Pojedynki – perspektywa historyczna

0

Mowa jest o pojedynkach, czyli walkach dwóch osobników ludzkich na śmierć i życie, lub do pierwszej krwi. Chodzi tu o sprawy typowo męskie, ale nie wyłącznie, dlatego wiązanie ich z męskim hormonem testosteronem wydaje się być chyba zasadne. Pojedynek to praktyka starsza niż początki człowieka na Ziemi. Uprawiały i uprawiają go zwierzęta w obronie własnych terytoriów, w obronie potomstwa, a wśród samców o wyłączność spółkowania z samicami. Zanim w świecie ludzkim powstały społeczeństwa, gdy jeszcze nie było sądów, grupy ludzi załatwiały spory przez wojnę: grupa, która ją wygrała, miała oczywistą rację w sporze, a skonfliktowane osoby indywidualne walczyły wręcz, słabszy uciekał lub ginął w walce, a racja była po stronie zwycięzcy.

Mniejszy rozlew krwi
Pojedynki, jak wspomniałem, są z ludźmi od początku ich istnienia na Ziemi. Najpierw służyły do wyłaniania wodzów. Gdy starego wodza nie udało się otruć lub potajemnie innym sposobem uśmiercić, trzeba było stawać w szranki, by po pokonaniu go przejąć wszystko co on posiadał, a przede wszystkim przywództwo nad jakimś plemieniem lub narodem. To bardzo pokrewne walce młodszego samca ze starszym w świecie zwierząt w celu przejęcia władzy nad całym haremem samiczek. W tych pierwszych pojedynkach nie było żadnych reguł walki, broń dowolna. Zwyciężał często nie silniejszy, ale sprytniejszy i inteligentniejszy osobnik. Proceder ten uprawiano na całym świecie, w każdym państwie. Gdy panujący nie bardzo kwapili się by stawać w szranki z kimkolwiek, zmieniała się motywacja. Tak więc następnym motywem pojedynków była chęć oszczędzania ludzi. W dawnym mało zaludnionym świecie człowiek, czyli mężczyzna (kobieta wtedy była najczęściej dobytkiem domowym) miał dużą wartość ekonomiczną i obronną, nie musiał ginąć w bojach. Z wielu przekazów historycznych wiemy, że często gdy dwie armie stawały naprzeciw siebie, typowano dwóch najsprawniejszych wojowników po jednym z każdej, by walczyli z sobą i rezultat ich walki na śmierć i życie przesądzał o losach bitwy, niekiedy i wojny.

Pojedynki w Biblii Starego Testamentu
Mężczyzna zabijał mężczyznę od początków ludzkości. Według Biblii syn Adama Kain zabił brata Abla: nie wiemy jednak, czy to była forma pojedynku, czy zwyczajne morderstwo z zaskoczenia. Najsłynniejszy pojedynek biblijny to walka Dawida z Goliatem jakieś trzy tysiące lat temu. Izraelici po ucieczce z Egiptu siłą zagarnęli Palestynę mordując lub spychając z tych terenów jej mieszkańców. Mieli wielu wrogów wokół swego małego kraju. W owym czasie najniebezpieczniejszymi wrogami byli Filistyni. Trzeba było stanąć z nimi do walki. Ci ostatni mieli w swoich szeregach woja wielkoluda Goliata. Biblia szacuje go na sześć łokci i jedną piędź, czyli miał mieć 2,6 m. To oczywiście przesada, ale jeśli chodzi o inne liczby w Biblii Starego Testamentu są one jeszcze bardziej przesadzone. I tak według jej opisów do boju stawało dziesiątki tysięcy wojowników, choć wiadomo, że tylu ludzi nie miał cały kraj razem z dziećmi, kobietami i starcami. Matuzalem biblijny miał żyć 969 lat, co jest absolutnym nonsensem. Nie posądzam autorów biblijnych o celowe kłamstwa. Ta przesada to figura literacka. Autorom chodziło o przyciągnięcie uwagi czytelnika, a także o podkreślenie wyjątkowości czy wagi faktu czy wydarzenia. Im większa przesada, tym wydarzenie lub fakt był w ten sposób bardziej podkreślany. A więc do boju stawało nie 40 tysięcy, ale 400 wojowników, Matuzalem dożyć mógł siedemdziesiątki, może nawet osiemdziesiątki, ale w owych czasach to wydawało się prawie wieczością, Goliat mógł mieć kilka centymetrów ponad dwa metry.

