Cichociemni

1

To grupka 316 żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych z czasów II wojny światowej, żołnierzy specjalnych, prawdziwej elity wojsk polskich
walczących u boku Aliantów z Hitlerem i Stalinem. Zrzucani byli na spadochronach do okupowanej Polski w celu walki z okupantem i do organizowania szkolenia polskiego ruchu oporu w kraju. W porównaniu z milionowymi armiami wrogów to maleńka kropla w morzu, ale kropla dzielna, skuteczna, z fantazją, taka co potrafi żłobić skały. Nie mieli specjalnych mundurów, nie mieli flagi, pracowali nad powierzonymi im zadaniami samotnie, w tajemnicy, ciemności były ich sprzymierzeńcami, bo w bezgwiezdne noce przerzucani byli na placówki w Polsce i najczęściej w ciemnościach wykonywali swoje zadania.

Pomysł stworzenia tej jednostki
Pomysł stworzenia takiej nieformalnej grupy zrodził się w głowie kapitana i inżyniera Jana Górskiego. Nabrał barw realności gdy dołączył do niego Maciej Kalenkiewicz pseudonim “Kotwicz”, zastępca majora Hubala, wysłany w grudniu 1939 r. przez niego do Francji by nawiązał kontakt z generałem Władysławem Sikorskim. Bez pomocy z zewnątrz projekt szkolenia i przerzucania do Polski specjalistów w wojnie partyzanckiej był nierealny. Dotychczas kontakty rządu z Krajem to przeważnie piesze przedzieranie się przez “zielone granice”, poprzedzone ponad tysiąckilometrową drogą przez tereny wroga. Na Francję słabą, zagubioną, rozdwojoną i dość szybko zajętą przez nazistów nie można było liczyć. Tu, jeszcze przed ewakuacją do Anglii, ci dwaj ludzie wpadli na pomysł stworzenia polskiej jednostki spadochroniarskiej, a opracowali ten pomysł w formie dwu dokumentów będąc już w Anglii: “Użycie lotnictwa dla łączności i transportów wojskowych drogą powietrzną do Kraju oraz dla wsparcia powstania” i “Instrukcja dla pierwszych lotów łącznikowo- rozpoznawczych”. Przekonali najpierw do swoich idei generała Kazimierza Sosnkowskiego, odpowiedzialnego za kontakty z Polską. On przesłał projekty i nazwiska szesnastu ochotników, tzw. “chomików”, do szefa lotnictwa polskiego generała Józefa Zająca. Na odpowiedź trzeba było czekać, bo po dwóch dalszych nagabywaniach była ciągle negatywna – trudno się temu dziwić, bo polskie lotnictwo w Wielkiej Brytanii nie miało odpowiednich samolotów, nie było gdzie szkolić tych ludzi i to od podstaw, bo tradycji spadochroniarkich w Polsce nie było: pierwsze próby w tej dziedzinie podjęto eksperymentalnie dopiero we wrześniu 1937 roku – były to skoki sportowe, nie wojskowe. Dlatego nawet do opracowań teoretycznych dla tej grupy dywersanckiej, Górski i Kalenkiewicz musieli pilnie studiować materiały wywiadowcze o organizacji niemieckich wojsk spadochronowych i stamtąd czerpać wzory i idee. Wiadomo, że na początku wojny w podbijaniu Europy na zachód od Rzeszy spadochroniarze niemieccy mieli kilka popisowych i efektownych akcji.

Anglicy akceptują propozycję
Pomysł kapitanów chyba zostałby tylko pomysłem, gdyby nie współgrał z najnowszymi pomysłami Churchilla. Stworzył on wojskową organizację dywersyjną na tyłach wroga, słynne SOE (Special Operations Executive), pierwszemu jej dowódcy polecił “podpalić Europę” i zachęcił kraje okupowane i ich żołnierzy stacjonujących w Anglii by wzmocnili jej szeregi.

