Festiwal “Literacki Sopot” 2017 (1)

0

Miejska Biblioteka Publiczna oraz Miasto Sopot już po raz szósty zorganizowały Festiwal “Literacki Sopot”. W tym roku festiwal odbył się w dniach 17-20 sierpnia 2017 roku w Sopocie..Tematem wiodącym szóstej edycji była literatura hiszpańskojęzyczna.

Literacki Sopot to festiwal literatury odbywający się w jednym z najpiękniejszych kurortów nad Bałtykiem. Celem festiwalu jest promocja literatury i czytelnictwa wśród mieszkańców Trójmiasta oraz turystów odwiedzających Sopot. Na.cztery dni miasto zmienia się w prawdziwy literacki kurort, a najpiękniejsze zakątki Sopotu tętnią rytmem
literackich spotkań, warsztatów i dyskusji. Festiwal to także wspólne czytanie literatury, projekcje filmów, targi książki, a także działania z pogranicza literatury i innych dziedzin sztuki. (http://www.literackisopot.pl)

Poniżej relacja Krzysztofa Kasprzyka z Toronto, który uczestniczył w tym wydarzeniu. Jest ona nie tylko opisem spotkań i samej imprezy, ale zawiera wiele ciekawych spostrzeżeń i refleksji, które uważamy za bardzo trafne i warte zastanowienia.

Wprowadzenie

Libros y amigos,
pocos y selectos

Książek i przyjaciół niewiele,
ale dobrych

Sopockie Spotkania Literackie odbyły się po raz szósty i program był tak bogaty i zarazem ściśnięty czasowo, że nie dało rady uczestniczyć we wszystkich spotkaniach, co zmuszało do dokonywania wyboru, zazwyczaj wedle swojego czytelniczego zmysłu, a także zainteresowań popartych “społecznym temperamentem”.

W tym roku zaprezentowano cykl hiszpański, z udziałem nie tylko autorów z Hiszpanii, lecz także dwóch pisarek z krajów latynoskich – z Argentyny i Meksyku. Ponadto w ramach owego cyklu odbyły się dwie bardzo interesujące debaty na temat Europy i dyktatury. Obie nadzwyczaj trafnie dobrane, w obliczu aktualnych zmian drążących Polskę, zmian generalnie pozbawionych sensownych dyskusji, bo od lat w miejsce dialogu wlazło okopywanie się na z góry ustalonych pozycjach oraz wzajemne przekrzykiwianie (zakrzykiwanie, pokrzykiwanie, odkrzykiwanie…) okraszone nieraz chamstwem, wraz z zakłamywaniem faktów i wydarzeń, rodem z bogatego repertuaru propagandy uprawianej, z mniejszym lub większym zapałem, w wielu krajach świata. Te propagandowe zagrywki, podstępy i fortele są fałszowaniem rzeczywistości na doraźny, polityczny użytek, a także dla podtrzymywania swego widzimisię i jedynie słusznych racji. (…)

Podczas dyskusji i w materiałach publikowanych na temat Spotkań pojawiał się, jakże obecnie charakterystyczny, nowy język oparty o anglotworki czyli potworki-anglicyzmy. Natknąłem się nań już w bardzo ładnie wydanej, 67-stronicowej broszurze o Spotkaniach, gdzie wiceprezydent miasta Sopotu, witając uczestników, napisała m.in. “W czasach, które karmią się bylejakością i fakenewsem, pojawiła się tęsknota za mądrą rozmową”. Szkoda, że nie za mądrością używania poprawnej polszczyzny. W dyskusjach miejscami wyskakiwały “dizajny”, “iventy”, “faktcheckingi” i skromne “sorki”. Ale kudy temu wszystkiemu do napisu na ścianie korytarza warszawskiego metra: “Tutaj możesz umieścić swoją reklamę na outdorze”.

Zdecydowałem, że wezmę udziało we wszystkich dyskusjach i wieczorach autorskich związanych z literaturą hiszpańską i w wybranych spotkaniach.8 W godzinach porannych trwał Sopot literacki dla dzieci i młodzieży, podczas którego, w przystępnej formie, odbywały się różnorodne warsztaty: literackie, ilustracji książek, a nawet kulinariów, wszystko w hiszpańskich przyprawach i z hiszpańskimi uczestnikami, od ilustratorki Luci Gutierrez poprzez twórcę komiksów Paua (Rodrigues Jimenez-Bravo) do mistrzyni kulinarnej Soledad Fellozy. 

