Indie – kraj kontrastów

0

To co przeżyłam w Indiach jest jednym z moich najtrudniejszych do opisania doświadczeń, ponieważ cokolwiek napiszę nie odda tego w pełni. Jeśli możliwe byłoby przenieść emocje bezpośrednio na papier, zrobiłabym to natychmiast, ale cóż, zamiast tego muszą wystarczyć moje słowa. Indie to kraj wypełniony jednocześnie cudami i horrorem – jest to zestawienie, które wrasta w twoje serce w czasie, gdy tam przebywasz. Kąpałam się w świętej rzece Ganges, słuchałam mnichów śpiewających mantry w języku sanskryt i brałam udział w ceremoniach błogosławienia, ale również widziałam dzieci żebrzące na ulicach i tłumy ludzi śpiących pod mostami.

Gdy znalazłam się w Delhi o godzinie drugiej nad ranem, przybywając z kraju pełnego otwartych przestrzeni i arktycznego klimatu, szok wywołało we mnie pełne wilgoci powietrze i głośne klaksony. Siedząc na tylnym siedzeniu taksówki, próbowałam dostrzec mój hotel pomiędzy stłoczonymi sklepikami na bocznych ulicach Delhi. Jedynymi istotami, jakie widać było włóczące się po mieście, były psy i grupy mężczyzn krzyczących głośno jeden do drugiego. Gdy przechodziłam pod mostami widziałam bezdomnych, śpiących w swoich tymczasowych posłaniach, bosych i ledwo odzianych, otoczonych śmieciami.

This slideshow requires JavaScript.

Następne kilka dni pozostawiły mi mieszane uczucia na temat Indii. Smog spowijający Delhi powodował trudności w oddychaniu, nawet pomijając przytłaczające zapachy: mieszaniny curry, śmieci i najróżniejszych zwierzęcych odorów. Krowy włóczące się po ulicach i blokujące ruch, który składał się z rikszy, samochodów, rowerów i wozów konnych, wszystko to prowadzące do kakofonii klaksonów i krzyków o każdej porze dnia. Najbardziej chaotyczny rejon Delhi to Stare Miasto. Kupcy sprzedają tu wszystko, od sandałów i podkoszulków do nowoczesnej elektroniki. Stragany są wszędzie, wypełniając każde wolne do przejścia miejsce, co prowadzi do zablokowania ruchu nie tylko na ulicach, ale i na chodnikach. Ten rejon ma też najlepsze jedzenie w Delhi ze sklepikami ulubionymi przez tubylców z powodu serwowanych tam potraw ze wszystkich zakątków miasta. Najpopularniejsze miejsca są wypełnione ludźmi siedzącymi przy małych stolikach lub stojącymi dookoła patelni. Jednak próbowanie wschodnioindyjskiego jedzenia może być niebezpieczne dla turystów, a to z powodu realnego strachu przed poważnym zatruciem pokarmowym tzw. “Delhi Belly”. Zatrucie to spowodowane jest bakterią żyjącą w wodzie i w zanieczyszczonych składnikach jedzenia. Prawie niemożliwe jest uniknięcie go, ponieważ można się zatruć wszystkim od użytego po raz kolejny oleju do smażenia po źle wypłukane warzywa. Najbezpieczniej jest jeść w restauracjach pełnych Hindusów – oni wiedzą znacznie lepiej niż my gdzie jeść.

Gdy chcemy uciec z pełnej chaosu stolicy, miasto Rishikesh jest piękną oazą północnych Indii u podnóża Himalajów. Przekraczając kładkę do drugiej części miasta z małpami okupującymi przęsła mostu, dotarłam do “ashram”, (słowo to można przetłumaczyć jako miejsce duchowej ucieczki – przyp. tłumacza), w którym zamierzałam spędzić następny miesiąc. Gdy przekraczałam most, pocąc się w czterdziestostopniowym upale z sześćdziesięciolitrowym plecakiem na plecach, który powodował, że wyglądałam jak wielbłąd, byłam kilkakrotnie zaczepiana przez tubylców i proszona o wspólne zdjęcia. To zdarza się w Indiach każdemu, kto ma jaśniejszą skórę. Niektóre rodziny dawały mi nawet dzieci do potrzymania. Przez pierwszy tydzień byłam zaskoczona i pochlebiało mi gdy ciągle proszono mnie o pozowanie do zdjęć, ale wszystko zmieniło się podczas mojej męczącej przeprawy przez most. Każdy gapił się na mnie z ciekawością, ale nikt nie okazywał mi współczucia z powodu cierpień i wycieńczenia malujących się na mojej twarzy, a do tego pot spływał mi po plecach. Zamiast tego byłam nieustannie zatrzymywana i zaczepiana przez innych przechodniów. Dwudziestominutowa przeprawa przez most zamieniła się w koszmar i już nigdy potem nie zgodziłam się na pozowanie do zdjęcia.

