Marsjanie atakują

0

Marsjanie to oczywiście rzekomi mieszkańcy Marsa, ostatniej planety skalistej w naszym systemie słonecznym – Ziemia jest jej sąsiadem położonym bliżej Słońca. Od drugiej strony sąsiadujemy z Wenus i Merkurym. Za Marsem znajdują się cztery ogromne planety będące kulami gazowymi. Odległość między naszą planetą i Marsem jest mikroskopijna w skali odległości kosmicznych, to tylko około 225 milionów kilometrów.

Niestety nie ma stworów podobnych do nas w systemie słonecznym
Od niepamiętnych czasów niektórzy astronomowie zastanawiali się czy planety w naszym systemie słonecznym mogą być zaludnione i odpowiadali słusznie, że jeśli tak, to najbardziej sprzyjającą planetą dla utrzymaniu na swym terenie istot żywych jest Mars. Dziś wiemy, że w naszym systemie słonecznym na żadnej planecie poza Ziemią nie ma istot nam podobnych. Na Marsie nie da się wyżyć nie tylko ze względu na panujące tam niskie temperatury (przeciętna roczna temperatura to minus 40 stopni Celsjusza, a jej skoki są ogromne), ale przede wszystkim z tego powodu, że nie da się oddychać powietrzem złożonym prawie wyłącznie z dwutlenku węgla. Mimo to panuje dzisiaj szaleństwo nie tylko podróży na Marsa, ale osiedlenia się tam na stałe, do śmierci, bo gdyby tam dotarto, nie będzie powrotu. Już tworzy się listy chętnych przesiedleńców – zdecydowanych jest już kilka setek osób.

Wojna światów
Rzeczywistość zaczęto zastępować fikcją, powstawały powieści i opowiadania o Marsjanach, wszyscy jednak wiedzieli, że to twory wyobraźni. Najsłynniejszą tego typu książką była Wojna światów Herberta George’a Wellsa – to prawdziwy klasyk w kategorii fantastyki apokaliptycznej. Ukazała się w roku 1898. Pojawiły się niezliczone przedruki i tłumaczenia na dziesiątki języków. W Polsce przetłumaczono ją już następnego roku po jej ukazaniu się w druku. Autor po mistrzowsku dozuje odczucia terroru doznawanego przez Anglików zaatakowanych przez Marsjan. Terror przeistacza się w prawdziwy horror. Nie ma obrony przed istotami o wyższej inteligencji. Mordują ludzi przy pomocy trójnożnych trzydziestometrowych machin emitujących “snopy gorąca” i by dobić tych, którzy przetrwali ten atak, emitowane są pociski z trującego czarnego dymu. Potem pojawiają się potężne wały niszczące wszelkie ślady ludzkiej cywilizacji. Gdy wprowadzono tego typu fikcję do audycji radiowych, wielu ludzi zaczęło z powrotem wierzyć, że Marsjanie istnieją i są nam bardzo wrodzy.

Atak Marsjan na Nowy Jork i okolice
Pierwszą taką audycję przygotował i wyemitował Orson Welles w 1938 roku ze stacji CBS w Nowym Jorku. Miał to być rodzaj straszaka z racji święta duchów – Halloween. Zdawał sobie sprawę, że gdyby udało mu się tak przestraszyć słuchaczy do tego stopnia, że komuś może serce odmówić posłuszeństwa i że później może mieć problemy prawne z tego powodu, zapowiedział wielokrotnie przed jej emisją, że będzie to audycja typu science fiction. Scenariusz był bogaty, liczący 60 stron. Odszedł od tradycyjnego stylu audycji radiowych, w których na tle muzycznym czytało się jakieś teksty. Zaczęto ją nadawać właśnie tak, tradycyjnie, ale w ciągu jej trwania przerywano ją wielokrotnie komunikatami mrożącymi coraz bardziej krew w żyłach. Były one początkowo ogólne i mało precyzyjne, potem groza rosła, gdy słuchacze dowiadowali się sukcesywnie, że w małej miejscowości koło Princeton w Stanie New Jersey wylądowały stwory z Marsa statkiem kosmicznym w formie walca i w bestialski sposób mordują ludność.

This slideshow requires JavaScript.

Orson Welles wykorzystał pomysły ze wspomnianej powieści H.G. Wellsa, i wzbogacając je stworzył atmosferę jeszcze bardziej makabryczną niż w książce. Przerywniki audycji rzekomymi komunikatami i radiowym łączeniem się z wyimaginowanymi świadkami wydarzeń stawały się coraz częstsze. Aktorzy w studiu zmieniali głosy na brzmiące coraz tragicznej, włączano nagrania krzyków niby to mordowanych ludzi, nawet sfabrykowano jakieś dźwięki, które miały pochodzić z wnętrza kapsuły statku kosmicznego po otwarciu klapy. By spotęgować odczucie strachu doniesiono, że najeźdźcy nie mieli wyglądu ufoludków, ale to węże zabijające swymi gorącymi wyziewami z pysków. Na miejscu katastrofy miało się zjawić 7000 żołnierzy z karabinami maszynowymi wspieranych przez artylerię i lotnictwo. Poginęli nie węże, ale żołnierze i siły wspierające. Następne komunikaty informowały o ataku na inne miejscowości i o tym, że obrona jest niemożliwa. Donoszono, że powstał przeogromny chaos w miastach i na drogach ucieczki z nich. Pod koniec audycji jeden z aktorów głosem zbliżonym do głosu prezydenta Roosevelta płaczliwie informował słuchaczy, że armia jest rozbita, że wszystko stracone i że to może być już ostatni komunikat. Powstała prawdziwa panika. Ludzie szykowali się do opuszczenia domów i ucieczki, inni gromadzili się na ulicach.