To było ogromnym obciążeniem dla Anglii, bo trzeba było wspierać partyzantkę krajów okupowanych bronią i pieniędzmi; do lotów nadawały się tylko największe i najcenniejsze dla lotnictwa bombowce typu Halifax i Liberator ze względu na konieczność transportu ciężkiego cargo, no i tylko one mogły zwolnić lot do 200 km na godzinę, by precyzyjnie zrzucać ludzi i sprzęt w miejscach umówionych. Dość szybko po przeprowadzeniu się Dowództwa Polskich Sił Zbrojnych w maju 1940 r. z Francji do Anglii stworzono polski odpowiednik SOE, tzw. Oddział VI Sztabu Naczelnego Wodza. Ostatecznie do idei stworzenia jednostki spadochroniarskiej przekonał generała Sikorskiego jego przyjaciel pułkownik Andrzej Marecki, no i – “gdzie diabeł nie może, tam posyła kobietę” – córka wodza Zofia Leśniowska, komendantka Kobiecej Służby Pomocniczej, która zginęła później razem z ojcem w “katastrofie gibraltarskiej”.

This slideshow requires JavaScript.

Werbunek i motywy uczestnictwa
Już w październiku 1940 r. zorganizowano pierwszy polski kurs spadochronowy w Ringway pod Manchesterem i pierwszych 12 ochotników skończyło go w dwa tygodnie. Sprawdzianem były cztery skoki spadochronowe z wieży, w tym jeden nocny. A ponieważ wieży tam nie było, Polacy w błyskawicznym tempie sami ją zbudowali. Oddział VI przystąpił do cichego werbunku. Początkowo przyjmowano ochotników, ale była obawa, że akcja zostanie zdekonspirowana, więc zaczęto typować najlepszych kandydatów i w najgłębszej tajemnicy proponować im przeniesienie do tej specjalnej służby spadochronowej. Wybrani znikali z bazy po cichu i po ciemku w nocy. Może już wtedy tak tych ludzi nieoficjalnie nazywano cichociemnnymi zanim zaistnieli jako specjalna jednostka armii. W ten sposób zwerbowano jednego generała, 112 oficerów sztabowych, 1486 oficerów niższych i podoficerów, 771 szeregowych, 15 kobiet i 28 kurierów cywilnych, razem 2413 kandydatów. Szkolenie było nie tylko przyśpieszone ale i wyczerpujące fizycznie i psychicznie. Ostatecznie 579 osób zostało uznanych za gotowych do przerzutu, z nich 316 wyekspediowano do końca akcji, czyli do grudnia 1944 r. drogą powietrzną do Polski. Tylko ci otrzymali dumne miano Cichociemnych i nominację o jeden stopień wojskowy wyższą od posiadanego, po każdym zrzucie do Kraju. Z usługi spadochronowej skorzystał także jeden Węgier, kilku Brytyjczyków i 28 cywilnych kurierów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, wśród nich najbardziej znanym i zasłużonym był Jan Nowak Jeziorański.

Wejście do służb spadochronowych i zostanie Cichociemnym to prawie wyrok śmierci na siebie samego. W późniejszym stadium rekrutacji przed oczy każdego kandydata podstawiano statystyki, z których wynikało, że przeciętny czas przetrwania po przerzuceniu do Kraju to tylko 6 miesięcy. Mimo statystyk i niesamowicie trudnego przeszkolenia chętnych nie brakowało. Co tak ciągnęło tych przeważnie młodych żołnierzy do podejmowania takiej decyzji? Nie tylko chęć przygody, czego się nie da wykluczyć, ale to najczęściej nie był zasadniczy motyw. Przede wszystkim to wielki patriotyzm – coś, na co dzisiaj wielu Polaków patrzy wprost z zażenowaniem: ci ludzie chcieli służyć ukochanej zniewolonej Polsce jak najlepiej, najskuteczniej, a trudno sobie wyobrazić coś bardziej skutecznego czy bezpośredniego niż służba cichociemna. Tęsknota za Polską, którą opuściło się często jako jeszcze młodzi ludzie, to też poważny powód. Na spotkanie z bliskimi w Kraju nie można było jednak liczyć, bo to groziło zdekonspirowaniem i niebezpieczeństwem, nawet śmiercią rodziny. Słynny i popularny serial telewizyjny “Czas honoru” niekiedy nie liczy się z niemożliwością takich kontaktów, no ale to tylko serial, nie dokument.

