Cabot Trail

0

Aleksander i Mabell Bellowie zdecydowali osiedlić się w Cape Breton zafascynowani pięknem tej wyspy, szczególnie jej północnozachodniej górzystej części, po której obecnie prowadzi szlak turystyczny pojazdów mechanicznych, a od niego wiele pieszych szlaków w głąb wyspy. Aleksander nazwał to miejsce “rajem na ziemi” – trudno mu się dziwić, że w tym raju postanowił zamieszkać. Pisze o nim: “Zjeździłem cały świat, widziałem kanadyjskie i amerykańskie Góry Skaliste, Andy, Alpy i wyżyny Szkocji, ale zwyczajne piękno Cape Breton przewyższa wszystkie dotychczasowe doznania”. Ja także przejechałem autem wiele szlaków w Europie, Stanach i w Kanadzie, a Cabot Trail kilka razy. Jest on jednym z najpiękniejszych i najciekawszych ze wszystkich mi znanych, może jedynie droga nr 1 w Kalifornii, ciągnąca się setki kilometrów tuż przy
brzegach Pacyfiku prawie przez cały stan, uznana powszechnie za najpiękniejszą drogę turystyczną Stanów, a przez niektórych turystów najpiękniejszą na świecie, przewyższa na kilku swoich odcinkach piękno tego szlaku.

Wyspa Cape Breton
Wyspa ta stanowi obecnie część kanadyjskiej prowincji Nowa Szkocja. Oddziela ją od półwyspu wąska cieśnina między Atlantykiem i Zatoką Świętego Wawrzyńca zwana Canso Strait. Choć cieśnina jest wąska, lecz stanowi szlak wodny nawet dla średniej wielkości statków. Dzisiaj turysta nie zawsze zauważa ten przedział dwóch lądów, bo połączone są groblą. Materiałów do budowli grobli nie szukano daleko – pobliskie wzgórze oddalone od grobli kilometr lub dwa zostało ścięte i wszystko, z czego było zbudowane, przetransportowano na to miejsce. Wyspa jest nieco większa od najmniejszego polskiego województwa opolskiego, a cała prowincja jest dwa razy większa od województwa lubelskiego, czyli tu, w drugim co do wielkości kraju świata, prowincja ta jest mikrusem zajmującym nawet niecały jeden procent powierzchni Kanady.

Wystarczy rzut oka na mapę Cape Breton by zauważyć, że faktycznie są to dwie wyspy rozdzielone dużym jeziorem Bras d’Or i systemem połączonych z nim fiordów – w konsekwencji to duże jezioro na środku wyspy jest jeziorem słonej wody. Po wschodniej stronie jeziora rozciągają się tereny przeważnie płaskie, nieurodzajne, turystycznie mniej ciekawe, z wyjątkiem trzech miejsc: warowni Louisbourg, wioski Iona i muzeum Marconiego, twórcy radia, który z miejscowości Glace Bay przesłał po raz pierwszy sygnał radiowy przez ocean do Wielkiej Brytanii. Ta “druga wyspa” na wyspie, położona na zachód i na północ od jeziora jest wprost urzekająca, szczególnie na północnych jej terenach.

This slideshow requires JavaScript.

Pętla Cabot Trail
Najciekawsze jej tereny otacza szeroka droga zbudowana dla turystów w 1932 roku, zwana Cabot Trail. 300-kilometrowa czarująca pętla okrąża najbardziej widowiskowe tereny wyspy i jeden z dwóch parków narodowych Nowej Szkocji. Dojazd do Szlaku Cabota jest łatwy, łączy się on z autostradą biegnące od wjazdu na półwysep Nowej Szkocji do centralnej części Cape Breton. Zaczyna się i kończy w jednym z najładniejszych miasteczek wyspy, Baddeck. Ogromna większość turystów przejeżdża tę czarującą trasę turystyczną w kierunku zgodnym z ruchem wskazówek zegara i my wirtualnie w tym kierunku powędrujmy. Szlak wije się na północny zachód wśród pagórków, zapada w dolinę rzeki Margaree – cichą zieloną krainę wśród niewysokich wzniesień. W centrum doliny miejscem wartym zatrzymania się jest wioska Margaree Forks. Kilkanaście kilometrów na północ od niej znajduje się miejscowość portowa Margaree Harbour. Wijący się szlak w kilku miejscach robi wrażenie, że kończy się w położonej kilkadziesiąt czy sto kilkadziesiąt metrów poniżej zatoce; to tylko takie wrażenie, bo tuż przed przepaścią skręca w prawo. Sceneria tego szlaku po prostu zapiera dech w piersiach – pofałdowane pólka, zalesione wzgórza, urwiste przepastne brzegi zmuszają wprost turystę do zatrzymania się w wydzielonych punktach obserwacyjnych by chłonąć to wszystko.