This slideshow requires JavaScript.

Od 11 do 20, pod olbrzymim namiotem na Placu Przyjaciół Sopotu trwały Targi Książki. Spotkania były w różnych miejscach Dolnego Sopotu, głównie w Państwowej Galerii Sztuki, teatrach Boto, Atelier i na Plaży oraz w nowocześnie wyposażonej Sopotece, która jest galerią kultury multimedialnej. “Galeria” to też nowy rodzaj potworka językowo-znaczeniowego, a powiązanego z ofensywą kapitalizmu, XIX-wiecznego w stylu, czyli rozpasanego i nęcącego różnorodnościami handlowymi. Dawniej słowo “galeria” odnosiło się do działań artystycznych, głównie plastycznych. Teraz są galerie handlowe, galerie medialne i nawet już się nie zdziwiłem znajdując na warszawskich Kabatach napis “Galeria bielizny”. Bądź co bądź majtasy i biustonosze mają wiele wspólnego ze sztuką, bo gdy piękną tarę wypełni jeszcze piękniejsze netto, to w sumie brutto tworzy zachwycającą formę. Którą latem w Sopocie łatwo zauważyć, bowiem piękne dziewczyny i kobiety snują się po Monciaku i terenach przyplażowych w oszałamiającej ilości.

Były jeszcze projekcje filmowe i występy teatralne, ale na nie tym bardziej8nie miałem ani czasu, ani siły. Przejdźmy więc do wydarzeń poszczególnych dni.

17 sierpnia, czwartek – ciepło, słonecznie, miło

Spotkanie pierwsze
Tego dnia musiałem wybrać pomiędzy spotkaniem z Martą Dzido, autorką dobrej książki i współautorką równie dobrego filmu o kobietach w Solidarności, przez lata pomijanych w gęstwie męskich działaczy, polityków i bohaterów lat Solidarności, a Arturem Domosławskim, nominowanym do nagrody Nike za książkę “Wykluczeni”. Dzido była o 15-tej, Domosławski o 16-tej. Ona na górze Monciaka, on na dole. Nie wypadało wyjść ze spotkania z Martą po pół godzinie, również nie wypadało się spóźnić na spotkanie z Domosławskim, które – przyznam – bardziej mnie interesowało ze względu na otoczkę skandalu wokół książki o Rysiu Kapuscińskim. Chciałem zobaczyć jaki jest Domosławski na żywo i jak odpowie na zapewne te same pytania, ciągnące się za nim od momentu wydania książki, a teraz jej wznowienia w nieokrojonej formie, po procesie wygranym z p. Alicją Kapuścinską. 

Jaki Rysiu był kontrowersyjny i czasem narowisty dobrze wiem, bo najpierw był moim wykładowcą w Instytucie Dziennikarstwa, a potem się mocno zaprzyjaźniliśmy. Przede wszystkim jego świetne reportaże i książki zmuszały mnie do przemyśleń i to tak zachłannych, iż pisałem na marginesach jego książek, głównie Lapidariów, liczne uwagi polemiczne lub parę słów, które miały potem zaowocować moim, dorywczym wszakże, pisaniem. A ponieważ byłem wychowany w mym domu rodzinnym w duchu tolerancji i zrozumienia dla innych, poprzez książki Rysia łatwiej dotarłem do Innych, w świecie Afryki i Ameryki Łacińskiej, co mnie bardzo wiele nauczyło i ułatwiło późniejsze kontakty w wieloetnicznej Kanadzie, a także podczas podróży do Ameryki Południowej. Bo poza okazywaniem szacunku dla Innych, bardzo się liczy pewna wiedza o ich krajach – o kulturze, obyczajach i historii, włącznie z aktualną sytuacją polityczną. To jest przerzucony most, natychmiastowe wyciągnięcie ręki. I nigdy, w czasie mych 17 lat podróży, nie spotkałem się z odrzuceniem. Z nieufnością – tak, z pewnym uprzedzeniem – także. Lecz po wymianie myśli i okazaniu sobie zwyczajnych, ludzkich uczuć, one szybko topniały.

