Z powrotem w Ontario (28)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Ontaryjskie polowania – 8

Cd. z poprzedniego numeru Gazety. Przypominam, że jest 6 listopad 1989 rok. Moje pierwsze polowanie w Kanadzie. Jestem sam w małym myśliwskim domku kilkadziesiąt km od Burks Falls, na północ od Huntsville.

Budzik zadzwonił o 5:30. Drwa w kominku ciągle się jeszcze żarzyły i było dość ciepło. Za oknem ciemność, dokoła kompletna cisza. Zapaliłem prawdziwą lampę naftową. W słabym blasku widać było śnieg do połowy szyby okiennej.

Ubrałem się ciepło, założyłem jednoczęściowy kombinezon. Termometr za oknem pokazywał minus 12 stopni C. Picie kawy nie jest wskazane, bo jej zapach rozchodzi się daleko. Wschód słońca miał być o 7: 01, zachód o 17:03. Wyszedłem na zewnątrz parę minut po szóstej i prawie po omacku oddaliłem się od kabiny na kilkaset metrów. Śnieg był głęboki do kolan i brodzenie w nim nie należało do łatwych. Znalazłem zwalony pień. Biel śniegu powodowała, że mimo ciemności widać było dobrze zarysy drzew. Zgarnąłem śnieg z pnia i usiadłem wygodnie. Po pół godzinie zrobiło się szaro, potem coraz jaśniej, aż wzeszło słońce. Cały las utopiony był w bieli.

Kompletna cisza. Nawet najmniejszego podmuchu wiatru. Siedziałem tak, patrząc w dół lekkiego zbocza prze kilka godzin. Nie było nawet wiewiórki. Zupełnie nic. Za to wyraźnie się ociepliło. Wróciłem do domku myśliwskiego. Zrobiłem sobie śniadanie, zjadłem i wyruszyłem znowu w las poszukać śladów. Żadnych nie było. Wszędzie nieskazitelna biel. Znalazłem piękne miejsce. Na dość wysokiej skarpie. W dole rozlany szeroko, przegrodzony tamą bobrową strumień. Po drugiej stronie, może sześćdziesiąt metrów dalej, małe otwarcie w gęstwinie. Jak bym był jeleniem to na pewno przychodziłbym się tu napić. Tafla wody tylko trochę zamarznięta. Mróz trwał zbyt krótko by ją solidnie zmrozić. Wróciłem do kabiny po własnych śladach. Wtedy nie było jeszcze tak obecnie dostępnego GPS. Zjadłem lunch. Potem wyszedłem poszukać miejsca na poranną zasiadkę. To wszystko było zgadywanie. Rano jeleń idzie na wzgórze, gdzie jest cieplej, wieczorem schodzi w dół. No, ale trzeba wiedzieć gdzie jest tzw. „beding area”, czyli miejsce ich dziennego odpoczynku. Nie wiedziałem i zgadywałem tylko.

This slideshow requires JavaScript.

Ok. 15:00 wyszedłem na zasiadkę na miejsce przy bobrach. No może raczej na „zastójkę” bo stałem za drzewem przez dwie godziny, prawie do zachodu słońca. Tak długo, jak długo ciągle jeszcze mogłem widzieć muszkę i szczerbinkę.

Słońce już było bardzo nisko, chociaż nie było go widać wśród drzew, gdy nagle po drugiej stronie rozlanego strumienia zauważyłem ruch. Posypał się śnieg z pokrytych białymi czapami świerków, zakrakał gawron. Coś nadchodziło. Uniosłem powoli broń do oka… i nagle zobaczyłem. Spod niskich gałęzi świerkowych wysunął się czarny łeb niedźwiedzia. Lekki wietrzyk wiał mi prosto w twarz. Nie mógł mnie zwęszyć. Ukazał się cały. Był wielki. Przednimi łapami rozgarnął śnieg, wyrwał kłodę zmurszałego drzewa, rozrywał ją pazurami co chwila coś wyjadając. Najwyraźniej ten śnieg go zaskoczył, nie zapadł jeszcze w zimowy sen (najczęściej dzieje się to pod koniec listopada) i był głodny. Miałem szcęście z tym wiatrem wiejącym w moją stronę. No i on też, bo gdyby mnie zwęszył i miał na mnie ochotę to musiałbym strzelać a nie miałem wykupionej licencji. Po kilku minutach „rozrabiania z rozdartą kłodą drzewa, odwrócił się o odszedł w gęstwinę. Zrobiło się już całkiem szaro. Ruszyłem w drogę do kabiny. Przystawałem często się oglądając.

Po ciemku, w lesie, wiedząc że gdzieś tam jest wielki niedźwiedź. Jasne że się bałem. Wyobraźnia potrafi podsuwać bardzo nieprzyjemne obrazy. Z ulgą zobaczyłem stromy dach, komin i ściany małego domku…

Minęły kolejne dwa dni. Jedyna zmiana to odśnieżona droga, którą tu przyjechałem. Pług musiał przejechać, gdy byłem w lesie bo nic nie słyszałem. A to ci dopiero, odśnieżanie leśnego duktu. Nigdy bym nie przypuszczał. Gdzieś tam musi się znajdować dom zamieszkały przez cały rok.

Trzeciego dnia przyjechał Witek, właściciel „mojego” domku myśliwskiego. Powiedziałem mu, jaka sytuacja. Wyszliśmy razem na polowanie na resztę dnia. Na drugo dzień Witek musiał wracać. Ja postanowiłem odwiedzić Lawrenca, który polował ze swojego leśnego domu w połowie drogi z Burk’s Falls do Huntsville, kilkanaście kilometrów w bok od Novar. Byłem tam latem i byłem prawie pewien, że trafię a Lawrence zapraszał mnie tam kilka razy.

W drodze z domku Witka do Burk’s Falls włączyłem radio na lokalną stację by posłuchać wiadomości. No i dowiedziałem się. Z opisu wynikało, że do innego małego domku myśliwskiego znajdującego się w tej samej okolicy co „mój” wdarł się w nocy niedźwiedź. Po prostu wszedł przez ścianę z dykty. Musiał być naprawdę głodny przez te opody śniegu i czuł zapach jedzenia. Całe szczęście, że znajdujący się tam myśliwy miał nabitą wbrew przepisom broń i zdążył wypalić. Niedźwiedź się spłoszył i zwiał pozostawiając smugę krwi. Od razu się lepiej poczułem, że nie była to taka znowu paranoja, gdy spałem z nabitym sztucerem. Przygoda trwa…

Cdn.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.