Przeżyło więcej niż przypuszczano
Statystyki statystykami: Cichociemni byli to inteligentni i dobrze wyszkoleni ludzie i dlatego aż prawie dwie trzecie z ogólnej liczby 316 przeżyło wojnę. Stu dwunastu oddało życie: większość (84 osoby) w walce, niektórzy z nich schwytani i zamordowani przez gestapo. W grupie zabitych znalazło się 18 z 91 uczestników Powstania Warszawskiego. Dziewięciu zginęło podczas lotu czy skoku, dziesięciu schwytanych zażyło truciznę (słynną pigułkę L), a dziewięciu zamordowała Polska Ludowa – dziwny rodzaj wdzięczności za służbę Ojczyźnie. W postkomunistycznej Polsce najczęstszym miejscem i spotkań tych ludzi, którzy doczekali się tego wyśnionego przez nich czasu, były tereny specjalnej jednostki GROM noszącej nazwę Cichociemni, na terenie której odsłonięto 15 maja 2005 roku pomnik tych bohaterów wojennych.

Intensywne przygotowania do akcji
Szkolenie Cichociemnych było nie tylko intensywne (najdłuższe kursy trwały tylko rok), ale i różnorodne, zależne od tego, do jakich funkcji na zapleczu wroga szykowano kandydata: czy miał być w kontrwywiadzie, dywersji, być fałszerzem dokumentów itp. Kwatera Główna AK przesyłała niekiedy instrukcje jakich specjalistów najbardziej jej potrzeba w danym monencie. I tak w roku 1942 poproszono o “spec-dywersantów i wywiadowców na wschód, oraz tych obeznanych w pracach fotochemigraficznych i grawerskich”. Wszyscy Cichociemni musieli zaliczyć kursy zasadnicze, a to przede wszystkim kurs zaprawy fizycznej, strzelecki i zaprawy dywersyjno-minerskiej, walki konspiracyjnej, spadochronowy, a jednym z najważniejszych był tzw. kurs odprawowo-właściwy, gdzie skoczek układał sobie komplet logicznych kłamstw, jak fałszywe imię i nazwisko, data urodzenia, zawód (a w przybranym zawodzie trzeba się było trochę przyuczyć) itp. Z tych kłamstw, innych informacji nabytych trzeba było stworzyć rodzaj odruchu automatycznego. Podporucznik Leszek Starzyński wspomina, że kiedyś w koszarach jeden z kursantów krzyknął przez sen “action station”, drugi odkrzyknął zgodnie z regulaminem “go”, trzeci, też zgodnie z regulaminem, musiał skakać, więc… zleciał z pryczy. Mimo wszystko były wpadki. Któryś z Cichociemnych po potrąceniu Niemca na ulicy powiedział “sorry”. Skutek: aresztowanie i śmierć w mękach. U innego w czasie rewizji znaleziono bilet z metra londyńskiego, to wystarczyło, by go uśmiercić. Stanisław Jankowski “Agaton” był chory na grypę i miał 40 stopni gorączki gdy do mieszkania weszło gestapo. Szukano kogoś innego i gdy gestapowiec oddał choremu dokumenty, ten odruchowo powiedział “thank you”. Niemiec albo uznał to za majaczenie, albo udał, że nie zrozumiał, albo nie wiedział, że to słowa angielskie i tak nasz bohater wyszedł cało z opresji.

W Anglii członkowie jednostki spadochronowej nosili mundury bez jakiegokolwiek oznakowania specjalnego. Żegnali się z nimi w czasie wsiadania do samolotu, wkładali ubrania cywilne. Mieli swój specjalny Znak Spadochronowy ustanowiony przez Naczelnego Wodza gen. W. Sikorskiego w czerwcu 1941r. zaprojektowany przez grafika Mariana Walentynowicza – to orzeł z rozpostatymi skrzydłami siadający na wieńcu z wpisaną kotwicą, symbolem walki i oporu. Oczywiście nawet w Anglii tego symbolu nie noszono na mundurach, by się nie dekonspirować.

Kursy specjalne były prowadzone przez specjalistów polskich i angielskich. Było tych przedmiotów wiele. Oto niektóre: kurs wywiadu, lotniczy kurs specjalny (budowa i typy niemieckich samolotów), kursy pancerne i przeciwpancerne na sprzęcie aliantów i niemieckim, kurs łączności typu lotnik-ziemia. Ważną była nauka “dynamicznego strzelania” do pojawiających się i natychmiast znikających tarcz.