Mój pobyt w Indiach przypadł na koniec pory suchej, więc robiło się bardzo gorąco z kilkoma ulewnymi burzami. Tamtejsze burze przypominają raczej gwałtowny potop, w którym deszcz pada z większym ciśnieniem niż woda z prysznica i zamienia ulice w rwące rzeki. Miejsce, w którym mieszkałam, mieściło się na bocznej ulicy z dala od centrum miasta. Te boczne uliczki były wąskie i kiedy słońce zachodziło, robiło się na nich kompletnie ciemno. Kiedy krowa zdecydowała się stanąć w poprzek takiej uliczki, trzeba było wybrać, po której stronie ją ominąć: czy dookoła jej zadu, ryzykując dostanie ogonem w twarz, czy też znaleźć się z nią twarzą w twarz z nadzieją, że jest w dobrym humorze i nie nadzieje nas na jeden ze swoich rogów. Jednego wieczoru, kiedy po szczególnie intensywnej ulewie ja i moi przyjaciele wybraliśmy się do miasta na obiad, wdepnęliśmy prosto w głęboką do kostek wodę. Byłoby to nawet orzeźwiające, gdyby nie fakt, że ulica była cały dzień używana przez krowy. Ich łajno walało się wszędzie i teraz rozpuściło się w wodzie razem z innymi śmieciami zalegającymi dookoła. Szczęśliwie miejscowi są dobrze przygotowani na takie okoliczności i poukładali ścieżki z cegieł, po których przeskakiwali dopóki nie doszli do końca uliczki. Następnego poranka obudziłam się i zobaczyłam szybko wysychającą drogę, ale dla niektórych nie działo się to wystarczająco szybko. Na ulicy starsza kobieta, pochylona nisko, uprzątała wodę czymś w rodzaju “myjki”, jakich my używamy do zgarnia- nia śniegu z szyby samochodu. Uśmiechała się do mnie, gdy przechodziłam obok, wskazując mi ułożone cegły, bym nie musiała wdeptywać w brudną wodę, podczas gdy ona kontynuowała “ścieranie” wody jakby namawiając słońce by suszyło szybciej.

This slideshow requires JavaScript.

Indie są niezapomnianym miejscem, wypełnionym niespodziankami na każdym kroku. Wszyscy tam działają według własnego czasu, co my nazywamy “czasem indyjskim”. Pierwszego dnia pobytu w mojej szkole jogi (ashram), moi instruktorzy ostrzegli nas by cofnąć czas na zegarkach, ponieważ w Indiach każdy jest spóźniony. I nie mam tu na myśli pięciu minut. Biorąc pod uwagę gorąco, tłumy i krowy spóźnienia mogą dochodzić do pół godziny. Do końca pobytu nauczyłam się liczyć czas podwójnie planując dotarcie do wybranego miejsca, ponieważ nigdy nie można być pewnym, co nagle na nas wyskoczy, w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Widziałam małpy powodujące zatory uliczne.

Zakończyłam moją podróż przypadkowym spotkaniem pewnej pary na miejscowym dworcu autobusowym. Okazało się, że ludzie ci byli moim zbawieniem, bo nigdy nie odnalazłabym bez ich pomocy swojego autobusu z powrotem do Delhi. Okazało się, że dworzec autobusowy działa na bardzo prostej zasadzie: kiedy autobus ma właśnie odjechać, konduktor wykrzykuje nazwę stacji docelowej przez drzwi i wszyscy wskakują do środka, podczas gdy autobus odjeżdża. Byłaby to wspaniała zabawa, gdyby nie to, że gdyby nie udało mi się wsiąść do tego właśnie autobusu, nie zdążyłabym również na swój poranny samolot. Krótko mówiąc, wróciłam szczęśliwie do Kanady z plecakiem pełnym indyjskich pamiątek i zaledwie delikatnym zatruciem pokarmowym.

Tłumaczenie z angielskiego oryginału: Marek Mańkowski

 

Kasia urodziła się w Nowym Brunszwiku w miasteczku Campbelton. Oboje rodzice są Polakami. Kilka lat później przeprowadziła się wraz z rodzicami do USA (Filadelfii, a potem do Allison Park koło Pittsburga). Tam skończyła szkołę podstawową i średnią. Od najmłodszych lat podróżuje. Obecnie studiuje antropologię na Uniwersytecie w Montrealu. Samodzielnie odbyła kilka dale- kich podróży. Pracowała i pracuje w każde wakacje. Była kasjerką w kawiarni w Wexford koło Pittsburga, pracowała na polach wyspy Bali w Oceanii, zrywała czereśnie w sadach Brytyjskiej Kolumbii.

 

Poleć:

O Autorze:

Contributor

Materiał nadesłany do redakcji.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.