This slideshow requires JavaScript.

Dawid był najmłodszym synem w rodzinie, dlatego jemu przypadło wypasanie trzody domowej (znam ten ból, bo jako najmłodszy z rodzeństwa i ja miałem podobne zajęcie – nie była to trzoda, ale w czasie wojny nasza “krówka żywicielka”). Dzisiaj Palestyna to kraj na pół pustynny, ale dawniej był krajem urodzajniejszym, bogatym w roślinność i dziką zwierzynę. Kij Dawida niejednokrotnie łamał kręgosłupy wilków czy rysiów próbujących podkradać jego owieczki.

Filistyni wyszli z propozycją pojedynku zamiast walki. Po walce indywidualnej naród zwycięzcy miał stać się panem nad narodem zwyciężonego. Przez 40 dni Goliat czekał na rywala rano i wieczorem wyzywając Izraelitów od tchórzy i niedołęgów. Wreszcie zgłosił się do walki wręcz młody Dawid. Żydzi nie mieli wyboru, wyniki ogólnej walki były przesądzone: Filistyni byli liczniejsi i lepiej uzbrojeni. Chłopiec i olbrzym szli naprzeciw siebie gotowi do boju. Goliat nie mógł powstrzymać się od szyderczego śmiechu, że takiego dzieciaka wystawili Żydzi przeciw niemu. Ten wielki szedł z dzidą i mieczem, ten drugi z kijem i procą. Proca wtedy nie była taka, jaką dziś bawią się nie zawsze grzeczni chłopcy (wybite okna mogą o tym zaświadczyć!). Nie strzelano z niej, bo nie znano jeszcze gumy; to kawałek skóry w który wkładało się kamień, od niej odchodziło kilka sznurków czy pasemek skóry. Ich końce trzymano w ręku. Przed rzutem robiło się potężny zamach, jak dzisiaj czyni zawodnik rzucający młotem, i puszczało w stronę celu. Co sprytniejszym udawało się wyrzucić sam kamień, a proca zostawała w ręku. Tą procą czy kamieniem z procy Dawid trafił Goliata w czoło, oszołomił go i zanim ten się potrafił pozbierać, jego własnym mieczem odciął mu głowę. Nagrodą za ten czyn było wybranie go na drugiego po Saulu króla wszystkich 12 pokoleń żydowskich. Jako król, Dawid sprawował się dzielnie. Odparł od swych granic nie tylko Filistynów, ale Moabitów, Aramejczyków i inne ludy krainy Kanaan, stworzył bardzo, jak na owe czasy, nowoczesne państwo.

Pojedynki w starożytności
W czasach starożytnych na wszystkich kontynentach uprawiano dzikie, niepoddane żadnej regule pojedynki. W Japonii bardzo szanowani ze względu na wysoki status społeczny samuraje, a nawet szogunowie, używali wszelkich dozwolonych czy niedozwolonych chwytów, by wroga unicestwić. A więc poza mieczem mieli ukryte sztylety, o których przeciwnik nie wiedział. Sypano sobie znienacka piaskiem w oczy. Naginano gałęzie, które puszczone uderzały w przeciwnika, oszałamiając go na chwilkę, ale wystarczająco długą chwilkę, by mu wbić miecz w serce. Nie każdego samuraja stać było na prawdziwy miecz, bo to był jeden z największych wydatków w uposażeniu wojownika, a ponieważ samuraj musiał coś nosić w pochwie, miał tam często miecz z drewna. Gdy taki był wyzwany na pojedynek przez bogatszego samuraja śmierć miał z góry zaklepaną, bo tylko własnym mieczem mógł i musiał walczyć.

Tego typu pojedynki opisane są także w księgach wedyjskich Indii. Pojedynkowano się też w Chinach. Na innej półkuli krwiożerczy Aztekowie co jakiś czas kazali stawiać się na placu boju plemieniom ujarzmionym. W walkach jeden na jednego zwykle oni zwyciężali i pastwili się nad ciałami pokonanych. Takiej ofiary krwi i pastwienia wymagali ich dzicy bogowie.

