Śluza wolności Waldka Dąbrowskiego (2)

0

Wygrać nowe życie


Waldek Dąbrowski… Kto to taki? Człowiek zwyczajny, jednak niepospolity. Ujmujący i łagodny, a zarazem stanowczy, zdecydowany. Wykształcenie zakończył na poziomie technikum, a jest zapraszany jako wykładowca na uniwersytety. Niektórzy mówią, że jest szalony, nieobliczalny. Zapytany o słynną metodę Waldemara Dąbrowskiego pewien profesor Uniwersytetu Toruńskiego z uśmiechem odpowiedział: “…tak, w tym jego szaleństwie jest metoda”.

Śluza wolności Waldka Dąbrowskiego (1)

Na zaproszenie Waldka Dąbrowskiego odwiedziliśmy w lipcu stworzone przez niego dwa ośrodki readaptacyjne dla byłych więźniów, ten starszy w Toruniu, i drugi, najnowszy – w Grudziądzu. Przyjęci serdecznie i po staropolsku nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że jesteśmy świadkami cudu. Cudowne również były chwile spędzone razem podczas zwiedzania przepięknego Torunia, mając za przewodników samego Waldka oraz Emilkę – doktorantkę z Uniwersytetu Toruńskiego. Od tego czasu minął miesiąc i ponieważ kończy się kanikuła uznałem, że nadszedł czas na podsumowanie wizyty.

Tymczasem wydarzenie goni wydarzenie, a najważniejsze z nich tak podsumował sam Waldek Dąbrowski:
– 16 sierpnia minęło 8 lat od założenia przeze mnie domu “Mateusz” w Toruniu. Wczoraj wśród przyjaciół, rodzin, byłych mieszkańców, ich dzieci, a nawet wnuków, obchodziliśmy tę uroczystość. Były wspomnienia o tym, jak powstawał ten dom i ilu ludziom pobyt w nim pomógł nie powrócić do zachowań recydywy. Otóż dokładnie 147 osób wygrało tutaj swoje “nowe życie”. Ile uczelni i studentów z całej Polski korzystało z naszych doświadczeń, podziwiało nasz dom i trud pracy włożony w jego utworzenie, ile powstało prac doktoranckich, magisterskich i licencjatów na podstawie właśnie naszych doświadczeń. Studenci i profesorowie czerpali stąd inspiracje do pisania publikacji naukowych, memoriałów. Wśród gości był dyrektor Centrum Integracji Społecznej z Warszawy, pan Sylwester Kurowski. Przedstawił mi plan współpracy z Ministerstwem Sprawiedliwości, który czeka na podpisanie już we wrześniu. W spotkaniu uczestniczyły także mieszkanki utworzonego w listopadzie ubiegłego roku domu dla kobiet “Mateusz” w Grudziądzu. Mały popis wokalny przedstawiła Karolina. Dziewczyny były pod dużym wrażeniem takiego, jak powiedziały: “wspaniałego rodzinnego spotkania”. Miałem przyjemność przekazać życzenia od wielu bliskich nam osób: parlamentarzystów oraz profesorów, z którymi współpracujemy. Nie mogło zabraknąć toruńskiego barda Jacka Beszczyńskiego, który jest zawsze z nami przy podobnych okazjach. Cieszyłem się, że w tym tak uroczystym dla mnie dniu był przy mnie mój brat Janusz z żoną. We wspaniałej atmosferze, przy towarzyszącym momentami dużym wzruszeniu, przy świetnej muzyce i zabawie spędziliśmy ten rocznicowy dzień.

Tyle Waldek. Nie chcemy żeby więcej mówił o sobie. Dlaczego? Gdyż jesteśmy przekonani, że więcej od niego o nim samym wie pewna młoda dama.

This slideshow requires JavaScript.