Mała sala, na piętrze teatru “Boto” była wypełniona. Spotkanie rozpoczęło się najpierw rozmową pomiędzy autorem a Tomaszem Pindelem (rocznik 1976, tłumacz literatury hiszpańskojęzycznej, pracownik naukowy UJ – 23 przetłumaczone książki,) by potem przejść do pytań.

Domosławski ma bardzo dobre pióro i jego ostatnia książka “Wykluczeni” potwierdza jego talent i pracowitość. Domosławski, z racji wręcz zaciekłego tropienia śladów Kapuścińskiego, wliczając w to sprawy prywatne, niejako zastawił na siebie pułapkę, bo w przyszłości znajdzie się zapewne ktoś kto z ochotą sprawdzać będzie jego prawdomówność i wierność podanym faktom. Już w rozmowie z Pindelem wypłynęła sprawa Kapuścińskiego, tym bardziej że Domosławski parę razy podkreślił, iż Rysiu był jego mistrzem i wzorem, a nawet przeczytał dwa fragmenty pytając publiczność z jakiej to książki (nikt nie śmiał odpowiedzieć) i okazało się, że z “Podróży z Herodotem”.

Na bezpośrednie pytanie czy teraz, po całej fali oburzenia ze strony pewnych publicystów i autorów, a także po wieloletnim procesie z żoną i córką Kapuścińskiego, które domagały się usunięcia z książki fragmentów osobistych, ich tyczących, czy napisałby owe fragmenty inaczej, odrzekł że nie, że podałby je w takiej samej formie, bowiem zabiega o wierność faktom, z czym zgodził się w końcu wyrokujący sędzia zezwalając na drugie wydanie “Kapuściński Non Fiction” bez jakichkolwiek zmian. (…)

Zaczęto z Kapuścińskiego robić pomnik i to już za życia. A pomniki nieraz zaczynają robić się nieludzkie, a nawet jest tak po pewnym czasie, że uwieczniony na nich człowiek jakby po raz drugi umiera. Stapia się z krajobrazem; jego idee, myśli i filozofia życiowa odchodzą gdzieś daleko i wręcz zanikają w umysłach ludzi. Ten proces objął już na przykład Jana Pawła II, którego nauki poszły w las, a na dobitkę ten las się teraz wycina, więc wyparuje szybko z przeciętnej świadomości, lądując w naukowych dysertacjach i jako święta figura.

Co ciekawe, tutaj splotło się podejście do człowieka u obu – Wojtyły i Kapuścińskiego. Szacunek do drugiego człowieka, odwoływanie się do godności innych, co w obliczu także słów papieża Franciszka, odnoszących się do uchodźców, stwarza wrażenie wzrastającej ksenofobii i ordynarnego rasizmu, w totalnej opozycji wobec długiej tradycji naszego wygnaństwa i uchodźctwa przed różnego rodzaju reżimami gnieżdżącymi się w Polsce. A także przypomina, jak byliśmy przyjmowani w krajach schronienia, doceniani za walkę o wolność naszą i waszą i porządną pracę na rzecz nowego kraju.

Pierwszą, niepokojącą zmianę w tym podejściu zauważyłem w 1982 roku, gdy mieszkałem w Berlinie Zachodnim. Na pierwszym, licznym zebraniu mieszkających tam Polaków po wprowadzeniu stanu wojennego, można było odczuć atmosferę niejakiej zarozumiałości, przejawiającej się w słowach – należy nam się (bo Solidarność, bo stan wojenny, bo my Polacy), gierojom współczesnej Europy, która jak zwykle nas nie rozumie i wykorzystuje. Stosunek życzeniowo- roszczeniowy trwa w Polsce do dzisiaj, wzmocniony pazernym kapitalizmem na dorobku, z całym bagażem jego negatywnego inwentarza, wzmacnianego korupcją i szeroko rozpowszechnionym kombinatorstwem. Wtedy, na spotkaniu Polaków w Berlinie, roszczenie osięgnęło swój szczyt w słowach pewnego osobnika: “Dlaczego ci bylejacy Turkowie mają taką pomoc, a my nie?”.