Szczęśliwym trafem nikt nie umarł ze strachu; co prawda pewien mężczyzna w Pittsburghu, po powrocie do domu, zdążył wyrwać z rąk żony truciznę. Władze przerwały nadawanie audycji w więzieniach, szpitalach i innych miejscach. Po jej zakończeniu i przekonaniu się, że to tylko fikcja, nagłośniano ten fakt na wszelkie możliwe sposoby. Zamknięto na krótki okres stację nadawczą CBS, wezwano na przesłuchania w prokuraturze jej dyrekcję i autora słuchowiska Orsona Wellsa, ale nie postawiono im żadnych kryminalnych zarzutów, wszyscy byli kryci, bo wielokrotnie przed emisją zapowiedziano ludziom, że to będzie audycja typu science fiction. Radio i teatr radiowy Wellsa o nazwie Merkury pojawiły się znowu na antenie po solennym przyrzeczeniu, że tego typu audycja nigdy więcej nie będzie emitowana. Stację ukarano jedynie w taki sposób, że musiała pokryć koszty strat i zniszczeń spowodowanych audycją, co zrobiła bez protestu, bo dochody jej zwielektrotniły się – pozyskała tysiące nowych słuchaczy po tym wydarzeniu. Nie ma lepszej promocji od negatywnej reklamy, tym bardziej kiedy trzeba za nią niewiele zapłacić lub absolutnie nic.

Marsjanie w Chile
Przykładu Orsona Wellsa na sposób podbudowania w okamgnieniu reputacji stacji radiowej nie zapomniano – podobnymi audycjami zszokowano mieszkańców Chile w roku 1944, a pięć lat później mieszkańców Ekwadoru. Twórcy audycji w Chile niewiele zmienili scenariusz Orsona Wellsa; oczywiście przetłumaczyli go na język hiszpański, dopasowali nieco do warunków geograficznych tego kraju no i trochę do mentalności jego mieszkańców. Ponieważ istniało w tym kraju prawo, że radio nie może zastraszać obywateli, więc nie zapomniano ostrzec słuchaczy, nawet dwa razy w czasie nadawania słuchowiska, że to czysta fikcja. Nie wszyscy dosłyszeli te wyjaśnienia i powstała ogromna panika, szczególnie gdy usłyszano, że Marsjanie docierają do stolicy kraju, Santiago. Zapanował powszechy chaos i histeria, drogi ucieczki ze stolicy zostały zakorkowane. Przemówił minister spraw wewnętrznych – oczywiście robił to aktor – informując słuchaczy o całkowitym zniszczeniu baz lotniczych i sił wojskowych na terenie Santiago. Jeden z gubernatorów, już nie aktor, zaczął organizować w pośpiechu oddział wojska, by dać odpór najeźdźcom. Nie obyło się bez ofiar – odkryto w Valparaiso jakiegoś elektryka, który zmarł na atak serca w czasie gdy radio nadawało słuchowisko. Były podstawy prawne, by ukarać stację radiową, ale wszystko zostało wyciszone; jedynie jej właściciele mieli zapłacić jakąś grzywnę. Opłaciło się: popularność radia no i jego dochodzy po tym wydarzeniu znacznie wzrosły.

Marsjanie w Quito w Ekwadorze
Skutki podobnego słuchowiska w Ekwadorze były bardzej tragiczne. Marsjanie wylądowali tu także w pobliżu stolicy kraju. Prowadzący słuchowisko dyrektor artystyczny radia niejaki Leonardo Paez wzbogacił nieco pomysły Wellsa i autora słuchowiska chilijskiego Williama Steela by jeszcze bardziej nastraszyć swych współrodaków. Nie musiał pisać nowego scenariusza, skorzystał z hiszpańskiego tłumaczenie Wojny światów, którą mu wręczył Chilijczyk, pracownik radia w Quito, Eduardo Alcaraz. Paez, będąc człowiekiem przewidującym i ostrożnym, polecił mu zawrzeć kontrakt z dyrekcją radia w sprawie wyemitowania słuchowiska. Niewiele w nim zmienił. Najbardziej widoczną zmianą było to, że ludzi i obiekty zaatakowało jakieś potężne monstrum otoczone dymem i ogniem. Ten ogień i dym miał dotrzeć i do niego, Paeza, powalił go to na ziemię (co zręcznie dźwiękowo wyreżyserowano) i zamknał mu usta. Paez naprawdę chciał przestraszyć wszystkich i spowodować panikę. Nie było zapowiedzi, że będzie to słuchowisko fikcyjne, były tylko niejasne wzmianki w kilku dziennikach dzień wcześniej, że prawdopodobnie pojazdy UFO wylądowały w kraju. Miało to przygotować psychicznie słuchaczy radia do tego, co usłyszą wkrótce.

