Pojedynki w historycznej perspektywie

0

Mowa jest o pojedynkach, czyli walkach dwóch osobników ludzkich na śmierć i życie, lub do pierwszej krwi. Chodzi tu o sprawy typowo męskie, ale nie wyłącznie, dlatego wiązanie ich z męskim hormonem testosteronem wydaje się być chyba zasadne. Pojedynek to praktyka starsza niż początki człowieka na Ziemi. Uprawiały i uprawiają go zwierzęta w obronie własnych terytoriów, w obronie potomstwa, a wśród samców o wyłączność spółkowania z samicami. Zanim w świecie ludzkim powstały społeczeństwa, gdy jeszcze nie było sądów, grupy ludzi załatwiały spory przez wojnę: grupa, która ją wygrała, miała oczywistą rację w sporze, a skonfliktowane osoby indywidualnie walczyły wręcz, słabszy uciekał lub ginął w walce – racja była po stronie zwycięzcy.

Honorowe kody
W okresie Renesansu zaczęto spisywać zasady i prawa pojedynku najpierw we Włoszech, potem we Francji. Prawie każdy kraj dorobił się swego code duello. W Polsce chyba najpóźniej, bo w 1919 r., kiedy już w całej Europie śmierć w pojedynku traktowano jak morderstwo. Ale w Europie i w Polsce kary za tego typu morderstwo bywały łagodne. To spowodowało, że Władysław Boziewicz wziął się za spisanie takiego kodu. Usprawiedliwia się: “Tak długo pokąd prawna kultura naszych społeczeństw karać będzie czynną zniewagę gentlemana 24-godzinnym aresztem, zamienionym na 5 koron grzywny – tak długo istnieć będzie ten rodzaj współrzędnego sądownictwa honorowego…” Pan Boziewicz jest człowiekiem nowoczesnym, każe dezynfekować broń sieczną, choć nie pozwala na przeprosiny po ustaleniu warunków pojedynku i jest przeciwny walce do pierwszej krwi. Poszerza pojęcie człowieka honoru na osoby z wykształceniem przynajmniej średnim, mimo że nie są szlachetnego urodzenia, na osoby wykonywujące zawody twórcze lub sprawujące ważne funkcje państwowe. Idzie nawet dalej: “należy udzielić satysfakcji honorowej wieśniakowi, który jest posłem na sejm.” Wszystkie kody honorowe były dość podobne do siebie. Ustalały, że “obrażony na honorze” w każdej chwili może przerwać pojedynek stwierdzeniem, że jest już usatysfakcjonowany, że według umowy trzeba walczyć do pierwszej krwi, do momentu pozbawienia przeciwnika czynnej możliwości dalszej walki (np. gdy mu się odrąbie rękę), czy aż do śmierci jednej strony.

Od XVIII w. zaczęto pojedynkować się na pistolety. Ustalono wtedy, że poszkodowany strzela pierwszy, lub też na dany znak przez sędziego kto pierwszy wypali, ten lepszy. Choć liczba strzałów nie była ustalona, nie strzelano dużo, bo więcej niż trzy strzały z jednego pistoletu uznano za barbarzyństwo. Były szczegółowe przepisy odnośnie sekundantów. Niektóre kody pozwalały stawać sekundantowi w szranki ze zwycięzcą, inne pozwalały im bić się między sobą. Pojedynki odbywano najczęściej wczesnym rankiem, by nie być zauważonym przez stróżów porządku, nawet używano latarni, które niekiedy przydawały się jako dodatkowa broń obronna. Pojedynkowano się w lasach, parkach, na jakichś bezludnych wyspach. Choć przeważnie kara za zabójstwo w pojedynku była łagodna albo żadna, na wszelki wypadek chciano tymi zwyczajami zmylić władze. Gdy Ludwik XIII we Francji ustalił prawo przeciw pojedynkom, początkowo, jak wspomniałem wcześniej, karał zwycięzców surowo, potem coraz łagodniej, wreszcie darowywał winę, ale trzeba się było wyspowiadać przed królem, a to też nie była sprawa zbyt honorowa. Wiemy z dokumentów historycznych, że w czasie swego panowania uwolnił on od odpowiedzialności sądowej aż około 8000 delikwentów, a więc przynajmniej tyle samo poległo lub zostało ranionych w pojedynkach, i to najważniejszych obywateli kraju. To nam daje jakieś wyobrażenie jak proceder ten wyniszczał elitę społeczeństwa.