Pojedynki w Iliadzie
Iliada, ten najwspanialszy liryczny poemat wojenny wszech czasów, opisuje kilka pojedynków. Pod oblężoną przez Greków Troją młody królewicz Parys pojedynkuje się z mężem Heleny Menelausem uprowadzonej przez niego do Troi. Miecz Menelausa w pojedynku rozpada się w kawałki na hełmie młodego kochanka. Menelaus chwyta go wtedy za kitę hełmu i wlecze do swoich, ale Afrodyta, bogini piękności i miłości, nie pozwala na taki koniec młodego kochanka, osłania go mgłą i wynosi na wolność.

Najsłynniejszym z pojedynków pod Troją była walka między Grekiem Achillesem i Trojańczykiem Hektorem. Nawet dziecko w podstawówce słyszało o “pięcie Achillesa”. Co to była za pięta? U Achillesa to realna pięta, u każdego z nas śmiertelników to jakaś nasza największa słabość, wada. Achillesa, gdy był niemowlakiem, matka bogini Tetyda wykąpała w świętych wodach Styksu trzymając za jedną piętę. Nic go się nie imało. Nic dziwnego, że gdy Hektor, najdzielniejszy z Trojan, zobaczył półboga i uświadomił sobie, że jest on nie do pokonania, dał drapaka. Achilles nie popuścił, oblecieli mury miasta trzy razy, wreszcie dopadł Trojańczyka i zabił go. Inaczej być nie mogło. Zamiast oddać ciało rodzinie, Achilles przywiązał go do swego rydwanu za nogi i przez wiele dni włóczył wokół oblężonego miasta ubliżającTrojanom. Taki obrót sprawy nie podobał się nawet bogom na Olimpie, którzy, jak wiadomo, nie byli święci: rozrabiali, kłócili się, zdradzali jak śmiertelnicy, tylko z większym rozmachem i niekoniecznie w lepszym stylu. Pocztą pantofelkową z Olimpu do Troi dotarła wieść, że jedna z pięt Achillesa, ta niezanurzona w świętej wodzie, może przyjąć cios. Precyzyjnie wymierzona zatruta strzała Parysa skończyła ziemskie życie półboga. Z tego wydarzenia można wyciągnąć wiele wniosków. Przede wszystkim nie trzeba być zadufanym, próżnym i okrutnym, a mamy powinny pamiętać, że przy kąpiółce niemowlaków nie trzymać ich za pięty.

Pojedynki na polach bitew
W dawnych czasach do walki wodzowie zwykle szli w pierwszym szeregu. Te walki to często wiele równoczesnych pojedynków: rycerz wybierał rycerza, nikt z boku nie próbował pomóc swojemu, bo to byłaby sprawa niehonorowa. Pierwszym chyba słynnym wodzem, który uznał, że rolą wodza nie jest pchanie się pod miecz przeciwnika, lecz z oddali kierowanie bitwą, był Hannibal. Nie pozwalał na pojedynki swym rycerzom, choć lubił się przyglądać zmaganiom tego typu wśród Rzymian. Ta strategia uratowała życie niejednemu wodzowi, bo dotychczas w czasie walk na wodza wysyłano jeśli tylko jednego, to najsprawniejszego wojaka.

Obrona honoru
Gdy motywacja oszczędzania w boju ludzi poszła w zapomnienie, najczęstszym powodem pojedynku stała się obrona honoru osobnika obrażonego, jego wybranki serca, jego rodziny, kraju. Honor mogli mieć w ówczesnych przekonaniach tylko ludzie elit, szlachta, możnowładcy, wodzowie. Tylko tacy o równym statusie społecznym stawali w szranki. Tych niższych, “bezhonorowych”, chłostano batami, okładano kijami, nawet zabijano, by pokrzywdzony na honorze mógł się poczuć dobrze. Często nie było okazji być obrażonym, nie można było rzucić komuś rękawicy pod nogi, czy wytrzaskać nią buzi obraziciela.