Wieczorem następnego dnia, kiedy większość dorosłej ludności kraju tkwiła przy aparatach radiowych słuchając uwielbianego przez wszystkich duetu piosenkarzy, Paez wcielony w reportera złych wieści raptem przerwał audycję muzyczną donosem o lądowaniu w pobliżu Quito wojowniczych Marsjan. Audycja przemieniła się w horror reporterski o zbliżaniu się nieprzyjaciela do miasta i niszczeniu ogniem wszystkich i wszystkiego co napotykał po drodze. Przemówił minister spraw wewnętrznych opisujący zniszczenia i nieskuteczność wysiłków obronnych, oczywiście głosem aktora. Inny aktor wcielił się w mera miasta radząc mężczyznom wywieźć w góry kobiety i dzieci i wrócić do miasta, by go bronić. Wyemitowano wcześniej nagrane dźwięki dzwonów kościelnych, inny aktor wcielił się w księdza udzielającego powszechnego rozgrzeszenia wszystkim, którzy umierali lub mieli umrzeć.

Ci, którzy zaczęli wątpić w najazd Marsjan, uznali, że kraj został zaatakowany przez znienawidzonych Peruwiańczyków. Audycję przerwano, gdy zorientowano się, że wielu ludzi, nie wierząc w te brednie i czując się upokorzeni i oszukani, szykują się do ataku na budynek rozgłośni. Tłum zaatakował budynek, w którym mieściła się stacja radiowa i redakcja dziennika El Comercio. Wybito okna, podpalono budynek, nie pozwolono nikomu uciec przed ogniem drzwiami frontowymi. Gazety tego dziennika zwijano w rulony, podpalano i wrzucano do wnętrza budynku przez wybite okna. Ci, którzy znajdowali się na piętrze, próbowali się ratować skacząc przez okna lub tworząc łańcuch ludzki z piętra do ziemi. Wielu doznało obrażeń. Większość pracowników radia i gazety uciekła tylnym wejściem. Wiemy, że spłonęło żywcem przynajmniej sześć osób, inni podnoszą tę liczbę do dwudziestu. Rozwścieczony tłum pobił policjantów próbujących zaprowadzić ład i nie dopuścił strażaków do gaszenia pożaru. Dopiero czołgi, które pojawiły się przez płonącym budynkiem, i gaz łzawiący emitowany z nich rozpędziły tłum. Zaaresztowano 21 osób z radia i najbardziej bojowych buntowników ulicznych. Minister spraw wewnętrznych – tym razem ten prawdziwy – przejął prowadzenie dochodzenia. Ukarano winnych. Nie znalazł się wśród nich prawdziwy twórca zamieszania Paez. Ukrywał się przez kilka miesięcy i dopiero gdy emocje opadły oddał się w ręce prokuratury. Swoje późne ujawnienie usprawiedliwił szokiem, jakiego doznał w dniu emisji audycji. Nie udowodniono mu żadnej winy i oczyszczono z zarzutów. Przez kilka lat pracował w radiu w Quito oraz pisał artykuły do gazet. Przeniósł się do Wenezueli – tam miał te same zajęcia. Żył długo, aż do roku 1991. Zasłynął jako kompozytor około 20 popularnych piosenek. Został celebrytą w nowym kraju zamieszkania. Sześć lat przed śmiercią zaproszono go do Quito na fetę poświęcono jego osobie. Został honorowym obywatelem miasta i wręczono mu tradycyjne klucze do jego bram. Udało mi się w internecie dotrzeć do jego najpopularniejszej piosenki zatytułowanej “Tune Quitea” (melodia o Quito). Wysłuchałem jej. To wielozwrotkowa kompozycja, dość melodyjna. Nie odkryłem w niej rytmów południowoamerykańskich, przypominała mi raczej marsze wojskowe komponowane w czasie drugiej wojny światowej na zamówienie nazistów włoskich, które znam stąd, że jeden z moich przyjaciół uwielbia tę muzykę i gdy był już po jednym czy dwóch głębszych, nie miałem wyboru – będąc u niego, musiałem jej słuchać.

Dziś, niestety, nie mamy okazji do przeżywania emocji, którym poddani byli Amerykanie, Chilijczycy i mieszkańcy Ekwadoru. Uzbrojeni w tablety i smarfony możemy w ciągu kilku sekund sprawdzić stan rzeczy. Trochę mi szkoda tych czasów, życie było wtedy ciekawsze, nie brakowało emocji, były tematy do dyskusji i sporów na długie lata.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie.

Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.