Z powrotem w Ontario

0

Wróciłem po dziewięciu miesiącach pobytu w Polsce w roku 2008 do Calgary. Teraz mieszkam z powrotem w Ontario, gdzie w roku 1988 zaczęła się moja kanadyjska przygoda. W Ontario mieszkałem dłużej niż gdziekolwiek indziej, włączając to czasy przed Kanadą. 

Teraz więc będzie o Ontario, pięknej prowincji, której wielu tak naprawdę nie zna, mimo że tu mieszkają.

Wizyta z Polski – 5

Jestem z dwoma dziewczynami, Elizą i Asią na dziesięciodniowej wyprawie na północ Ontario. Asia przyleciała z Polski i jej marzeniem jest zobaczyć dziką Kanadę. Ja, na prośbę Elzy, jej koleżanki z lat szkolnych, mam te marzenia spełnić. Dzisiaj kolejny odcinek:

Wyjeżdżamy z Wawa o świcie. Co prawda do miasteczka Marathon jest tylko ok. dwustu kilometrów, ale będę na nieznanym terenie, który widziałem tylko na sztabówce (to taka dokładna mapa topograficzna), a właściwie na kilku połączonych razem. Teraz można to obejrzeć na zdjęciach satelitarnych. Wówczas były one bardzo rozmyte i niewyraźne. Po godzinie ósmej wjeżdżamy do Marathon. Populacja niewiele ponad trzy tysiące mieszkańców. W odległości 40 km na wschód znajduje się kopalnia złota. W małym sklepiku kupiłem wodę do picia na kilka dni. Co prawda zawsze mam na wszelki wypadek tabletki do odkażania wody z jeziora czy potoku, czy nawet z kałuży, ale każdy, kto spróbował takiej odkażonej wody nie będzie się do niej garnął, chyba, że musi. Pogoda była jak wymarzona. Niebo z pierzastymi obłokami, niezbyt gorąco, ale i nie zimno.

This slideshow requires JavaScript.