Z Emilią Zielińską rozmawia Edward Wójciak

Edward Wójciak: Opowiedz o sobie, a interesują mnie najbardziej informacje o Twoich studiach, zainteresowaniach i czym się zajmujesz naukowo.
Emilia Zielińska: Ukończyłam pedagogiczne studia magisterskie na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Następnie studia podyplomowe: najpierw w zakresie socjoterapii, i kolejne w zakresie resocjalizacji i profilaktyki społecznej. Obecnie studiuję socjologię na studiach trzeciego stopnia w Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu, jestem na trzecim roku. Chciałabym kiedyś studiować jeszcze jakiś, może tym razem totalnie odmienny kierunek. Mówiąc trochę ze śmiechem, uważam, że studiowanie i rozszerzanie swojej wiedzy to najlepsza rzecz, jaką człowiek może uczynić nie tylko dla siebie ale i dla innych… Myślę, że czasami przekonujemy się, że coś miało sens dopiero wtedy, gdy patrzymy na to z perspektywy czasu. Gdy rozpoczynałam studia, nie byłam w pełni przekonana czy to odpowiedni kierunek. Dopiero doświadczenia z kolejnych lat pokazały, że właśnie taki kierunek pozwolił na znalezienie się obecnie w miejscu, w którym jestem (mam na myśli szerszą rzeczywistość, w której żyję, tzn. pracę na etacie, którą bardzo lubię). Często się śmieję, że nie muszę pracować i płacą mi za to, że się relaksuję. Mam też na myśli współpracę z Waldkiem w Ośrodku “Mateusz”, którą kocham, i mam też na myśli inne moje zajęcia i zainteresowania.

Moje aktualne zajęcia naukowe skupiają się wokół działalności Ośrodka Profilaktyki i Resocjalizacji “Mateusz”, a dokładniej wokół oddziaływań, jakie Waldek kieruje wobec swoich mieszkańców. Obserwuję tutaj pewne interakcje, które zachodzą między Waldkiem a mieszkańcami, lub jak Waldek określa – jego chłopakami (a od niedawna też dziewczynami), ale też pomiędzy samymi mieszkańcami, pomiędzy mieszkańcami a wolontariuszami, między mieszkańcami a odwiedzającymi ośrodek gośćmi. Jakość tych interakcji powoduje, że mieszkańcy czują się członkami społeczeństwa. Nie tylko tej “Mateuszowej” społeczności, ale szerszego społeczeństwa. Natomiast symbole nadawane podczas tych interakcji kształtują zachowania podopiecznych, ich postawy, które realizują nie tylko podczas pobytu w ośrodku, ale też będąc poza nim, wśród odwiedzanej raz na jakiś czas rodziny, przyjaciół, partnerek. Te interakcje i nadawane w nich symbole uczą podopiecznych życia wśród innych ludzi. Po pierwsze “oczyszczają” z niekorzystnych nawyków więziennych w zakresie szeroko pojętego współżycia społecznego. Zasady panujące w społeczności więziennej są niekiedy brutalne. Literatura przedmiotu podaje, że 3 lata to czas graniczny; ktoś kto przebywa w więzieniu dłużej jest bardziej narażony na utrwalenie tych więziennych nawyków. Na marginesie – mój mąż pracuje w więzieniu i czasami nasłucham się na temat życia więziennego, nie tylko jeśli chodzi o pensjonariuszy, ale też funkcjonariuszy. I tu bym musiała poruszyć kolejny drażliwy temat… więc pozwolę sobie na pewną dygresję:

Mam wrażenie, ale to jest moje osobiste wrażenie, że jakaś wewnętrzna agresja, jaką skazani wynoszą z zakładu karnego, jest nie tylko skutkiem “gry” między współosadzonymi. Może określenie “gra” nie jest do końca trafne, ale myślę, że wiesz o co mi chodzi. Myślę, że to też po części skutek gry między osadzonymi a funkcjonariuszami.

Osadzeni muszą przebywać w zakładzie, ponieważ w taki sposób zostali ukarani. Funkcjonariusze też nie zawsze pracują tam czując powołanie do tej Waldek udziela wywiadu roboty. Spora część ( i piszę tak tylko dlatego, że z poczucia taktu nie chcę używać radykalnych określeń) jest tam z powodu przywilejów finansowych, emerytalnych. Całe to miejsce, wszyscy, cała ich więzienna społeczność tworzy jeden układ, w którym wszyscy muszą jakoś przetrwać

Emilka, Agnieszka i autor w Toruniu

Mam wrażenie, że oni jako społeczność są uwikłani raczej w negatywne interakcje, w układy, od których nie zawsze jest droga odwrotu, a niekiedy kończy się ona dla funkcjonariusza za murami zakładu bez możliwości powrotu. Przypomniała mi się “afera” w jednym z zakładów karnych, o której to media jeszcze nie nadawały, bo może i ona nie ujrzy światła dziennego, a usłyszały ją tylko mury mojego mieszkania. Mianowicie funkcjonariusz miał dodatkową “fuchę”, polegającą na donoszeniu osadzonym pizzy do cel. Ma obecnie postępowanie dyscyplinarne. Być może miał z tego jakieś korzyści, podobnie jak w przypadku afery w zakładzie w Płocku, gdzie czynności operacyjne w niekontrolowany sposób zamieniły się w handel alkoholem i narkotykami na terenie zakładu… o tym akurat pisała Kopińska w reportażu Polska Odwraca Oczy.