Najlepszymi adeptami do “podpalenia Europy” zaleconego przez Churchilla byli Polacy. Było ich najwięcej spośród wszystkich grup narodowościowych, wyróżniali się ogromną skutecznością, nawet fantazją “przy robocie”, dlatego mieli więcej tzw. wolnej ręki w organizowaniu akcji. I tak dowództwo angielskie bez oporów pozwoliło całej Czwartej Brygadzie Strzelców Stanisława Sosabowskiego na przeformowanie się w jednostkę spadochronową Cichociemnych. Popularnie nazywani byli “ptaszkami” w odróżnieniu od kurierów cywilnych czyli od “polityków” lub też “kociaków” (od nazwiska ministra Spraw Wewnętrznych Stanisława Kota). Osoby, które zdały wszystkie kursy były odkomenderowane do specjalnych koszar, ci, którym się nie udało ostatecznie zakwalifikować do tej wyborowej grupy wracali do swych jednostek, nikomu nie tłumacząc dlaczego przez jakiś czas nie było ich w koszarach. W specjalnych zgrupowaniach, gdzie przyszli cichociemni czekali na swoją kolej zrzutu, gdzie widniało humorystyczne zaproszenie “szukasz śmierci – wstąp na chwilę”, szlifowano swą przydatność do służby, na co nie było wystarczająco czasu na formalnych kursach, np. zakładanie min-pułapek, otwieranie zamków, włamywanie się do budynków, niszczenie urządzeń przemysłowych, cichego zabijania, umiejętności skutecznej ucieczki i skutecznego kłamstwa, poza kłamstwem życiorysowym, które wpajano im na kursach. Praktyka w wielu z tych spraw była konieczna, dlatego bez wiedzy brytyjskiej policji i służb porządkowych zaminowywano miejscowe mosty (bez ładunków wybuchowych), uprawiano wszelkie inne nieszkodliwe akty sabotażu, a gdy taki niby sabotażysta wpadał, sam musiał się wygrzebać z kłopotów bez wzmianki o przynależności do sił specjalnych SOE. Niekiedy trzeba było odsiedzić jakiś czas w areszcie.

Zrzuty spadochronowe
Wchodząc do samolotu przerzutowego, ubrani w sfatygowane cywilne ubrania z kilkudziesięcioma złotymi w kieszeni, polskimi papierosami i innymi polskimi drobiażdżkami codziennego użytku, Cichociemni i niekiedy kurierzy, czyli “kociaki”, wyruszali na swą misję.

Prawdziwy ekwipunek to hełm gumowy, kombinezon spadochroniarski, sfałszowane dokumenty dopasowane do legendy, dwa pistolety z amunicją, medykamenty wśród nich pigułka L, chyba rodzaj cianku, nóż, latarka i teczka ze zmianą bielizny i przyrządami do golenia. W pasie szmacianym ukryte były pieniądze, niekiedy setki tysięcy dolarów czy marek, z przeznaczeniem na wsparcie działalności podziemia polskiego. Samolot najpierw zrzucał ładunek (najczęściej broń) z bardzo niskiego pułapu, potem wracał na miejsce i z wysokości ok. 150 metrów zrzucał ludzi, później nieco kołował po Polsce, by zmylić ślady i wracał do bazy. Początkowo były to “zrzuty w ciemno”, miały być wszystkie w Generalnym Gubernatorstwie na terenie Polski; Cichociemni bez żadnej pomocy z zewnątrz musieli sami dotrzeć do celu przeznaczenia. Z tych czasów pochodzą statystki o sześciomiesięcznym przetrwaniu Cichociemnego po zrzucie.

Pierwszy lot odbył się w nocy z 15 na 16 lutego 1941 r. To lot ok. 1600 km, w większości nad terenami nieprzyjaciela. Gdy południowe Włochy zostały zajęte przez Aliantów, od końca 1943 r. samoloty startowały już z Włoch, z Brindisi – bo niebo było nieco mniej strzeżone i trasa była o ponad 200 km krótsza. Ostatnia akcja miała miejsce z 26 na 27 grudnia 1944 r. Ogólnie odbyto 42 operacje lotnicze. Przekazano tą drogą 35 milionów dolarów i 19 milionów marek oraz 670 ton sprzętu, z czego służby partyzanckie odebrały ok. 443 tony. W porównaniu ze zrzutami do innych krajów to bardzo mała ilość, bo do Francji zrzucono ponad 10.000, do Jugosławii 7.600, do Gracji 6.000 ton. Już w rok po pierwszych zrzutach skończyły się akcje dzikie. Stworzono dwa główne punkty zrzutu: jeden w regionie kieleckim, drugi koło Warszawy. Odpowiednie służby AK decydowały gdzie i kiedy ma nastąpić desant, w razie nieprzywidzianych trudności wyznaczano drugie, a niekiedy trzecie miejsce akcji. Na miejscu czekali ludzie, którzy przejmowali cargo, pomagali skoczkom jak najszybciej znikać z miejsca desantu i ukryć się w przygotowanych przedtem “melinach”, przejmowali od nich wszelkie osobiste przesyłki, w tym pasy z pieniędzmi, zacierali ślady. W dniu zrzutu Polskie Radio w Londynie o godz. 15.15 podawało komunikat składający się z szeregu trzycyfrowych liczb. Jedna z nich to “kaczka” wskazująca miejsce desantu. Taki sam przekaz o godz. 21.15 i 23.15 potwierdzał, że samolot jest w drodze, nie został zestrzelony, lub że zawrócił do bazy z takich czy innych powodów.