Łagodniejsza forma pojedynku – turnieje
Jako antidotum na tę plagę powstał pomysł turniejów. Dwaj rycerze, w tym także królowie, w pełnej zbroi atakowali się kopiami z rozpędzonych koni. Kto drugiego zepchnął z konia był zwycięzcą. Mimo pełnego uzbrojenia, mimo tego, że rycerze nacierali na siebie najczęściej pędząc na koniach dwoma torami oddzielonymi płotkiem, wypadki śmiertelne zdarzały się i to dość często. Władcy Austrii Leopoldowi V koń przewracając się zmiażdzył stopę. Wdała się gangrena i biedny kaleka nie tylko poszedł na drugi świat, ale wprost do piekła, bo był ekskomunikowany przez papieża i umarł bez sakramentów. Najsłynniejszym wypadkiem turniejowym była śmierć króla fracuskiego Henryka II Walezego. Ten pomazaniec boży szalał za turniejami. Jednego dnia na oczach swej nowej kochanki Diany z Poitiers, ubrany w jej kolory białe i czarne pokonał trzech przeciwników. Jednego z nich, swego kapitana gwardii Gabriela de Montgomery, poprosił o powtórny pojedynek. Ostrzegała go żona by tego nie robił, a ją ostrzegł słynny Nostradamus, że coś strasznego może się stać. Król nie posłuchał żony i by jeszcze bardziej przypodobać się kochance szarżował z podniesioną przyłbicą. Montgomery tafił go w prawe oko i uszkodził mózg. Czterem zbrodniarzom wykłuto w podobny sposób po jednym oku, by poznać bliżej jak wygląda uraz u króla i ewentualnie znaleźć dla niego ratunek. Król jednak umarł w towarzystwie “królików doświadczalnych” w okropnych męczarniach. Zdążył jednak przebaczyć Montgomery’emu, co ocaliło mu głowę. Na Dianie z Poitiers przez wiele jeszcze lat mściła się żona Henryka Katarzyna Medycejska, między innymi za to, że będąc prawie 20 lat starsza od niej i od króla zawładnęła jego sercem. Diana uchodziła za najpiękniejszą kobietę w Europie. Namalowano wiele jej obrazów, najczęściej jako półnagą boginię Dianę z psiarnią w czasie polowania. Widziałem kilka z nich, a także jej posąg w Luwrze, i nie mogłem się dopatrzeć jej wyjątkowej urody. Była przede wszystkim zbyt puszysta jak na mój gust. No, ale ja jestem Władysław, a nie Henryk II.

This slideshow requires JavaScript.

