Z powrotem w Ontario (23)

0

Mieszkam znowu w Ontario. Pierwszy raz dotarłem tu w roku 1988. To szmat czasu. Prawie 30 lat. Wiele się działo. Opisywałem swoje podróże. Teraz trochę wspomnień z miejsca, gdzie zaczęła się moja Kanada.

Ontaryjskie polowania – 3

Wsiadłem na ATV i pojechałem po Marka. Nie było szans bym sam mógł włożyć cielsko niedźwiedzia na bagażnik. Wróciliśmy razem. Nie mówiłem o okolicznościach, w jakich padł strzał. Nie chciałem żeby Andrzej, który polował z łukiem, stracił ducha. Andrzeja jeszcze nie było. Wrócił późno, markotny. Nie poprawił mu humoru widok mojego niedźwiedzia. Okazało się, że na jego stanowisko też wyszedł niedźwiedź. Ogromny. Andrzej nie strzelił. Nie dziwię się. Co prawda strzała potrafi zrobić większe zniszczenia niż kula, ale co gdy trafi nie tam gdzie potrzeba? Z karabinem ma się szansę na drugi strzał, huk może przestraszyć i przegnać zwierza, strzał z łuku jest bezgłośny, a na stanowisku Andrzeja umieszczonym może półtora metra nad ziemią, nie było żadnej osłony. Gdyby wkurzony strzałem niedźwiedź chciał dopaść myśliwego, co zdarzało się wystarczająco często, by się tego obawiać, Andrzej nie miałby żadnych szans.

Mój niedźwiedź był już wypatroszony i Tereska, która kiedyś prowadziła restaurację w Mississaudze, usmażyła nam jego wątrobę z cebulką. Starczyło dla nas czworga. Serce ugotowałem sam w naszym cottage’u i sam zjadłem, jak nakazuje indiański zwyczaj.

Następnego dnia postanowiliśmy pojechać na północ od Wawa, gdzie pamiętałem znajdowały się zawsze w wielkiej masie czarne jagody na dużej otwartej przestrzeni. Wielki ich wysyp już się co prawda skończył, ale może jakiś misiu o tym nie wie i się tam zabłąka. Nie zabłąkał się. Za to napotkaliśmy całą masę grzybów koźlaków. Rosły w dużych skupiskach – piękne, duże i zdrowe. Nazbieraliśmy prawie cały bagażnik. Mój następny wyjazd nastąpił niedługo potem, bo już w październiku. Tym razem już nie na niedźwiedzia tylko na łoszaka. Łoszak to taki niedorosły jeszcze łoś. Tym razem znacznie bliżej, bo w rejon nr 49, ok. 60 km na północ od Huntsville. W sumie trochę ponad 300 km. Pojechałem sam, ale gdybym coś strzelił to miałem dzwonić do kolegi po pomoc w wyciągnięciu zwierza. Wyjechałem dość późno.

This slideshow requires JavaScript.

Na miejsce dotarłem pół godziny przed zachodem słońca. Nie rozpakowałem się, tylko złapałem plecak, broń i poszedłem w las. Przynajmniej 2 godziny za późno. Miejsce, gdzie zasiadłem nie było tym, gdzie parę tygodni wcześniej znalazłem ślady łosia, ale też nie zdążyłbym tam przed zachodem słońca. Jak się można było spodziewać, nic nie wyszło na strzał. Już w ciemnościach wracałem do kabiny. Po dotarciu na miejsce okazało się, że zgubiłem ocieplaną kamizelkę, która była zatknięta za klapę plecaka. W nocy miało padać. Niezbyt rozsądnie postanowiłem pójść jej poszukać. Było ciepło więc w samej koszuli, z nożem tylko i silnym reflektorem. Reflektor okazał się za silny. Światło rozpraszało się na gęstych, pokrytych kroplami wody krzakach, powodując łunę jak we mgle.