Wymyślono więc inny motyw. Zaczęto traktować pojedynki jako rodzaj zabawy, sposób zaimponowania innym, wyciszenia agresji. Wtedy bardzo modny stał się turniej, też rodzaj pojedynku. Atakowało się z koni z obu stron płotu, chodziło o zrzucenie przeciwnika z konia lub przynajmniej o solidne przyłożenie drugiemu szpadą lub inną dłuższą bronią. To nie była zabawa grzecznych chłopców – to często kończyło się tragicznie, niekiedy śmiercią.

Próby likwidacji pojedynkowania się w Europie
W Europie proceder pojedynkowania się trwał prawie całe tysiąclecie, od XI do XX w. Apogeum osiągnął gdzieś w połowie tysiąclecia, szczególnie po wynalezieniu w XVI wieku lekkiej dworskiej szpady. Ginęło tysiące liczących się w państwie ludzi. I tak w samej Francji w czasie panowania pierwszego Burbona Henryka IV (1589-1610) zginęło w pojedynkach kilka tysięcy osób mających prawo do noszenia miecza. Za jego następcy Ludwika XIII było jeszcze więcej ofiar. Ludwik XIII wydał prawo zakazujące pojedynkowania się poza turniejami. Nawet jednego zwycięzcy pojedynku pozbawił życia, ale później dał sobie spokój z egzekwowaniem tego prawa. W innych państwach powstawały podobne prawa, ale przyłapanych na “gorącym uczynku” najczęściej uniewinniano lub dawano śmiesznie małą karę nawet za zabójstwo drugiej osoby konfliktu. Pojedynki, szczególnie te typu turniejowego, zadomowiły się w mentalności elit uprzywilejowanych tak mocno, że nikt skutecznie nie potrafił im zapobiec i to aż do lat dwudziestych ubiegłego wieku. Obok polowań była to największa rozrywka możnych, bardziej podniecająca niż polowanie, bo zwierz najczęściej nie miał szans przeciw człowiekowi, a w pojedynkach równy stawał przeciwko równemu, można było stracić życie, a gdy druga osoba je traciła, ta co przeżyła nie była w opinii publicznej zabójcą, lecz bohaterem. I choć Kościół katolicki na przestrzeni wieków traktował śmierć w pojedynku jako zabójstwo, prawie nikt się nie przejmował, a purpuraci często stawali sami w szranki, by pokazać, że szata duchowna nie zrobiła z nich mięczaków, a przy okazji tej walki załatwiano te czy inne sprawy. Królowie także dawali się wciągać w tę grę, choć nie musieli, bo nikt im “nie dorównywał w honorze” – chyba że inny król czy cesarz. Niższemu rangą bez utraty twarzy można było odmówić.

Uzależnienie od turniejów
Powstała instytucja rycerzy zabijaków, błędnych rycerzy, którzy całe aktywne życie spędzali przenosząc się od turnieju do turnieju. Najbardziej znanym takim niespokojnym duchem był król czeski Jan Luksemburczyk. Gdy na kilka dni wpadał do Pragi, to nie zawsze po to by rządzić, lecz uczestniczyć w organizowanym tam turnieju. Tegoż Jana, który po upadku z konia ledwo wyszedł z życiem, ale oślepł, wyzwał na pojedynek Kazimierz Wielki, ostatni Piast na tronie polskim. Ten znany wielbiciel niewieścich wdzięków wolał przebywać w towarzystwie pań niż “na ubitej ziemi”, ale w tym wypadku trzeba było zrobić wyjątek. Chodziło tu o dwa smakowite kąski: prawo do tytułu króla Polski i władztwo nad Śląskiem. Cena nie była wygórowana i wynik pojedynku z góry przesądzony: Kazimierz wiedział o ślepocie Jana. Do pojedynku nie doszło, bo Luksemburczyk zażądał, by Kazimierz wydłubał sobie oczy, by szanse mogły być równe. Kazimierz nie miał wyboru, trzeba było wrócić do swej pięknej Estery bez aureoli bohatera. Luksemburczyk nie wyrzekł się miecza, brał udział w wojnach przywiązany do dwóch rycerzy machając szablą na oślep. W czasie bitwy w 1346 roku pod Crécy zginął w wieku 50 lat. Jakie życie, taka śmierć, bo kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie!