Nie wszystkie zrzuty były udane
Mimo tych wszystkich zabezpieczeń nie każdy zrzut był udany. Sygnalizacja świetlna niekiedy zawodziła i tak np. z 27 na 28 grudnia 1941 r. sześciu skoczków zamiast w Generalnym Gubernatorstwie wyskoczyło 22 kilometry wcześniej, też na terenach polskich, ale już anektowanych do Rzeszy, czyli po niemieckiej stronie granicy. Nie wiedzieli o tym. Wiatr zniósł ich do lasu. Nie mogli zniknąć natychmiast, bo dwóch z nich zawisło na drzewach, “Orawa” był poraniony i nieprzytomny. Nad ranem odnaleziono go, ściągnięto z drzewa, ocucono. Podzielono się wtedy na grupy dwóch i czterech. Dwójka niefortunnych skoczków postanowiła ściągnąć z drzew spadochrony, udali się do pobliskiej wioski po pomoc. Tam się dowiedzieli, że są na terenach zanaektowanych do Niemiec i że do granicy z GG niedaleko. Zdecydowali się nie wracać do lasu, udali się w poprzek wioski w tym kierunku, ale natknęli się na grupę Niemców. “Orawa”m mocno poturbowany lądowaniem na drzewie, nie miał nawet szansy skutecznie się bronić, został zastrzelony, drugi spadochroniarz “Amurat”, postrzelony, zastrzelił się. Czterech innych, w tym dwóch Cichociemnych i dwóch kurierów, zaaresztowała straż graniczna i odstawiła na posterunek policyjny gdzie przy pierwszej próbie rewizji osobistej spece od “strzelania dynamicznego” w ciągu ułamka sekundy położyli trupem wszystkich czterech Niemców. Polacy po kilku dniach tułaczki pod osłoną nocy dotarli do Warszawy, mimo tego, że jeden z nich, słynny “Kotwicz”, współzałożyciel Cichociemnych, był ranny od rykoszetu. On nie musiał iść pieszo, wieziono go zrabowaną chłopską furmanką.

Kochane “cioty”
Przy udanych zrzutach, już gdy się wszystko uporządkowano zgodnie z instrukcjami w okolicach desantu, opiekę nad cichociemnymi przejmowały “cioty” – często bezimienne bohaterki służb kobiecych Armii Krajowej. W miejscu przeznaczenia skoczka organizowały kwatery, przeprowadzały ich często z miejsca na miejsca dla bezpieczeństwa, uczyły realiów życiu okupacyjnego w Polsce, były idealnymi opiekunkami. Dzięki ich pomocy “ptaszki” mogły wykonywać powierzone im zadania skuteczniej, bo wszystko, co dotyczyło rzeczy codziennych jak wyżywienie, locum, kontakty itp. załatwiały kochane ciotki.

***

Pomoc Anglii i Cichociemnych dla ruchu powstańczego w Polsce była istotna. To nie tylko przerzucona do Kraju broń, pieniądze, ale wysadzanie pociągów i mostów, podrabianie dokumentów, a przede wszystkim przejmowanie kluczowych pozycji w AK i innych grupach oporu przez ludzi świetnie wyszkolonych i z dużym doświadczeniem bojowym oraz akcja edukacyjna w jednostkach partyzanckich. Wszystko to nie tylko wsparało ruch oporu, lecz ostatecznie było jednymi z wielu realnych powodów klęski nazizmu.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie.

Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

1 Comment

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.