Znał tę najpiękniejszą część Cape Breton Aleksander Bell i o niej się tak entuzjastycznie wyrażał, tutaj miał swój dom w pobliżu miejscowości Baddeck, tutaj przychodziły mu pomysły odkrywcze, a te zrodzone gdzie indziej w jego głowie, na przykład w ontaryjskim Brantfordzie, tu budował, testował, ulepszał. Tu zgodnie ze swym życzeniem umarł i został pochowany we wspólnym grobie z żoną na swej posiadłości.

Północno- zachodnia część szlaku
Odcinek Szlaku Cabota na północ od doliny Margaree prześlizguje się wśród zalesionych wzgórz. Co jakiś czas widoczna jest z drogi jakaś osada złożona z kilku domów. To sioła dawnych Akadyjczyków. Od połowy XVIII wieku ukryli się na tych terenach, w tych nieprzebytych w owych czasach górkich pustkowiach, unikając przymusowego wysiedlenia z kraju przez nowych panów tych terenów – Brytyjczyków. Ten odcinek szlaku kończy się wjazdem do parku narodowego na północ od miejscowości Chéticamp. To wioska wijąca się razem ze szlakiem na przestrzeni 5 kilometrów. Można tu przenocować tanio, zajadać się specjałami kuchni akadyjskiej, choćby gulaszem z kurczaka (poulet fricot), kupić pamiątki – rękodzieło miejscowych kobiet, na przykład wzorzyste kilimy. Stąd można wybrać się stateczkiem na środek Zatoki św. Wawrzyńca na połów ryb. W sezonie przemieszczania się wielorybów z oceanu do rzeki św. Wawrzyńca bardzo popularne i tanie są wycieczki stąd i z innych sąsiednich małych miejscowości na Zatokę w celu oglądania tych największych zwierząt morskich. Są one przyzwyczajone do towarzystwa turystów na łodziach, wypływają na powierzchnię, by ustawiać się do pamiątkowych zdjęć, niekiedy, dla zabawy, robią wyścigi ze stateczkami; jest rzeczą oczywistą, że zawsze one wyścigi wygrywają.

Park Narodowy na Wyspie
Niedaleko od tej miejscowości, jak wspomniałem, znajduje się zachodni wjazd do parku narodowego nazwanego Cape Breton Highlands National Park. Jego obszar to 948 kilometrów kwadratowych – w Europie uważany byłby za wielki park (jest większy od wszystkich parków Polski, a od największego, Biebrzańskiego, prawie dwa razy). W Kanadzie to park raczej mały, bo mamy w tym kraju kilkanaście czy kilkadziesiąt razy większe parki jak na przykład Jasper w Albercie, Nahanni w Północno- Zachodnich Terytoriach, czy Auyuittuq w Nunavucie. Kilka z tych kolosów mają po ponad 20 tysięcy kilometrów kwadratowych. To piękny park krajobrazowy: głębokie zalesione doliny, bagniste obniżenia, trawiaste wzgórza. Szlak Cabota na przestrzeni 120 kilometrów ciągnie się po jego obrzeżu. Jest trzydzieści dobrze oznakowanych tras wycieczkowych odchodzących w głąb parku od tej drogi. Są to zarówno łatwe do przemieszczania się leśne ścieżki, ale i bardzo trudne trasy turystyczne jak Franey Loop: górzysta ścieżka w pobliżu Ingonish Beach, czy jeszcze bardziej widowiskowy Skyline Loop wijący się wśród nadmorskich szczytów w niedalekiej odległości od wspomnianego Chéticamp. Z tych szczytów można niekiedy zobaczyć w oddali baraszkujące w zatocze wieloryby. Mieszkańcy parku z większej zwierzyny to łosie, czarne niedźwiedzie baribale i rysie. Trzymają się z daleka od tras turystycznych, nie są zagrożeniem dla ludzi jeśli im się nie dokucza lub nie nachodzi.