Pierwszy sygnał, który powinien dać mi do myślenia, to wyjście na szutrową drogę zamiast na przecinkę, do której zmierzałem, a przecież znam ten teren od paru lat. Doszedłem jednak tą drogą do przecinki i zagłębiłem się znowu w las. Po paruset metrach okazało się, że ledwo widoczna droga skończyła się w kotlinie. Kończył się też reflektor. Ciemności były nieprzeniknione. Niskie zwały chmur nie przepuszczały nawet nikłego światełka gwiazd. Drogi ani śladu. Rozmyła się w gąszczu. Wiedziałem, że właściwa przecinka musi być po drugiej stronie stromego, pokrytego głazami zbocza. Światło z reflektora skończyło się definitywnie. Ruszyłem pod górę chcąc już tylko odnaleźć drogę do kabiny. Kamizelkę odnajdę jutro. Wspiąłem się na zbocze, ruszyłem w dół potykając się o głazy i zwalone pnie. I doszedłem… do tej samej kotlinki, z której wyruszyłem pod górę. Wszystko to działo się w odległości może 500 m od domku w znanym terenie. Co prawda w rejonie, gdzie przedtem nie byłem, ale?…

Wyglądało na to, że trzeba będzie budować szałas i czekać na świt. Paręset metrów od domu. Pójście w przypadkowym kierunku mogło się skończyć nawet kilkudziesięciokilometrowym marszem, zanim bym natrafił na jakąś cywilizacje, lub kompletnym zagubieniem. Noc, ciemność, wichura, znany stary niedźwiedź pętający się od lat w tamtej okolicy, zraniony dwa lata temu, gdy rozerwał ścianę domku w poszukiwaniu jedzenia. Broń w domku. Mam tylko nóż, którym mogę naciąć gałęzi na szałas. Przeszukałem jeszcze raz kieszenie i nagle… wielka ulga. Mały kompas z fosforyzującą strzałką. Byłem przekonany, że został w plecaku. Wiedziałem, że szutrowa droga znajduje się na północ ode mnie.

Ruszyłem w tę stronę wpatrując się w malutką wskazówkę, potykając, przedzierając przez krzaki jeżyn, obijając o pnie. Po paruset metrach dotarłem do drogi. Potem do samochodu i do domku. Zaraz potem zaczął lać deszcz. Zapaliłem świeczki, napaliłem w kominku, skląłem się w myślach za głupotę i poszedłem spać.

Dwie godziny przed wschodem słońca wyruszyłem na miejsce, gdzie spodziewałem się łosia. Tym razem z pełnym wyposażeniem. Deszcz to padał, to przestawał. Na miejsce dotarłem bez przeszkód. Łoś powinien się pokazać po drugiej stronie tamy bobrowej przy wodopoju. Nie pokazał się. Za to wyszły trzy łanie. Dwa tygodnie za wcześnie. Rozjaśniło się. Deszcz minął. Za to zerwała się wichura. Wróciłem do domku i ruszyłem na poszukiwanie kamizelki. Leżała 50 m dalej. Oczywiście mokra. Około 10.30 wyruszyłem znowu w las.

This slideshow requires JavaScript.

Wolno, przystając co parę kroków. Broń nabita. Jednocześnie szukam świeżych śladów jelenia. Jest ich sporo. Wybieram kilka stanowisk na przyszłe polowanie. Drzewa, na których można zawiesić “tree stand”. To już za dwa tygodnie. Wichura się wzmaga. W taką pogodę zwierzęta się nie ruszają. Nie mam wielkiej nadziei, a właściwie żadnej. Gdzieś trzasnęło z hukiem złamane wiatrem drzewo. Huraganowe podmuchy. Trzasków coraz więcej. Jeden szczególnie głośny, zupełnie blisko. Widzę walące się wielkie drzewo. Staram się przewidzieć, gdzie upadnie, by móc w razie czego uskoczyć. Gałęzie innych drzew zmieniają kierunek upadku. Gruchnęło metr ode mnie. Następne trzaski. Lepiej nie kusić licha. Żadne zwierzę i tak nie wyjdzie. Wracam. Nie ma sensu przy takiej pogodzie zostawać do wieczora. Rano muszę być w Toronto. Pakuję sprzęt i odjeżdżam.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.