Pojedynkowano się teraz szukając w ten sposób satysfakcji po obrazie swego honoru, po okazaniu braku respektu damie serca, pojedynkowano się o względy dam – te wybierały zręczniejszego i silniejszego, a niekiedy robiono to bez realnego powodu, tak dla sportu.

Pandemia pojedynkowania się
Moda na pojedynki pod koniec średniowiecza i w okresie renesansu przybrała rozmiary podobne do pandemii w wielu krajach, ze szczególnym nasileniem we Francji. W okresie od Ludwika XIII do Ludwika XVI, czyli na przestrzeni prawie dwustu lat ginęło w tym kraju po kilkaset szlachciców i magnatów w niektóre lata. Nie pomagały dekrety kościelne nakładające ekskomuniki nie tylko na pojedynkujących się, ale na wszystkich uczestników tej krwawej imprezy, nie pomagały dekrety królewskie zakazujące tych praktyk pod sankcją utraty majątku, wygnania, a nawet kary śmierci. W niektórych latach strata ludzi w pojedynkach była większa niż w toczącej się w danym czasie wojnie. Była to naturalna selekcja; niestety ginęli ci, którzy zajmowali ważne pozycje w funkcjonowaniu społeczeństwa. Jak pijak bez alkoholu, czy narkoman bez narkotyków, niektórzy nie dawali sobie rady w życiu bez pojedynkowania się. Powodowali zaczepki, byli napastliwi, doprowadzili do oberwania po twarzy lub rzucenia przez osobę obrażaną rękawicy, co było wystarczającym powodem wezwania na pojedynek.

Kościół i władcy tolerowali niektóre pojedynki
W kościołach chrześcijańskich walczono z praktyką pojedynków, bo często było to zabójstwo człowieka przeciwne piątemu przykazaniu Dekalogu; Kościół katolicki pozwalał jednak na zabójstwo człowieka kiedy pojedynek wszedł w orbitę sądowego dowodu na niewinność. Gdy chodziło o udowodnienie winy, wtedy król, książęta, biskupi, opaci czy sądy, szczególnie te inkwizycyjne, nakazywały zwaśnionym osobom stawać do pojedynku: ten, który zgładził drugiego był uznany za niewinnego, bo przecież Bóg nie pozwoliłby na skrzywdzenie osoby bez winy. W rzeczywistości najczęściej przegrywała osoba pokrzywdzona, niewinna, bo często stała w hierarchii społecznej niżej od osoby krzywdzącej – krzywdziciel mógł wynająć substytuta wprawionego w zawodzie zabijania. Gdy oskarżycielem był chłop, trzeba było walczyć nie mieczem czy szpadą, lecz przy pomocy kija – oskarżony pan z herbem zatrudniał zastępczo osiłka, którego zawodem było podnajmowanie się za odpłatą do tego zajęcia. Wiadomo kto kogo wtedy zatłukiwał kijem. Innymi słowy prawda była zawsze po stronie silniejszego i bogatszego. W okresie trwania Wielkiej Inkwizycji pojedynek wszedł w orbitę ordaliów, czyli sądów bożych.

Odchodząc nieco od tematu, wymienię niektóre inne ordalia poza pojedynkiem. W próbie zimnej wody wrzucano podejrzanego do rzeki lub trzymano zanurzonego w wodzie przez jakiś określony czas. Gdy utonął, uznawano, że jest niewinny, bo woda, twór boży, nie przyjęłaby grzesznika. To, że zginął człowiek nikogo nie obchodziło, ważniejszą sprawą było dowiedzieć się czy był winnym czy niewinnym. Próba gorącej wody lub gorącego oleju to wyciąganie z tych wrzących w kotle płynów jakiegoś przedmiotu. Oczywiście wszyscy, winni i niewinni, ulegali poparzeniu, winnym uznawano tego, którego rany ropiały i nie chciały się goić. Próba gorącego żelaza miała trzy odmiany: trzeba było się przejść po rozpalonym do czerwoności żelazie, nieść je w ręku przez określony czas, lub przyłożyć dwa palce do rozżarzonenego przedmiotu żelaznego w czasie składania przysięgi, że się jest niewinnym. Podobnie jak przy próbie gorącej wody, gojenie oparzelizny decydowało o winie.

(Ciąg dalszy za tydzień)

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie.

Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.