Pojedynki w Polsce
Nie wszyscy pojedynkujący się ginęli, ale były to dość częste przypadki. Przydarzyło się to polskiemu hrabiemu Henrykowi III ugodzonemu kopią w samo serce. Podobnie życie stracił Konrad, wnuk Bolesława Krzywoustego. Nie tylko ostatni z Piastów Kazimierz Wielki chciał narazić swoje życie w pojedynku (choć, jak już wspomniałem, szansa utraty życia była minimalna, bo przeciwnik był ślepy). Ostatni z Jagiellonów Zygmunt August uznał, że musi się pojedynkować. Wlokła się za nim fama, że jest maminsynkiem, że mama Bona i jej ogromny fraucymer zrobiły z niego dziewczynkę, choć bez warkoczyków. Ciągle musiał udowadniać, że jest twardym mężczyzną, decydującym sam o swych i państwa losach. Wbrew Bonie i wszystkim możnowładcom w państwie wybrał sobie na kochankę Barbarę Radziwiłłównę, potem poślubił ją, najpierw potajemnie, potem z wielką pompą i zmusił wszystkich do uznania jej za królową. Chociaż pochodziła z bogatego i potężnego klanu Radziwiłłów, to w mentalności ówczesnych ludzi był to wielki mezalians, prawie przestępstwo – była przecież jego poddaną. W czasie romansów z Barbarą ożeniony był z kobietą z rodu cesarskiego Habsburgów. Ten ród wyniszczył się biologicznie – panoszyły się w nim bardziej niż wśród innych członków rodzin wysoko urodzonych choroby dziedziczne, bo Habsburgowie najczęściej żenili się i wychodzili za mąż między sobą by utrzymać władzę i posiadłości. Elżbieta Habsburżanka miała padaczkę, co zatajono przed ślubem. Gdy ją zobaczył po raz pierwszy w trakcie ataku choroby przeraził się i stracił wszelkie chęci zbliżania się do niej, nie tylko intymnie. Barbara go pocieszała, byli w sobie zakochani, ale to nie trwało długo; umarła przy porodzie. Nie miał szczęścia do kobiet, ożeniono go po jej śmierci z siostrą pierwszej żony Habsburżanki, też chorą na padaczkę. Drugim aktem nieposłuszeństwa matce i krajowi po samowolnym małżeństwie z Barbarą Radziwiłówną był pojedynek z magnatem Ilią Ostrogskim. Co prawda był to pojedynek turniejowy, ale i tu można było stracić życie. Król zepchnął dzidą z konia swego przeciwnika. Ten został tak mocno tym poturbowany, że niedługo umarł.

Po wynalezieniu lekkiej dworskiej szpady następca Zygmunta Augusta, pierwszy polski król elekcyjny Henryk III Walezy, trzeci syn wspomnianego Henryka II, nie rozstawał się z nią ani na chwilę. Może nawet szedł z nią do łóżka. Przy każdej okazji we Francji, później w Polsce i znowu we Francji popisywał się nią przed możnowładcami i swoimi mignons – pieszczoszkami. Nie od szpady zginął, ale od sztyletu jakiegoś sfanatyzowanego mnicha, który uznał króla za zbyt mało katolickiego. Umarł nie na koniu ze swą ulubioną szpadą w dłoni, nie w turnieju, ale siedząc na sedesie.

Stefan Batory, pan wojenny i bitny, zaproponował pojedynek swemu przeciwnikowi – dowódcy armi habsburskiej Kasprowi Bekieszowi przed bitwą pod Szent Pal w 1575 roku, by ograniczyć przelew krwi chrześcijańskiej. “Ktokolwiek padnie w tym pojedynku ten z życiem i państwo utraci”. Kacper odmówił, król uznał to za wielką obrazę, dlatego po zwycięskiej bitwie wszystkich pokonanych jeszcze żywych dowódców powiesił, a żołnierzom odciął nosy. Ten “żelazny król” nie doznał satysfakcji od Iwana Groźnego, który w 1581 pod Pskowem naubliżał mu, że nie Bóg, lecz buntownicy wybrali go na króla Polski. Wezwany na pojedynek, Iwan, ten niby groźny, przestraszył się i nie podjął rękawicy. W tym samym miejscu i w tym samym czasie Hetman Wielki Koronny Jan Zamoyski miał się pojedynkować z Iwanem Szujskim, dowódcą oblężonego miasta. Powodem, jak się słusznie można domyślać, były pyskówki i wypominanie Zamoyskiemu jego dość niskiej pozycji społecznej, bo faktycznie dopiero Stefan Batory zrobił z niego wielkiego i bogatego pana. I znowu zawód. Zamoyski zjawił się w umówionym miejscu, ale przeciwnik się nie pofatygował na spotkanie. Nie miał Jan szczęścia z pojedynkami. W czasie wojny o Inflanty wyzwał na pojedynek wuja króla Zygmunta III Wazy, Karola Sudermańskiego. Ten wyśmiał tę propozycję – nie będzie krzyżował szpady czy miecza z człowiekiem tak nisko urodzonym. Zaproponował w to miejsce pojedynek z królem polskim, swoim siostrzeńcem, ale wuj jeszcze nie był królem, więc nie był odpowiednim partnerem dla wyzwanego króla.