Inną parodią jest dla mnie to, że funkcjonariusze leczą się w prywatnych gabinetach psychiatrycznych trochę “na siłę” po to, by otrzymać po zakończeniu służby wyższą rentę chorobową. Jak to możliwe, pytam, że w zakładzie karnym, gdzie jest naprawdę poważna praca z poważnymi przypadkami, pracują osoby które mają stwierdzoną depresję, stany lękowe, nerwice??? Jak??? Koniec dygresji.

Wracając do zagadnienia interakcji… Pod koniec ubiegłego roku pisałam publikację do tomu pokonferencyjnego na temat filarów wsparcia postpenitencjarnego (ten temat miał kontekst bardziej resocjalizacyjny niż socjologiczny), ale zmierzam do tego, co powiedział mi jeden z mieszkańców podczas wywiadu realizowanego na potrzeby tej publikacji. Młody mężczyzna po próbie samobójczej, po dziewięciu latach spędzonych w zakładach karnych, w tym dla recydywistów, powiedział, że gdy do Ośrodka przychodzą przyjaciele Waldka w osobach np. posła, profesora, artysty muzyka, i te osoby podchodzą swobodnie do mieszkańców, mówią cześć, dzień dobry, podają rękę na powitanie, pytają o samopoczucie, wówczas on czuje się jak ktoś ważny, ważniejszy dla społeczeństwa niż wtedy kiedy np. przebywał w więzieniu, czuje się taki jak inni ludzie, nie czuje się od nich gorszy. I o to właśnie chodzi, byśmy wszyscy aktywnie włączali osoby narażone na wykluczenie społeczne. Na poziomie każdego z nas wystarczy otwarta, życzliwa postawa, zrozumienie, ale i konsekwencja. “System” rodzi się w każdym z nas. Jeśli “ryba psuje się od głowy” to można to też odwrócić jako proces. Ta ryba i głowa to każdy z nas. To my kształtujemy swoje przekonania na podstawie różnych interpretacji. To my potem tworzymy instytucje udzielające wsparcia.

Nasze postawy wobec osób opuszczających zakłady karne nadal różnią się od np. postaw Skandynawów. Ja mam takie osobiste wrażenie, że Polska nie jest na tyle zamożnym krajem, a Polacy nadal często żyją w biedzie, wobec tego często boimy się osób z przeszłością kryminalną, ponieważ obawiamy się, że one zabiorą dokończenie ze strony 20 nam coś na co tak długo i ciężko pracowaliśmy, np. ukradną. To osobiste wrażenie (i obraz polskiego ubóstwa) opieram na tym co widzę podczas realizacji mojej pracy w systemie dozoru elektronicznego.

Inne moje zainteresowania, to dozór elektroniczny dla skazanych, a z mniej naukowych to raz na ruski rok maluję farbami olejnymi (od dłuższego czasu słabo z natchnieniem), a takie “najmłodsze” moje zainteresowanie, którego kompletnie nigdy się nie spodziewałam, to papugi, co się niedawno ucieleśniło w ptasiej osobie pieszczocha Piotrusia u mnie w domu. Jeszcze inne moje zainteresowania, o których nikomu nie mówię, ponieważ spotyka mnie w odwecie lawina pytań… to różnorodności preferencji i zachowań seksualnych w zakresie braku preferencji seksualnych. Wiem, że to brzmi paradoksalnie, ale to tylko taka ciekawostka. Powiedzmy, że to jest taki temat, w który lekko się zagłębiam ale nie jest dla mnie na obecną chwilę aż tak istotny.