Samo północno-zachodnie ostre zakończenie wyspy jest poza zasięgiem parku. Tu wody Zatoki św. Wawrzyńca łączą się z wodami oceanicznymi. To bardzo urokliwe i mało uczęszczane tereny. Widziałem na tych terenach jak z pomocą konia zaprzężonego do brony miejscowi ludzie wydobywali z zatoki glony morskie, suszyli je na lądzie, by je później sprzedać producentom leków i kremów. Tu spotkałem dwóch zawodowych myśliwych szykujących się do wielodniowego tropienia i złowienia łosia. Za ciekawostkę można uznać miejsce zwane Mięsną Zatoką. Kiedyś leniwi Indianie zamiast strzelać z łuków do łowionej zwierzyny spędzali ją w stada i krzykiem, kijami i czym mieli pod ręką powodowali, że rozpędzone stado wpadało wprost do przepaści. Było świeże mięso. Kilkukilometrową ścieżką docierano w to miejsce, wycinano co wartościowsze ochłapy, a resztę zostawiano. Ohydny smród rozkładających się zwierząt nie przeszkadzał im: im większy fetor tym lepiej, bo świadczył on o ich dość nietypowych zdolnościach łowieckich.

Gaelic Coast
W miejscowości Ingonish, Cabot Trail opuszcza park, oddala się od niego, zmienia kierunek na południowy i zamyka swą pętlę w pobliżu wspomnianego miasteczka Baddeck. Ten ostatni osiemdziesięciokilometrowy odcinek przebiega przez obszar zwany Gaelic Cost (chodzi tu o brzeg nie oceanu, lecz jeziora Bras d’Or). Zamieszkany jest prawie wyłącznie przez szkockich górali, którzy preferują by ich nazywać Highlanderami nie Szkotami, bo w przeszłości w swym ojczystym kraju wiele ucierpieli nie tylko od Anglików, ale od Szkotów nizinnych, którzy bywali na usługach okupantów. Ich pradziadowie przybyli na tę wyspę w drugiej połowie XIX wieku “za chlebem”. Odkryto tu dość łatwe w eksploatacji pokłady węgla kamiennego i rudy żelaza. Angielscy przedsiębiorcy zaczęli otwierać kopalnie węgla i zakładać huty. Ci highlanderzy, ludzie twardzi, niezależni, nie myśleli rezygnować ze swego języka, zwyczajów, muzyki, śpiewów, tańców, sztuki rękodzielniczej. Zaniepokojone tą niezależnością władze prowincji zaczęły utrącać te przejawy, między innymi kasować szkoły uczące języka górali, czyli odmiany języka celtyckiego zwanej gael- Zachód słońca przy Cabot Trail Cabot Trail skim lub gaelickim.

To utrącanie ich dziedzictwa zwarło ich jeszcze bardziej ze sobą. Boom węglowo-stalowy trwał przez prawie stulecie. To co się działo w kopalniach i hutach to prawdziwy dziki kapitalizm, gorszy niż w Anglii w niechlubnym okresie wchodzenia tego kraju w erę industralizacji. Pracowników wykorzystano, narzucając im długie godziny pracy i nędzne płace. Gdy te płace obcięto o jedną trzecią, wybuchł ogólny strajk, w owych czasach raczej zjawisko rzadkie – najczęściej był to już akt desperacji. Rząd prowincji w sposób okrutny spacyfikował strajkujących. Gdy w latach tuż po drugiej wojnie światowej zaczęto zamykać huty i kopalnie, bo stały się nierentowne, największe miasto Cape Breton, Sydney i jego okolice wyglądały jak zdjęcia z księżyca. Zatruta woda nadbrzeża oceanu i gruntowa i ogromne hałdy odpadów, które nie tylko wyglądały okropnie, ale i były przyczyną różnych chorób. Przyszło opamiętanie. Rządy Kanady i prowincji zaczęły asygnować duże sumy, by przynajmniej częściowo oczyścić te rejony. Ostatnio wydano na ten cel 400 milionów dolarów – niewiele trujących odpadów usunięto, bo na to trzeba by było przeznaczyć wiele miliardów. Po prostu zakryto je czym się dało, na przykład obsiano trawą, by przynajmniej oczy mogły trochę odpocząć.

Upadek przemysłu ciężkiego zubożył prowincję. Wtedy powstał pomysł, by zasilić skarbiec przez promocję turystyki na terenie całej prowincji, a najbardziej na wyspie Cape Breton. Oczywiście nikt nie promował Sydney, ale jest wiele innych ciekawych miejsc na wyspie. Wtedy to przypomniano sobie o góralach szkockich, trochę dofinansowano ich lokalne przedsięwzięcia kulturalne, ale przede wszystkim już nie przeszkadzano im w kontynuowaniu ich tradycji.