Wielu polskich możnowładców pojedynkiem czy walką w turnieju rozwiązywało swoje problemy, budowało swe ego. Wspomnę tylko jednego z nich, słynnego zdrajcę z Potopu, ale dzielnego człowieka Bogusława Radziwiłła. Ponieważ syn para Francji Henryk Talmont zbytnio zalecał się do uwielbianej przez Bogusława pięknej Elżbiety, córki elektora Palatynatu, postanowiono rozstrzygnąć w walce kto jest jej bardziej wart. Stanęli do prawdziwego pojedynku, nie turnieju, na koniach ze szpadami w rękach. By się bardziej przypodobać wybranej obaj gardząc śmiercią nie założyli zbroi, walczyli w kaftanach, a przecież jeden z nich musiał zginąć. Etykieta pojedynku nakazywała okazywać przeciwnikowi najwyższy respekt, a pojedynek nie mógł być w żadnym wypadku łatwiejszym dla którejkolwiek strony. Gdy przed walką odkryto, że szpada Bogusława jest o pół stopy dłuższa, z gracją ofiarował ją przeciwnikowi, ten z kolei grzecznie odmówił. Bogusław, ugodzony w bok, w tym samym momencie przeciął żyły na ręku Henryka i do wieczności wybrał się ten drugi.

Gdy już nie było królów, wyzywano na pojedynek głowy państwa. Józefowi Piłsudskimu rzucił rękawicę generał Stanisław Szeptycki. Ten pierwszy grzecznie odmówił walki uznając to za dziecinadę, która niczego nie rozwiązuje, najwyżej uspokaja emocje, więc nie dał satysfacji narwanemu generałowi.

Pyskówki w miejsce pojedynków
Choć dzisiaj w Niemczech, Austrii i Szwajcarii pojedynki na białą broń zwane menzurami są ciągle prawnie dozwolone, praktykują je przeważnie studenci, więcej dla szpanu i hecy niż z tradycyjnych powodów. Koleżanki i koledzy owijają walczącego w grube szmaty, miecze czy rapiery są tępione, tak że dobranie się do skóry pojedynkującego się jest prawie niemożliwe. W najnowszych czasach pojedynki zastąpione zostały przez pyskówki. Panie przejęły od mężczyzn ten obowiązek na siebie. Przodują kraje basenu Morza Śródziemnego, Polska podąża za nimi tuż, tuż. Sądy tak zawalone są tego typu sprawami, że normalne rozprawy muszą czekać latami na rozwiązanie. Moim zdaniem najlepszym rozwiązaniem było na pyskówkę odparować pyskówką, a jeśli ta ostatnia jest bardziej soczysta i bogatsza słownikowo (na przykład jak w przechwałce: “ale dowaliłam tej wstrętnej i głupiej lafiryndzie, tej smrodliwej bzdziągwie, że aż jej trepy spadły z kopyt!!!”) niech to zdecyduje kto jest zwyciężczynią w tego typu pojedynku.