Być może ma rację pewna młoda osóbka mówiąc, że kiedy przeczytała książkę Domosławskiego, Kapuściński stał się dla niej bardziej ludzki, wraz ze swymi słabościami, lękami i konfabulacją. Jednakże należy sobie postawić pytanie, jak się czują żona i córka Kapuścińskiego w tym całkowitym obnażeniu męża i ojca? Jak daleko i głęboko można sięgać w życie człowieka, bo przecież każdy z nas ma swoje tajemnice i nie chciałby aby były one brutalnie odsłonięte?

Odnoszę wrażenie, iż Domosławski poszedł za ciosem, bo po odkryciu podkręcenia przez Rysia pewnych faktów, a nawet zmyślania, dla udowodnienia jak wielkie było w nim pęknięcie, sięgnął do jego spraw prywatnych. Miały one w ten sposób pogłębić i potwierdzić tezę o jego niesolidności oraz wzmocnić otwarcie postawione przez Domosławskiego votum nieufności wobec pisarza-reportera. Mimo tego, że był nim zafascynowany i jest do dzisiaj. Nie podejrzewam bynajmniej Domosławskiego o tani zabieg lub fałsz, gdy mówi, że Kapusciński jest jego mistrzem. Jest to pewnego rodzaju ambiwalencja i może tu wchodzić także w grę coś typowego – symboliczne ojcobójstwo, tak częste wśród artystów, szczególnie pisarzy.

Niestety ziarno padło na bardzo żyzny grunt, bo gdy do tego dodamy ujawnione powiązania z wywiadem PRL-u i ogólne uwikłania w pisaniu owego czasu, natychmiast znajdzie się stado hien, które szczerząc zęby będzie z lubością sekować każdy szczegół życiorysu, oceniając go oczywiście z dzisiejszej perpektywy, gdy nie tylko rozum, ale i odwaga bardzo staniały. Mnóstwo osób zajmuje się oddzieraniem kuponów z przeszłości, włącznie z bezczelnym zawładnięciem znanymi symbolami, dorabiając ideologię walki, w wielu przypadkach walki z cieniem. Dzisiejsze stare obrzympały w moim wieku i nieco młodsze, które nie zdołały się załapać na walkę w latach 80-tych, których postawa i postępowanie w latach komuny było stuprocentowym komformizmem, nie dość że ugrzęźli w łzawych wspominkach młodości, to przesiąknęli faryzeuszowskim podejściem do innych, a głównie samych siebie. Przeinaczają, wybielają siebie nie na zasadzie pokajania i stanięcia odważnie wobec prawdy, ale czynią to przeważnie przy pomocy chamskiego obnażania i sekowania innych. Najchętniej tych najbardziej znanych, bo jak powiedział Janusz Głowacki, najgorzej być w Polsce człowiekiem sukcesu, a już nie daj Boże uznanym na Zachodzie.

Dotychczasowe książki Domosławskiego, jego znajomość języków obcych ułatwiająca docieranie do bohaterów tekstów, styl jego reportaży wyraźnie ukazują, że mamy do czynienia z reporterem solidnym i zdolnym. I książka o Kapuścinskim nie jest, jak niektórzy z uporem twierdzą, trampoliną, z której się wybił i stał się znany. Bez wątpienia narobiła wokół niego wiele zamieszania trwającego latami, lecz zarazem wzbudziła, jakże potrzebną, dyskusję o granicach w reportażu – prawdy, przytaczania faktów, drążenia losu bohaterów z niezapominaniem o zasadach etyki, czyli pełnego uszanowania dla osób przepytywanych lub/i opisywanych. Wieloletnia dyskusja o reportażu z czasów PRL-u – dziennikarski czy literacki, postacie autentyczne czy zlepione z paru jako postać symboliczna (polemika Wańkowicz – Kąkolewski) – przeniosła się na pola reporterskiej uczciwości. Dziś już nikt nie zarzuca reporterowi okraszenia tekstu poezją, mini-esejem, dokumentem; nie domaga się określenia czy jest dziennikarzem uprawiającym reportaż czy też literatem, bo obie rzeczy można spokojnie połączyć i podbudować wysokim poziomem formy.

Dziś reporterzy w wieku średnim i młodzi, mając na uwadze karygodną sensacyjność wzmacniającą oglądalność/poczytność, a także idącą za tym walkę o pieniądze i to na różnych poziomach (indywidualnym i redakcyjnym, w koncernach medialnych nimi sterujących, a wszystko w ciasnym kokonie wszechwładnych reklam), zachłannie patrzą na pióra kolegom. Czy nie skłamali, nie oszukali, nie wymyślili.