Jedziemy szutrową drogą na północ od Trans-Canada Hwy. Mija dziesięć kilometrów, dwadzieścia, czterdzieści. Po prawej stronie pojawia się rzeka. Przejeżdżamy nad nią po dziwnym moście (dwie potężnej średnicy rury przysypane żwirem. Zatrzymuję się, sprawdzam mapy. Jadę jeszcze kilkanaście kilometrów. Wydaje mi się, że widzę zarośniętą drogę, a właściwie ścieżkę odchodzącą w stronę rzeki. Zostawiam przyczepę na drodze i wjeżdżamy tam. Może to kiedyś była droga, teraz na pewno już nie jest. Łamię małe drzewka zderzakiem by przejechać dalej. Wydaje mi się, że słyszę rzekę. Nagle hamuję ostro. Z przodu strome urwisko. Owszem znalazłem rzekę, ale dostać się do niej to chyba tylko na spadochronie. Widać, że było tu przed laty jakieś obozowisko. Leżą zardzewiałe części żelazne nie wiadomo, od czego. Wszystko to stare, musi mieć dziesiątki lat. Udaje mi się zawrócić. Nie zaczepiam jeszcze przyczepy, chcę najpierw znaleźć jakieś miejsce do biwakowania. Po kilku nieudanych próbach przejazdu przez zarośla nagle maska jeepa staje nad płynącą wodą. Płynie po drobnych kamieniach. Widać wyraźnie dno. Nie jest głęboko, może 20 cm. Dziesięć metrów dalej, porośnięta gdzieniegdzie niskimi krzakami wysepka. Decyduję się. Wracamy po przyczepę i razem z nią przejeżdżam przez wodę na wyspę. Jest już po południu, ale nie dużo. Rozbijam dwa namioty. Dziewczyny układają z kamieni palenisko. Drewna na ogień nie brakuje. Leży tego mnóstwo naniesione przez nurt rzeczny. Zostaniemy tu kilka dni. Elza ma doświadczenie z namiotowych campingów. Jest doskonale zorganizowana. Asia pomaga jej w urządzeniu naszego małego obozowiska. Ja siadam na canoe i wypływam na rzekę by złowić coś na obiad i na kolację. Nie mam, co prawda wielkiej nadziei, bo wędkarz ze mnie marny, ale może się uda. Rzeka rozlana jest tutaj szerzej. Zatamowana w dole głazami tworzącymi naturalną tamę, tutaj jest głęboka i bardzo powolna. Płynę powoli, ciągnąc za sobą żyłkę z „błystką” (tak się to chyba nazywa, ale nie jestem pewien). Nagle żyłka zesztywniała. Szarpnąłem! Coś się tam przyczepiło. Może korzeń? Nie miałem trudności ze zwijaniem kołowrotka, więc chyba nie ryba… A jednak… Był to piękny muskie. To taka ryba podobna do szczupaka tylko dorastająca do potężnych rozmiarów. Ten nie był może bardzo potężny, ale wystarczył i na obiad i na kolację. Miał piękne seledynowe mięso, które przy smażeniu robiło się lekko błękitne. Było tek świeże, że podskakiwało na patelni, gdy smażyła je Elza. Ależ to było dobre… Zapowiadał się super czas. Wieczór spędziliśmy przy ognisku, piekąc kiełbaski i popijając czerwone wino schłodzone w rzece, dopóki nie zapadła noc. Gwiazdy na bezchmurnym niebie były spektakularne. Nigdy nie będziemy w stanie zobaczyć tego w pobliżu miejskich skupisk. Kolejny dzień spędziliśmy na poznawaniu okolicy. Wybraliśmy się między innymi poza naturalną tamę z głazów. Woda tam kipiała i rwała do przodu z hukiem odrzutowca. Po kilkuset metrach rzeka znowu rozlała się szerzej i uspokoiła. Kątem oka, po drugiej stronie zauważyłem nieznaczny ruch. Za zaroślami zamajaczył nieuchwytny cień. Położyłem palec na ustach i wskazałem dziewczynom kierunek. Spełniało się kolejne marzenie Asi. Na drugim brzegu ukazał się wilk. Czas mijał leniwie. Dziewczyny postawiły nad wodą totem, zrobiły kolację, wieczorem wypiliśmy kolejne czerwone wino… Nie wiem co mnie obudziło tuż przed świtem. Wstałem szybko, wziąłem sztucer i wyszedłem na zewnątrz namiotu. Coś się zmieniło…, ale co? Rozglądam się uważnie i nagle…, już wiem! Szybko uniosłem sztucer do ramienia. Strzeliłem raz, przeładowałem, drugi strzał. Dziewczyny wyjrzały z namiotów przestraszone. „Pakujemy się, szybko, bo będzie kłopot! Duży kłopot!” – mówię. Nawet nie próbuję składać namiotów. Wyrwane „śledzie” pryskają dookoła. Wpycham wszystko na przyczepę. Elza i Asia zbierają sprzęt i też rzucają bezładnie na przyczepę. Na wierzch idzie canoe. Stopy już chlupią w wodzie. Wskakujemy do jeepa. Na szczęście nie odczepiałem przyczepy, i zawsze parkuję przodem do wyjazdu. Tu ważna była każda sekunda. Wysepki już prawie nie widać. Podnosi się woda. I to szybko. Na pierwszym biegu, na wysokich obrotach silnika zanurzam się w przesmyk między stałym lądem. Woda dochodzi do drzwi. Słychać tępe bulgotanie rury wydechowej, która znajduje się już pod wodą. Nie mogę odpuścić gazu, bo silnik zgaśnie i już nie wyjedziemy. Dobrze, że przesmyk krótki. Jeep wyciąga się na drugi brzeg… Udało się. Nie wiem, co spowodowało ten nagły przybór wody. Deszczu nie było. Może puściła jakaś tama w górze rzeki. Nie wiem, co mnie obudziło. Mieliśmy szczęście. Wyspy już nie ma. Tylko krzaki sterczą ponad wodą. No cóż, natura zadecydowała za nas. Wracamy do domu dzień wcześniej. Asia była zachwycona wyprawą. Mówiła, że ma tylko jeden problem: czy jej w Polsce uwierzą…

Jednym ciągiem dojechaliśmy do Killbear Park nad Georgian Bay i tam zatrzymaliśmy się na noc na polu namiotowym.  Rano do Mississauga.

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.