E.W.: Jak trafiłaś na “Mateusza” i do “Mateusza” oraz co sprawiło, że się zainteresowałaś tym projektem?
E.Z.: Zainteresowałam się działalnością “Mateusza” dzięki mojemu opiekunowi naukowemu, który na pierwszym roku moich studiów zaproponował mi przyjazd do Domu “Mateusz” i wspólną rozmowę z Waldkiem. Ale myślę jednak, że ta historia ma jeszcze inne dno, związane z jakąś moją życiową drogą, która ukształtowała we mnie pewne predyspozycje do tego, by interesować się etapem życia postpenitencjarnego. Lub szerzej, losem osób wręcz skazanych na wykluczenie społeczne. Po pierwsze, jako nastolatka (16) zaszłam w ciążę. A rok wcześniej zmarła moja mama, stąd prawdopodobnie pojawiła się niezdrowa potrzeba szukania oparcia w kimś kto “nadawał się” na autorytet. Do tego mieszkałam w bardzo małej miejscowości i między innymi z tego względu byłam narażona na stygmat, łatkę… (szczerze, czasami mam wrażenie, że ślad po tej łacie jeszcze został). Urodziłam syna, który dziś jest fantastycznym trzynastolatkiem, ale prawda jest taka, że gdyby nie moja najbliższa rodzina i to, że miałam w miarę normalny dom i ich wsparcie organizacyjne, to nie wiem jak wyglądałyby moje doświadczenia… Znam kobietę, która miała mniej szczęścia w podobnej sytuacji i dziś walczy o odzyskanie praw rodzicielskich, a jej dziecko od lat jest w rodzinie zastępczej. Nasze sytuacje różniły się właśnie jakością uzyskanej pomocy. Ja miałam dom (oczywiście na tle mojego “wybryku” nie brakowało konfliktów) i możliwość powrotu do edukacji, zaś ona miała wsparcie, powiedzmy, niezdrowych substancji, które tylko na chwilę łagodzą problemy.

Odnoszę się do mojego przypadku ale uogólnię to na wszystkich: trudne doświadczenia powodują, że potrafimy lepiej zrozumieć ludzi znajdujących się w potrzebie. Waldek często powtarza, że człowiek skazany nie jest skażony. Ale można to zastosować szerzej właśnie do jednostek wykluczonych społecznie z różnych przyczyn.

Poza tym myślę, że stygmaty są patologicznym wytworem wyobraźni ludzi niedowartościowanych. Jeśli nie czujemy się wartościowi, całkiem wygodnie jest oznaczyć kogoś jako gorszego, a jeszcze lepiej, gdy coraz więcej osób zaczyna postrzegać podobnie. Wówczas to my jesteśmy lepsi. A inni niech sobie radzą sami. Skoro sami sobie zgotowali taki los. Tylko że sami nie możemy mieć gwarancji czy i nas podobny los nie spotka.

Inny wątek jest taki, że będąc już na studiach, jadąc pociągiem, poznałam (spokojnie, to nie będzie typowy harlequin) mężczyznę. Ja generalnie przepadam za pogawędkami z ludźmi w pociągu. Ale ten mężczyzna spowodował, że wymieniliśmy się numerami telefonów. Był całkiem nieźle ubrany, wysławiał się kulturalnie, powiedział, że interesuje się lotnictwem, a na dowód, raz po raz zatapiał skupiony wzrok w jakimś poważnym czasopiśmie o latających maszynach… Ogólnie, bardzo sympatyczny, otwarty, rozmowny. Podróż minęła w sekundę.

Wysiadłam z pociągu, potem minęło kilka dni… i zadzwoniła do mnie kobieta. Nie pamiętam już jej imienia, ale oznajmiła, że jest narzeczoną tego chłopaka, i żebym uważała, ponieważ on podczas ostatnich kilku przepustek za każdym razem “bajerował” jakieś kobiety nie mówiąc im prawdy.

A prawda była taka, że Jeremi w wieku 17 lat pozbawił życia starszą kobietę dla 20 zł, które przeznaczył na alkohol… W dniu, w którym go poznałam, miał 30 lat i wracał z więzienia na przepustkę.