Na tych terenach w szkołach nie tylko uczy się teraz języka gaelickiego, ale powstał instytut, gdzie w tym języku odbywają się zajęcia – to Gaelicki College Celtyckiej Sztuki i Rzemiosła w miejscowości South Gut St. Ann. Szkoła położona jest w pięknej okolicy wśród wzgórz, uczy się tu nie tylko języka gaelickiego, ale też gry na dudach, szkockich tańców, tkania kraciastych tkanin; są też prowadzone lekcje folkloru i historii. Tu kształcili się artyści znani w Kanadzie, koncertujący także poza wyspą – to znani “fidlerzy” czyli skrzypkowie, dudziarze, śpiewacy i tancerze. Tak zwane stepowanie, czyli wybijanie rytmu butami w czasie tańca podkutymi metalowymi blaszkami, to nie tylko taniec irlandzki – artyści z Cape Breton też opanowali tę technikę perfekcyjnie. W miejscowości tej trzeba koniecznie wejść do muzeum zwanego Wielką Halą Klanów i obejrzeć ogromną różnorodność strojów regionalnych górali – woskowe modele przyodziane są w odpowiednie “kraty” (tartan) poszczególnych klanów. Na tych terenach organizuje się różnego rodzaju, koncerty, spotkania, zjazdy, sympozja. Wielu turystów przybywa tu by nie tylko obejrzeć piękno wyspy, ale uczestniczyć w tych imprezach. Wioski highlanderów znaleźć może i w innych miejscach wyspy niż na Gaelic Coast. Jedną z najbardziej znanych jest Iona, znajdująca się po wschodniej stronie jeziora Bras d’Or, która posiada ciekawy skansen budownictwa pionierów szkockich na Cape Breton – ich originalne budowle przeniesiono z kilku innych miejscowości na wyspie tu i stworzono muzeum zwane Highlanders Village. Z jego pagórkowatego terenu rozciąga się ciekawy widok na jezioro. Wspomniani górale są bardzo gościnni i otwarci na innych, warto przynajmiej przyjrzeć się z bliska co mają do zaofiarowania turystom – to będzie na pewno dość pamiętne doświadczenie życiowe, dość dalekie od tego z czym mamy do czynienia w naszym środowisku. Wielu turystów nie zawsze przemierza Cabot Trail, zjawiają się na wyspie przede wszystkim po to, by zwiedzić muzeum prezentujące pamiątki po Alexandrze Bellu.

Muzeum Bella
Po śmierci Alexandra i Mabell w 1922 rok dwie ich córki i ich rodziny odziedziczyły posiadłość na wyspie. Próbowano turystów trzymać z daleka od tego miejsca. Udało się to dopiero po zbudowaniu muzeum przez władze prowincji w 1954 roku i po przekazaniu do niego przez potomków Bella dużej liczby prototypów wynalazków, części biblioteki rodzinnej i niektórych dokumentów. Tak to powstało najbogatsze w świecie muzeum tego wynalazcy, choć nie prezentuje ono wszystkich jego osiągnięć. To elegancki, piękny, obszerny budynek położony nad zatoką jeziora, zbudowany na dziesięciohektarowej działce na obrzeżu miasteczka Baddeck. Od początku swego istnienia ma rangę “narodowego historycznego obiektu Kanady”. Posiadłość Bellów, a więc między innymi dwie rezydencje i grób małżonków, jest ciągle niedostępna dla turystów. Z tarasu muzeum można dostrzec północny skrawek półwyspu będącego częścią ich posiadłości nazwanej przez A. Bella Szczęśliwą Górą (w języku górali szkockich Beinn Bhreagh).

Każdy kto znajdzie się w Nowej Szkocji powinien to muzeum zwiedzić. Jest naprawdę piękne z zewnątrz i wewnątrz, bogate w eksponaty. Poza różnymi typami aparatów telefonicznych (niektóre z nich wynalezione i ulepszone jeszcze przed przeprowadzką Bella do Beinn Bhreagh), są tu przeważnie jego późniejsze wynalazki. W muzeum najbardziej rzucają się w oczy dwa wielkie obiekty: kopia pierwszego kanadyjskiego samolotu Silver Dart, który zareprezentowano publicznie w roku 1909 i oryginalny kadłub wodolotu zbudowanego w roku 1919 jako jednostki patrolującej brzegi oceanu przed nieprzyjacielskimi statkami wojennymi. 22 lutego 2009 roku w ramach obchodów stuletniej rocznicy pierwszego lotu Silver Dart, dokładna replika tego samolotu (silnik, na wszelki wypadek zamontowano w nim nowoczesny i silniejszy) pojawiła się na zamarzniętym jeziorze. Pięć startów i bezpiecznych lądowań podziwiało tysiące widzów. Silver Dart zrobił swoje, wrócił do muzeum. Może za następne sto lat poderwie się znowu do lotu, by uświetnić dwustulecie produkcji samolotów w Kanadzie.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.