Z powrotem w Ontario

0

Wróciłem po dziewięciu miesiącach pobytu w Polsce w roku 2008 do Calgary. Teraz mieszkam z powrotem w Ontario, gdzie w roku
1988 zaczęła się moja kanadyjska przygoda. W Ontario mieszkałem dłużej niż gdziekolwiek indziej, włączając to czasy przed Kanadą. Teraz więc będzie o Ontario, pięknej prowincji, której wielu tak naprawdę nie zna, mimo że tu mieszkają.

Wizyta z Polski – 4

Jestem z dwoma dziewczynami, Elizą i Asią na dziesięciodniowej wyprawie na północ Ontario. Asia przyleciała z Polski i jej marzeniem jest zobaczyć dziką Kanadę. Ja, na prośbę Elzy, jej koleżanki z lat szkolnych, mam te marzenia spełnić. Znajdujemy się obecnie na małej kamienistej wysepce na środku rwącej rzeki na północ od Wawa, susząc siebie i rzeczy po przewróceniu się canoe. Na drugim brzegu, w odległości może trzydziestu metrów, pojawił się, bardzo z czegoś niezadowolony czarny niedźwiedź…

Uniesioną ręką pokazałem dziewczynom by zostały na miejscu. Gdy ktoś, lub coś ucieka to nawet królik to pogoni. Prawie każda ucieczka powoduje pościg. W przypadku czarnego niedźwiedzia na ucieczkę nie ma szans. To wydawałoby się ociężałe zwierzę biegnie z szybkością konia wyścigowego, pływa i wspina się na drzewo. Powoli sięgnąłem po sztucer. Niedźwiedź patrzył z pode łba, poruszał łbem w prawo i w lewo, uderzał łapami o ziemię. Najwyraźniej starał się nas przestraszyć. Udawało mu się to doskonale. Jeszcze tylko brakuje żeby rykną. Uniosłem sztucer. W magazynku było pięć naboi. Zarepetowałem celowo głośno wprowadzając nabój do komory. Niedźwiedź zniknął jak by go nigdy nie było, jak by tylko się nam przyśnił. A jednak widzieliśmy go przecież wszyscy troje. Pozbieraliśmy szybko niedosuszone rzeczy i wrzuciliśmy je do canoe. Dziewczyny wzięły pagaje, ja siedziałem z nabitym sztucerem. Nie chciałem brać szansy, że misiek zmieni zdanie i wróci. Takie przypadki się zdarzały.

This slideshow requires JavaScript.

Prąd rzeki był wartki, ale równy i szybko wyniosło nas kilkaset metrów dół. Tutaj rzeka rozlała się szeroko. Niebezpieczeństwo minęło. Okolice Wawa to tereny polowania na niedźwiedzie. Ten najwyraźniej znał skutek repetowania broni. To dobrze. Wcale nie chciałem mu robić krzywdy. Być może, że miał tam w krzakach jakąś zdobycz, może rybę, a może po prostu jagody i chciał nas przepłoszyć. Udało mu się. Dalsza podróż canoe minęła już bez większych przygód. Pogoda dopisała i widoki też. Po sześciu godzinach spływu dotarliśmy pod most Trans – Canada Hwy. Stąd już niedaleko do motelu Kinniwabi. Dotarliśmy tam po czterdziestominutowym wiosłowaniu.

Przenieśliśmy rzeczy do naszego domku, przygotowaliśmy wszystko do wyjazdu następnego dnia i poszliśmy na obiad do restauracji Marka i Tereski. Potem wsiedliśmy w jeepa i zawiozłem dziewczyny do niedalekiego Michipicoten Post Provincial Park nad jeziorem Superior.

Wystarczyło przejechać most, pod którym niedawno przepływaliśmy na canoe i po ok kilometrze skręciłem w prawo w wąską szutrową drogę. Było tu kiedyś ogromne miejsce do biwakowania. Teraz nieczynne już i puste. Zostawiliśmy jeepa na zarośniętym dziką trawą parkingu i dotarliśmy nad piękną plażę. Chociaż powietrze było ciągle ciepłe mimo nadchodzącego wieczoru, to woda w jeziorze była jak zwykle lodowata. Wykąpałem się mimo wszystko. Dziewczyny próbowały też, ale zrezygnowały po wejściu do kolan.

Rozpaliłem ognisko z pozbieranych, wyrzuconych na brzeg kawałków drewna. Usiedliśmy na utworzonym przez fale wale piaskowym i czekaliśmy na zachód słońca. Cisza panowała niezwykła, wiatr ucichł, niewielka fala pluskała lekko o piaszczysty brzeg. Te północne tereny mają w sobie coś fascynującego. Czuje się tu całą moc przyrody i jednocześnie nierozerwalny związek z nią. Tu nie jesteśmy intruzami, tu jesteśmy częścią tego świata. By to odczuć trzeba tam pojechać. Same słowa tego nie oddadzą. Słońce zabarwiło niebo najpierw na złoto, potem na różowo i wreszcie na czerwono i bordowo. Było tak pięknie jak tylko przyroda może namalować. Żar ognia przygasał coraz bardziej, słońce znikło już za dalekim horyzontem. W ostatnim purpurowym blasku dotarliśmy do jeepa. Nie mówiliśmy nic. Nie było potrzeby. Każdy w sobie przeżywał ten niezwykły świat. Wróciliśmy do motelu i zaraz poszliśmy spać. Dzień był naprawdę pełen wrażeń, a jutro skoro świt czeka nas dalsza podróż, tym razem w zupełnie nieznane tereny.

Cdn

Poleć:

O Autorze:

Marek Mańkowski

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.