki sposób traktowania i zastanawiam się z czego to się bierze. Skąd ta różnica, przecież niektóre sklepy to te same, które są w Polsce. Nie przychodzi mi nic innego do głowy jak uznać, że to szacunek dla drugiego człowieka niepozwalający na instrumentalne traktowanie innych.

Nie ma Polski na Roncesvalles
I trochę żałuję. Pojechałam w nadziei odnalezienia klimatu sprzed 20 lat, kiedy to czuło się, że jest to polska ulica. Słyszało się polski język, widziało ludzi, którzy nawet gdyby nie mówili po polsku, wiedziałoby się, że są Polakami; z niektórymi umawiało się u Granowskiej na dobra kawę i pączka. Były nie tylko polskie sklepy, ale restauracje, biura podróży, salony fryzjerskie i inne usługi. Mieściła się tam redakcja Dziennika Polskiego; potem także redakcja Gazety, z księgarnią w nowoczesnym budynku. Byłam dumna, że idzie nowe i… polskie. Była też wypożyczalnia polskich filmów. Był dom pogrzebowy. Wszystko można było tam załatwić po polsku. To była enklawa polskości. Co tydzień jeździłam tam po naprawdę dobre wędliny. W zaprzyjaźnionym sklepie widziałam jak niektórzy klienci dostawali za darmo kości dla psów, a ja sama zawsze dostałam jakiś prezencik do “posmakowania”. Wtedy jednak za ladą stał często właściciel. Miało się wraże- nie jakby czas nieco się zatrzymał. Prowadziliśmy w sklepie nieśpieszne rozmowy. Wiedzieliśmy coś niecoś o sobie. Lubiłam myśleć, że tak mogło wyglądać życie w przedwojennej Polsce. Roncesvalles nie była taka ładna jak dziś. Czasem wydawała się dość ponura ale czuło się, że to jest nasza ulica. Wielu ludzi miało tam domy, jeszcze więcej – mieszkania. To był kawałek Polski. Dziś jest na Roncesvalles zupełnie inaczej: bardziej elegancko, robi się nawet modnie. Polskich sklepów jest znacznie mniej, a wędliny nie są takie dobre. Na szczęście został Polonez i… kopytka z sosem, ale zwykle więcej tam angielskojęzycznych gości niż Polaków. Rzadko tam chodzę… nie czuje już tego specyficznego klimatu. A szynkę, kiełbasę i kabanosy mam lepsze w najbliższym Loblaws niż w najpopularniejszym tam sklepie z polskimi produktami. I ma polskie nazwisko w nazwie – Sikorski.

Poleć:

O Autorze:

Iwona Majewska-Opiełka

Iwona Majewska-Opiełka. Psycholog, trener, coach. Stworzyła własny model rozwoju osobistego. Napisała 25 książek, a każda z nich to pasjonująca rozprawka na temat istotnego wymiaru ludzkiego życia. Najnowsza książka to „Najważniejszy związek czyli mądra miłość do siebie”.

1 Comment

  1. Droga Iwono , szacunek do drugiego czlowieka bedzie – jest – wierze w to niezmiennie , wartoscia ktora nie przemija , bez wzgledu na pokolenie . A Ty bedac w Polsce zawsze bylas tego wyrazem .
    Szacunek za wszystkie napisane w Polsce ksiazki dotykajace naszej rzeczywistosci , rekomendacje , opine. Najwieksza wartoscia jaka mozemy zostawic to to co zostawiamy w innych a Ty zostawilas tak wiele…,Pozdrawiam serdecznie!

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.