Tłumaczył potem, że nie mówił prawdy bo nikt nie chciałby z nim rozmawiać, a już na pewno nie kobiety, a on chciał się poczuć na wolności jak “normalny” człowiek. Potem utrzymywaliśmy kontakt jeszcze przez dłuższy czas, przeniesiono go na odział otwarty, gdzie podczas odbywania kary mógł przebywać na terenach zielonych zakładu, tam też mógł pracować. Ten kontakt się urwał, ale przyznam, że jestem ciekawa losów tego chłopaka. Kara jest karą i każdy ponosi konsekwencje podejmowanych decyzji. Ale niestety bywa tak, że po odbyciu kary ta kara wcale się nie kończy, ona trwa, i jest realizowana przez społeczeństwo, przez system, przez procedury, instytucje, przez nas. Przybiera postać uwikłania w labirynt, z którego wyjście niekiedy graniczy z cudem. Jeśli więc nie można z labiryntu wyjść, to albo jest zatrzymanie się w miejscu, albo cofnięcie po dobrze już znanej drodze do punktu wyjścia.

To co konkretnie zainteresowało mnie w działalności ośrodka to przełamanie schematu instytucji pomocowej na rzecz byłych więźniów. Tu nie ma procedur. Tu nie określa się warunków i wymogów, które musi spełnić człowiek stojący w progu domu Waldka Dąbrowskiego. Tu jest po prostu ten człowiek, potrzebujący. Wyjęty z tła swojego życia w tym sensie, że pozostaje bez znaczenia jaką miał przeszłość, nikt tu nie musi pytać ile lat przesiedział, ile przepił i przećpał. Nie ocenia się tu ludzi po przeszłości ale zwraca się wzrok ku ich przyszłości, a najpierw ku temu co jest tu i teraz. Tak więc zamiast kryteriów do spełnienia, pliku zaświadczeń, skierowań, kserokopii dokumentów, które są swoistym archiwum z przeszłości, pojawia się pytanie “Czy nie jesteś głodny, głodna? Czy potrzebujesz jakąś odzież, jeśli tak to pojedziemy kupić albo chłopaki podzielą się tym co już mają”. Oczywiście mieszkańcy opowiadają o swojej przeszłości. Jest to zapewne terapeutyczny element oczyszczenia, ale nikt tego od nich nie wymaga. Oni robią to z własnej woli wtedy, kiedy poczują się bezpiecznie. Tu niepotrzebne są określone w szerokim zakresie przez grono naukowców determinanty resocjalizacji czy readaptacji. Liczy się człowiek tu i teraz.

Waldek zawsze był i będzie przeciwnikiem instytucjonalnego podejścia i ani trochę mnie to nie dziwi. To co on robi to absolutnie słuszne przeciwstawienie się systemowi. Ale żeby wyrazić to co chcę wyrazić i tak muszę użyć słowa “instytucja” – Waldek tworzy nowy wymiar instytucji pomocowej. Jest to instytucja, która nie skupia się na sukcesie administracyjnym, nie istnieje po to by szereg “ludzi z powołaniem” otrzymywało regularne wpływy wynagrodzeń na konto, ale istnieje tylko dla osób przychodzących tu ze swoimi problemami.

Oni są na pierwszym miejscu. Tak typowo udokumentowanych efektów w postaci statystyk to nie ma. Ale to też wynika z antyinstytucjonalnego podejścia. Jest publikacja prof. Lecha Witkowskiego, w której autor powołując się na informacje przekazane przez Waldka pisze o około 150 osobach, które po pobycie w ośrodku nie wróciły do zachowań recydywy. Na chwilę obecną ta liczba wzrośnie ponieważ publikacja profesora Witkowskiego pojawiła się w roku 2016.

E.W.: Jak oceniasz metodę Waldka z punktu widzenia wolontariuszki?
E.Z.: Ta metoda mnie przyciąga. W interakcjach z Waldkiem jest coś, co wzmacnia każdego człowieka. On jest charyzmatyczny, a do tego wie co robi i robi to z efektami, o których może tylko pomarzyć wiele pracowni terapeutycznych… Ta metoda przyciąga, ale nie uzależnia (to nierzadki problem gdy pacjent nie potrafi funkcjonować bez terapii). W zachowaniu Waldka wobec innych są najważniejsze elementy: zrozumienie i współodczuwanie, konsekwencja, obiektywizm, szacunek do człowieka. Waldek jest jak jodyna – zdarza się, że rana szczypie, ale potem następuje kojące wyleczenie.