Nie mam nic do powiedzenia o nowej książce Domosławskiego “Wykluczeni”, bo jej nie przeczytałem. Ale wiem, że ją kupię i z uwagą przeczytam.

This slideshow requires JavaScript.

Spotkanie drugie
Wieczór hiszpańskiej autorki Almudeny Grandes otwierał czterodniowy cykl nazwany Coversaciones literarias. Pisarka, felietonistka słynnej gazety “El Pais”, zadebiutowała w 1989 roku skandalizującą powieścią “Lulu”, ukazującą dojrzewanie seksualne młodej dziewczyny. Niektóre osoby twierdzą, iż często się rumieniły w trakcie czytania tej książki. Obecnie Grandes przedstawiła swoją ostatnią powieść z 2015 roku (przetłumaczoną na polski w 2017) “Pocałunki składane na chlebie”, która opisuje ludzkie losy w jednej z dzielnic Madrytu, w trakcie toczącego ją kryzysu ekonomicznego. Kryzys w Hiszpanii, tak jak w wielu innych krajach, za przyczyną cynicznych kombinatorów i spekulantów giełdowych w większości z Wall Street, objął wiele krajów na świecie. Gdy byłem w marcu tego roku w Japonii, mówiono mi, że jego skutki odczuwane są do dzisiaj. Podobnie było w latach 2011 i 2014, gdy podróżowałem po Argentynie, Boliwii, Peru i Chile.

Dla Hiszpanii, a także Portugalii, był to wielki szok, bowiem rozkręcona koniunktura, po latach autorytarnych rządów w obu krajach (Franco, Salazar), wzmocniona przystąpieniem do Unii Europejskiej, znacząco podniosła poziom życia. A tu nagle krach włącznie z popadnięciem w biedę warstw średnich. Przeto zaczęło się narzekanie, rozważanie skutków bez, co bardzo charakterystyczne dla ludzi, szukania przyczyn, węszenie kozła ofiarnego, sił wrogich, ciemnych i obcych. I oczywiście podejrzenie najpierw padło na Unię, potem na korupcję rodzimą, aż po paru miesiącach wynurzył się Lewiatan manipulacji i spekulacji, usadowiony w bankach. Jednakże te parę miesięcy uzmysłowiło ludziom, że nie po raz pierwszy wpadli w biedę, że radzili sobie przecież za czasów Franco i zaczęto się w dzielnicy organizować, pomagając sobie wzajemnie.

Almudena użyła do określenia tego procesu słowa “solidarność”, tak, przez małe “s”, bez politycznych i żłobowych powiązań, bez głupich kłótni i zaciekłego odrywania kuponów od przeszłości. Po tym słowie, w dużej sali w Państwowej Galerii Sztuki powiał nagle wiatr historii i z sentymentalnym jękiem zamarł nad głowami nieco przytłoczonych tym ludzi. Tak jakby po latach przyszło do tej sali echo dawnej spolegliwości, echo wzajemnego wzmacniania się, poszanowania i właśnie wspierania. Bezinteresownego.

Lecz dziś już nowe czasy, postmodernizm pokomunowy, powrót starych, a tak dotkliwie zaniedbanych wartości, ujawnianie i obnażanie, wzmacnienie i powstawanie, może nawet z kolan. Ale zarazem wiele tamtych odruchów, ze stosunkiem życzeniowym do życia, władz i Bóg jeszcze wie kogo, na czele. Z tym: “daj”, “należy mi się”, “zasłużyłem”, “masz pomóc”. Bo oto w części zadawania pytań wstaje paniusia w wieku średnim i pyta “To wyście wiedzieli, że to kryzys jest? I co Unia zrobiła, jak Wam pomogła?”. Almudena nieco się zdumiała i mimo swego hiszpańskiego temperamentu spokojnie odrzekła “Zorientowaliśmy się, że jest poważny kryzys. Dlatego zorganizowaliśmy się i zaczęliśmy sobie pomagać”.