Najsłynniejsze pojedynki i turnieje w Europie i w Stanach
Kilku polskich królów rwało się do pojedynków, różne przeszkody piętrzące się na drodze nie doprowadziły jednak do ich realizacji. Wiemy, że, jak wspomniałem, tylko jednemu, Zygmuntowi Augustowi, udało się pojedynkować, ale tylko w bezpieczniejszej dla życia i zdrowia formie – w pojedynku turniejowym. Więcej swobody i szczęścia mieli pod tym względem królowie innych państw. Pojedynki turniejowe były ich pasją; niekiedy uczestniczyli w nich codziennie, a nawet kilka pojedynków w ciągu dnia zaliczali (przypominam Henryka II Walezego). Gdy nadarzały się okazje stawali z mieczem lub szpadą do walki wręcz na “ubitej ziemi”. Okazją do najsłynniejszego chyba szału pojedynkowego było “pokojowe” spotkanie pod Calais dwóch najpotężniejszych władców w Europie: Francuza Franciszka I Walezego z królem Anglii Henrykiem VIII Tudorem – tym od sześciu żon, kilka z nich z jego polecenia z odciętymi głowami. Henryk, wielki przystojniak i uwodziciel w latach młodości, o szerokich barach, zbudowany jak tur (pod koniec życia okropny grubas i inwalida na wózku), jednego dnia “zajeździł” aż sześć koni, pozostawał w szrankach nawet przez dwie godziny bez odpoczynku. Franciszek słabszy, ale wysportowany i trzy lata młodszy “roztrzaskiwał włócznie jak trzciny, ani razu nie chybił”. Gdy jeden z przybocznej świty Anglika zadrasnął Franciszka w turnieju, ten zażądał od Henryka satysfacji w formie walki zapaśniczej. Czemu nie, wiadomo było kto wygra, nie wiotki młodzik, lecz angielski byczek. Tak się jednak nie stało. Franciszek pokonał swego przeciwnika tzw. rzutem bretońskim. Obaj panowie walczyli też ze sobą w zbrojach przez przegrodę na koniach. Tu żaden nie przegrał.

W Rosji najsłynniejsze dwa pojedynki pozbawiły życia dwóch największych poetów kraju: Aleksandra Puszkina i Michała Lermontowa. Puszkin w swoich utworach krytykował tyranię i absolutyzm carów Aleksandra i Mikołaja. Nadarzyła się okazja by go wyciszyć. Razem ze zbuntowanymi studentami sądzonymi w grudniu, dlatego zwanymi dekabrystami, skazano go na zesłanie choć dekabrystą nie był, tylko ich sympatykiem. Gdy się stał bardzo sławnym pisarzem car zmienił karę na odosobnienie w majątku matki. Po jakimś czasie pozwolonu mu wrócić do Petersburga i tu ożenił się z piękną Natalią Gonczarową, o którą był chorobliwie zazdrosny, choć sam sobie nie żałował i miał kilka kochanek. Kobiety lgnęły do niego chyba dlatego, że miał bardzo nietypową urodę, a to po czarnoskórym dziadku z Abisynii. Miał kręcone kasztanowate włosy, szeroki nos, bystre mysie oczy oraz ciemną cerę. Wystarczył jeden anonim sfabrykowany chyba przez carską Ochranę, by wezwał na pojedynek zadomowionego w Petersburgu Francuza G. d’Anthesa, człowieka wojskowego. Poeta nie miał z nim najmniejszej szansy; w 1837 roku zginął w tym pojedynku w wieku 38 lat.

Michał Lermontow, poeta, Pojedynek domowy Pojedynek Hamiltona z Burrem Pojedynek na ulicy w Paryżu prozaik, dramaturg i malarz, miał bardzo podobny życiorys. Od swoich pierwszych wierszy krytyk caratu podobnie jak Puszkin, zwolennik nowego stylu romantycznego w literaturze, na co władze patrzyły podejrzliwym okiem, znawca i tłumacz Byrona. W opublikowanym w roku śmierci Puszkina wierszu poeta oskarża władze carskie o tę tragedię. Za to zostaje zesłany na Kaukaz. W dwa czy trzy lata później po powrocie z zesłania Lermontow pojedynkuje się z synem ambasadora francuskiego. Następuje następne zesłanie za ten czyn. Ochrana miała go już dość, więc na Kaukazie prowokuje następny pojedynek w którym dwudziestokilkuletni Lermontow ginie od kuli. Co za strata dla Rosji i świata: dwaj genialni pisarze uciszeni tak młodo!