Czuję, że interakcje, które zachodzą między mną a nim, są w gruncie rzeczy podobne do interakcji Waldka z mieszkańcami. To jego styl życia. On nie robi tego, ponieważ wyuczył się z książek jak postępować z osobami zagrożonymi wykluczeniem… jego metoda to jego natura. On po prostu potrafi nas wszystkich poprowadzić tak, byśmy grali w jednej drużynie. Nasze role są troszkę inne, ale generalnie gramy ten sam mecz.

E.W.: A jak oceniasz jego metodę z punktu widzenia naukowca?
E.Z.: Ogarnia mnie bardzo entuzjastyczna ciekawość sytuacji, kiedy takich domów byłoby więcej… W jednej z publikacji na temat “Mateusza” użyłam określenia “pierwsza pomoc postpenitencjarna” porównując ją do pierwszej pomocy medycznej. To od niej zależy czy osłabiony organizm przeżyje i jaką osiągnie sprawność… Różnica między instytucjami wspierającymi byłych więźniów, np. specjalizującymi się w szeroko rozumianej aktywizacji społecznej, a działalnością Waldka jest taka, że działalność instytucji przebiega jakby w laboratoryjnych warunkach. Beneficjenci uczęszczają na kursy, szkolenia, treningi umiejętności interpersonalnych itp., ale wychodząc poza mury instytucji już nie bardzo mogą to zastosować. Bo pracy i tak nie dostaną, a treningi umiejętności interpersonalnych czy społecznych nie sprawdzą się w sytuacjach kiedy z głodu i tak trzeba będzie coś ukraść. Waldek uczy mieszkańców na żywym organizmie, a tym żywym organizmem jest całe społeczeństwo. Efektem takiej pracy jest dodatkowo stopniowe zmienianie świadomości społecznej. Nie jest to łatwe, ale i w tym obszarze stopniowo widać efekty.

E.W.: Byłaś przy narodzinach “Mateusza” w Grudziądzu. Opowiedz nam o tym – od początku do stanu obecnego.
E.Z.: Tak. Byłam przy narodzinach “Mateusza” w Grudziądzu i był to dość trudny poród. Osoby z Grudziądza, które mogły pomóc, pomogły, i dzięki temu stanął budynek ośrodka w stanie deweloperskim, ale wiemy, że doprowadzenie nawet skromnego metrażu (a taki właśnie jest w ośrodku w Grudziądzu) do ostatecznej wyremontowanej postaci, to ogromne koszty. Z nimi niestety Waldek został sam i musiał radzić sobie dokładnie tak, jak w przypadku ośrodka toruńskiego. Czyli szukanie, pukanie do drzwi, proszenie o materiały budowlane, o wsparcie żywnościowe, o wsparcie w postaci pracowników budowlanych (prace budowlane wykonali osadzeni mężczyźni z zakładu karnego). Obecnie w ośrodku w Grudziądzu mieszkają dwie kobiety, a wciąż nie ma wsparcia finansowego, które pokryłoby koszty prowadzenia domu i bieżących codziennych wydatków. Waldek kilka razy w tygodniu pokonuje trasę Toruń – Grudziądz – Toruń i nikt nie pyta nawet o koszty dojazdów. Dom aktualnie wymaga dokończenia kotłowni i dobudowania dwóch pomieszczeń. Zapotrzebowanie na wsparcie w takiej formie jest bardzo duże, a możliwości ośrodka, zblokowane złą sytuacją finansową, są obecnie niewielkie.

E.W.: Z czym się wiążą Twoje plany na najbliższą przyszłość?
E.Z.: …na taką najbliższą przyszłość, to za chwilę planuję położyć się spać. A tak na poważnie, to chcę żeby było tak, jak jest teraz. Podoba mi się to, co do tej pory wypracowałam. Oczywiście jestem nastawiona na rozwój sytuacji, ale kierunku tego rozwoju nie planuję zmieniać. Jest cudownie. Jeśli zdołam napisać pracę doktorską, to być może pójdę jeszcze na jakieś ciekawe studia… Waldka nigdy nie opuszczę, choćby przeganiał mnie miotłą i szczuł Aresem.. Pozdrawiam czytelników “Gazety”, pozdrawiam kanadyjską Polonię, pozdrawiam Kanadę.

Z Emilką Zielińską rozmawiał Edward Wójciak
Zdjęcia: Agnieszka Budziński, Emilia Zielińska i Edward Wójciak

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.