Potem znów zeszło na banki i na Unię i kolejna średniowieczna, pardon, średniowiekowa paniusia rzekła tak: “Bo to źle zorganizowane i przeciw ludziom. Unia powinna każdemu zapewnić pracę i dać po samochodzie”. Czy to niczego Państwu nie przypomina, nie pobrzmiewa znajomo? Ba, swojsko. Almudena Grandes znów spokojnie odpowiedziała: “Tak, nie wszystko, a nawet wiele w tej Unii nie gra. Dlatego się zorganizowaliśmy nie czekając na Unię, ani nasz rząd. Wie pani, ja też bym tak chciała. Ale to co pani powiedziała to utopia”.

I tym optymistycznym akcentem zakończyło się spotkanie, które ja z kolei zakończyłem kupieniem książki Almudeny. I to bynajmniej nie “Lulu”, choć wydano ją w Polsce 14 lat temu.

18 sierpnia, piątek – dzień nader soczysty spotkaniowo, dalej pogodny, z okresowymi zachmurzeniami

Pierwsza debata
Rano wymiana esemesów z panią Martą Jordan, tłumaczką literatury hiszpańskojęzycznej, która jeszcze jako studentka iberystyki na UW brała udział w organizowanym w DKF “Kwant” sympozjum pt. “Film i literatura latynoamerykańska”. I z tego powodu spotykała się później z Cortazarem i przetłumaczyła jego książkę “Niespodziewane stronice” będącą zbiorem opowiadań, esejów i tekstów publicystycznych, odnalezionych w kilka lat po śmierci argentyńskiego pisarza. Jego szuflady nigdy nie były puste…

O 13-tej w PGS miała miejsce debata zatytułowana “Europa wspólnotowa i narodowa. Dwie filozofie: Miguel de Unamuno i Jose Ortega y Gasset”. Ze strony hiszpańskiej trzy profesorskie znakomitości: CJavier Zamora Bonilla – doktor nauk politycznych i dyrektor naukowy Fundacji Jose Ortegi y Gasseta – Gregorio Maranona w Madrycie, Maria Isabel Ferreiro Lavedan – doktor socjologii, związana z tą samą instytucją madrycką (tu ośmielam się wtrącić z takim spostrzeżeniem – pani profesor promieniowała nie tylko mądrością i wiedzą, lecz także ognistą, hiszpańską urodą; jak poprawiała włosy to aż iskry szły…) oraz Manuel Menendez Alzamora, doktor nauk prawnych i politycznych z Uniwersytetu w Alicante. CDebatę ze strony polskiej prowadziła dr. hab. Dorota Leszczyna z Uniwersytetu Wrocławskiego. Skład nader naukowy, lecz nikt z nich bynajmniej nie zanudzał, wręcz przeciwnie.

Zanim przejdziemy dalej trzeba nieco powiedzieć o tym jakie postawy reprezentowali dwaj słynni Hiszpanie – Unamuno i Ortega y Gasset, postawy odnoszące się do miejsca i roli Hiszpanii w Europie. Pomiędzy nimi trwał intelektualny, paroletni spór dotyczący Europy i silnie oddziaływujący na hiszpańską filozofię, nie tylko tamtego okresu (początki wieku XX; Unamuno zmarł w 1936, a Ortega w 1955). W wypowiedziach gości z Hiszpanii, a następnie uczestników dyskusji, zabrakło mi wskazania pewnej daty granicznej, która głęboko do dziś przeorała hiszpańskie społeczeństwo – wojna domowa z 1936 roku i następująca po niej dyktatura Franco.Tym bardziej że podczas wojny domowej Hiszpania stała się poligonem doświadczalnym dwóch totalitaryzmów: faszystowskiego (głównie nazistowskiego) – niemiecki dywizjon lotniczy “Condor” i bombardowanie Guereniki przy współudziale dywizjonu włoskiego – i komunistycznego – spenetrowane przez NKWD Brygady Międzynarodowe oraz eliminacja socjalistów przez bojówki komunistyczne.

Na obu myślicieli próbowały się powoływać dwie strony sporu w czasie wojny domowej i w następnych latach reżimu Franco. Trudno wyrokować jak wydarzenia 1936 roku wpłynęłyby na Unamuno, bo już nie żył.