W Stanach Zjednoczonych najsłynniejszym pojedynkiem było spotkanie na pistolety dwóch mężów stanu: sekretarza skarbu za prezydencji George’a Washingtona Alexandra Hamiltona z wiceprezydentem Aaronem Burrem. Rywalizacja i wzajemna nienawiść towarzyszyła tym ludziom całe ich dorosłe życie. Hamilton był wyjątkowo złośliwy, utrącał Burra w jego staraniach o kilka urzędów po upłynięciu jego kadencji wiceprezydenckiej. Stawało się coraz wyraźniejszym, że w Stanach jest o jednego z nich za dużo. Problem rozwiązał pojedynek. Spotkali się o świcie na bezludnym wzgórzu w New Jersey. Przypłynęli tu cichaczem przez rzekę Hudson wczesnym rankiem, by nie wzbudzać podejrzeń stróży porządku, bo w tej części Ameryki pojedynki były zakazane prawem. Przyjechali na to samo wzgórze, na którym syn Hamiltona Philip zginął w pojedynku kilka lat wcześniej. Pierwszy oddał strzał Hamilton, prawdopodobnie “pusty” bez mierzenia w przeciwnika. Burr jednak nie żartował. Swym pierwszym strzałem pogruchotał kości i narządy wewnętrzne Hamiltona, który zmarł następnego dnia. Tym czynem Burr skończył swą karierę polityczną potępiony przez wszystkich. Usunął się z życia publicznego. Hamilton znany jest najbardziej z tego, że był twórcą amerykańskiego dolara, a jego podobizna widnieje na dziesięciodolarówce.

Pojedynkowało się wielu znanych ludzi częściej nie z własnej inicjatywy, ale zmuszeni zaistniałą sytuacją. Dla przykładu podam tylko jedno nazwisko: Georg Friedrich Händel, jednego z dwóch największych kompozytorów muzyki baroku obok J. S Bacha.

Rekonstrukcje turniejów i wojen
Dziś już nie ma pojedynków, najwyżej na kufle w knajpie, czy na soczyste słowa między sąsiadkami. Tęsknota za przeszłością, która po upływie czasu wydaje się bardziej kolorowa i romantyczna niż była w rzeczywistości, spowodowała w ostatnich kilku dziesięcioleciach powrót do odtwarzania turniejów, nawet wojen (prawdziwe pojedynki są zbyt ponurymi i mało spektakularnymi wydarzeniami by do nich wracać). W zbrojach podobnych nieco do tych z dawnych wieków entuzjaści tych wydarzeń z okazji różnych uroczystości udają (często bardzo nieudolnie), że walczą. Nawet część publiczności jest niekiedy przebrana w stroje z epoki, a niekiedy jakaś tam donna z balkonu rzuca wybrańcowi przed walką chusteczkę czy część swej intymnej damskiej garderoby. Kraje romańskie mają specjalne upodobania do tych pokazów, przypomnę choćby wielką inscenizację bitwy w wąwozie Samosierra z udziałem setek pseudorycerzy, nie tylko Hiszpanów, ale Polaków i Francuzów. W Polsce największym pokazem jest reaktywizacja Grunwaldu. Co roku pod Grunwaldem biedni Krzyżacy przegrywają swoją bitwę i to już od wielu lat, kiedy to zaczęła się ta zabawa. Zakrawa to trochę na okrucieństwo, dlatego trochę współczuję autentycznym Krzyżakom, których kości już chyba rozlasowały się w grobach. A może by tak przynajmniej raz przegrać, by dać im jakąś satysfakcję i pokazać, że jesteśmy narodem łagodnym, wybaczającym winy i niepamiętliwym

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie.

Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.