Mniemam, że zapewne by pogłębiły jego tendencje izolacjonistyczne. W gorszym położeniu był Ortega, który nie tylko przebywał przed I wojną na studiach w Niemczech i był zafascynowany niemiecką kulturą, lecz także przejął wiele ze stylu myślenia ówczesnych niemieckich filozofów (Natorp, Simmel) i stał się neokantystą. Po latach wyzwolił się z tego gorsetu i stworzył swoją filozofię nazwaną racjowitalizmem. Było to przekonanie, iż rzeczy można poznać tylko racjonalnie i że nasze życie jednostkowe jest jeno fragmentem na wielkim obszarze stworzenia. Gasset zwalczał faszyzm i był republikaninem, co po upadku republiki doprowadziło do jego dziesięcioletniej emigracji. Po powrocie do kraju odmówił objęcia stanowiska uniwersyteckiego i poświęcił się pracy naukowej. Większość rozpraw naukowych z tamtego czasu ukazało się dopiero po jego śmierci.

W wystąpieniach hiszpańskich profesorów nie pojawiło się podkreślenie wpływu, poza izolacjonizmem gen. Franco, obu wojen światowych. Nie sądzę, iż Hiszpania za Franco była całkowicie odcięta od świata, jak pewne kraje komunistyczne czy dzisiejsza Północna Korea. Wiadomości, nowości kulturalne docierały przecież także za Żelazną Kurtynę. Zbyt często zapominamy jaki do dzisiaj ma na nas wpływ, nie tylko II wojna światowa i zimna wojna, lecz również I wojna i struktury imperialne wieku XIX, z imperium Zjednoczonego Królestwa na czele. Dzisiejsze kłopoty na świecie zrodził imperialny wiek XIX w., a potem tragiczny bandytyzm wieku XX redukujący człowieka do numeru w obozie pracy lub obozie koncentracyjnym.

Przy analizie ostatnich 28 lat niepodległego istnienia Polski, wielkie zmiany gospodarcze, połączone z wyraźną poprawą infarastruktury i poziomu życia nie mogą nam przesłaniać faktu, że przeorana komunizmem mentalność bynajmniej nie ustąpiła, a co dopiero zniknęła. I nie mam tu na myśli tylko byłych aparatczykow z nomenklatury czy pracowników aparatu represji. W Hiszpanii, po 42 latach od końca dyktatury w dalszym ciągu, co pewien czas, wylatują trupy z szafy. Nie wiem, czy to jest dla nas jakieś pocieszenie lub wskazówka by uzbroić się w większą cierpliwość. Tym bardziej że poziom dyskusji w Hiszpanii, poziom demokracji i wyrobienia polityczno- społecznego przewyższa nasz o całą głowę.

Ich rozliczenie z przeszłością odbywa się na ogół w spokojniejszy sposób (przy ich temperamencie!!), a przede wszystkim ze zrozumieniem. Uważnie wsłuchują się w głosy obu stron sporu, w głosy różnych generacji, w celu znalezienia nie różnic, pogłębionych bezmyślną zaciekłością i jakąś wręcz psychopatyczną nienawiścią, lecz punktów zbieżnych, wspólnych. Mimo czasem zasadniczych rozbieżności próbują pojąć drugą stronę i przerzucać mosty, bez szermowania krzywdzącymi opiniami. Próbują zrozumieć uwikłania szarego człowieka w reżimie (systemie), szczególnie ludzi aparatu władzy, pisarzy czy artystów. Okres przeszło 40 lat dyktatury w obu krajach obejmuje przecież dwa, w pełni dojrzałe, pokolenia. Które automatycznie wpływają na następców, na kształtowanie współczesnej kultury politycznej i zasad życia społecznego.

Na to, w obu krajach, nakłada się instytucja Kościoła katolickiego, który menadruje pomiędzy pragnieniem władzy, nie tylko niestety duchowej i aż duchowej, co przynosi często przykre konsekwencje dla całego społeczeństwa. Wystarczy przyjrzeć się organizacji Opus Dei w Hiszpanii i zadziwiającym, a zarazem straszliwie niefortunnym, decyzjom i wystąpieniom polskiego Kościoła w ostatnich 20 latach. I w tych wszystkich elementach tkwiła największa wartość konfrontacji doświadczeń hiszpańskich z polskimi. W obliczu kryzysu Unii Europejskiej, przeżerającej nas biurokracji, pazerności władzy i pieniądza, obejmującej większość partii i instytucji społecznych. Jeśli dodamy działalność mass mediów ogłuszających i ogłupiających ludzi zalewem informacji, głównie sensacyjnych, dodatkowo zafałszowanych i utopionych w gęstym sosie kompletnie kretyńskich reklam, otrzymujemy niezły pasztet, jaki sobie wypiekliśmy na początek XXI wieku. (…)

Powaga płynąca z obecności naukowców wpłynęła na widownię i dyskusja była nieśmiała, wręcz letnia. Tak jakby ludzi nieco oszołomiła panorama dziejów Hiszpanii i spokojne rozważanie za i przeciw Europie oraz brak wyraźnego hołubienia substancji narodowej, zwanej u nas obecnie suwerenem, z podkreślaniem idących, z podgniłego i bezradnego Zachodu, zagrożeń. O uchodźcach nie padło ani jedno słowo. Wszyscy starannie omijali ten temat. Miłosz miał rację gdy napisał, że wśród ludzi “panuje strach przed myśleniem na własny rachunek”. Idea dogadywania się i przerzucania mostów też jakby onieśmielała. Jak to teraz zrobić, gdy sytuacja zaszła już tak daleko i po ulicach spaceruje łyse i zadziorne, jeśli nie agresywne, w narodowo-patriotycznych wdziankach upstrzonych symbolami walki i cierpienia? Lub profesor dostaje po głowie w tramwaju za to, że rozmawia z niemieckim kolegą po niemiecku. A minister znany z “Ucha Prezesa” nie tylko nie reaguje, ale broni. Narazie nieśmiało, lecz może warto zaczekać co będzie dalej.

Moje uwagi ograniczę do następujących spostrzeżeń na kanwie profesorskiego spotkania. Poza wspomnianym brakiem wpływu dwóch Wielkich Wojen zabrakło mi wypunktowania zasadniczej różnicy pomiędzy doświadczeniami polskimi a hiszpańskim. Polska nigdy nie była imperium. Powiązania z Litwą i wspólna ofensywa na wschodnie ziemie (Białoruś, Ukraina) wytworzyła pojęcie Ojczyny Wielonarodowej. Pozostawmy w tym miejscu rozważania co do sposobów realizowania tej polityki i dalszych reperkusji aż do wieku XX. Polacy nigdy nie wyprawiali się daleko w celu zdobycia kolonii i podbijania jakiś ludów. Z tego powodu, mimo wielkości i różnorodności etnicznej państwa, byliśmy raczej organizmem zamkniętym, tkwiącym w pewnej izolacji i owej słynnej sarmackości, polegającej na starannym hodowaniu swoich zalet i wad, włącznie z ksenofobicznymi uprzedzeniami. Inni byli dla nas naprawdę dalecy i egzotyczni. Obcy i niezrozumiali. Natomiast umysłowość hiszpańska została przeorana przez niemal pięć wieków nieustannych kontaktów z obcymi, włącznie z powolnym przyswajaniem innych kultur i obyczajów. Mimo wszelakich okrucieństw w koloniach i wyniszczających wojen w Europie, czasem prowadzonych w podobnie bezwzględnym stylu (vide – piekło Niderlandów na obrazach Boscha), Hiszpanie z Innymi byli o wiele bardziej oswojeni.

Kolejne moje spostrzeżenie dotyczy osobowego przesunięcia teraźniejszych akcentów i celów dyskursu o ważnych problemach Europy czy świata. Dyskurs się wymknął z uniwersytetu, pism naukowych czy konferencji i hasa po telewizji i innych, totalnie spolaryzowanych mediach. W miejsce intelektualistów czy filozofów wleźli nachalni publicyści i miałcy politycy, z nonszalancją mieniący się ekspertami, specami i szybkimi naprawiaczami wszelakich bolączek rodzaju ludzkiego – bylebyście tylko na nas zagłosowali a będzie dobrze.

Chwała organizatorom debaty, że zatytułowali ją Europa wspólnotowa i narodowa. Wstrzyknęła nieco optymizmu, że nie jest tak źle i warto dalej dyskutować. Co by to dopiero się działo, gdyby tytuł brzmiał – Europa wspólnotowa czy narodowa.

Krzysztof Kasprzyk
cdn
Foto. Bogna Kociumbas

Poleć:

O Autorze:

Contributor

Materiał nadesłany do redakcji.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.