TO TRZEBA WIEDZIEĆ! Kulisy ujawniania agentów SB w Polonii (cz.2)

7

Do Kanady i USA przyjechał z Polski pewien człowiek, który przywiózł rewelacje o agentach SB w Polonii. Znalazłam się na tej jego liście. Przed jego spotkaniami publikowałam artykuł na temat teczki “Maria”. Teraz, po jego wizycie, w pierwszej części tego dwuczęściowego artykułu zamieściłam wywiad z wybitnym historykiem prof. Andrzejem Friszke o lustracji i “mojej sprawie”, a dzisiaj ciekawe informacje o metodach pracy ubeków, pochodzące z ich własnych zeznań w sądzie, a także oświadczenie osoby, na którą rzekomo donosiłam. Czas na porcję solidnej wiedzy, zamiast taniej sensacji i manipulacji.

Pan Marek Ciesielczyk, radny z Tarnowa, jest tropicielem agentów. Chciałabym móc powiedzieć: “poszukiwaczem prawdy”, ale wątpię, że na tejże mu specjalnie zależy. Dlaczego tak sądzę? Dzisiaj część druga dowodów.

UBECY SAMI O SOBIE

Rzadki i niezwykle cenny jest materiał zawarty w książce Małgorzaty Niezabitowskiej, dziennikarki, pisarki, scenarzystki, reporterki “Tygodnika Solidarność”, rzeczniczki prasowej rządu Tadeusza Mazowieckiego (1989-1991).

Niezabitowska została oskarżona o współpracę z SB o to, że była tajnym współpracownikiem SB o pseudonimie “Nowak”. IPN odmówił jej statusu osoby pokrzywdzonej. Po toczącym się od maja 2005 na wniosek Niezabitowskiej postępowaniu lustracyjnym w jej sprawie 11 czerwca 2006 sąd lustracyjny uznał, iż Niezabitowska nie była tajnym współpracownikiem SB. Kolejny uniewinniający wyrok w tej sprawie zapadł 11 stycznia 2007 roku. Sąd Apelacyjny w Warszawie w uzasadnieniu wyroku uznał m.in., że “Małgorzata Niezabitowska została zarejestrowana bez swojej wiedzy jako tajny współpracownik. Mimo że odmawiała spotkań z SB, prowadzący ją funkcjonariusz pisał raporty z tych spotkań. Znalazły się w nich informacje m.in. z podsłuchów założonych w jej mieszkaniu”. Po apelacji wniesionej przez IPN sprawa wróciła do sądu pierwszej instancji i była ponownie rozpatrywana. W 2010 Sąd Okręgowy umorzył postępowanie w związku z długotrwałą chorobą Małgorzaty Niezabitowskiej, która spowodowała, że wycofała się ona z procesu autolustracji.

Całą sprawę wraz z dokładnym przebiegiem procesu Małgorzata Niezabitowska opisała w książce “Prawdy jak chleba” (2007), a materiały SB wraz z metodą ich wytwarzania ujawniła na swojej stronie internetowej.

Książka ma dedykację: “Książkę dedykuję tym, którzy w papiery bezpieki wierzą jak w Pismo Święte“.

W jej procesie lustracyjnym na świadków powołani zostali ubecy – prowadzący ją podporucznik Grzelak i jego szefowie. Ich zeznania są bezcenną skarbnicą wiedzy o tym, jak pracowała SB, jak rejestrowano współpracowników bez ich wiedzy, jak prokurowano materiały i notatki z nieodbytych w rzeczywistości spotkań, jak kompilowano “donosy” przypisywane rzekomym tw, a pochodzące z innych źródeł.

Oto wybór cytatów z tej książki, którą nota bene warto przeczytać (szczególnie polecam ją panu Markowi Ciesielczykowi i tym, którzy jakże łatwo uwierzyli w jego bezpodstawne oskarżenia, którymi szasta bez analizy i zastanowienia).

To zapiski Małgorzaty Niezabitowskiej z okresu 19 stycznia 2005-10 stycznia 2007.

• W radiowym programie Moniki Olejnik, prezes IPN Kieres niespodziewanie, niepytany, oświadczył, że istnieją dokumenty nieznane nawet historykom Instytutu, a tylko jemu, od czterech lat. (…) Ostatnie stwierdzenie, rewelacja. Dotąd wiarygodność esbeckich papierów była, wedle pracowników Instytutu oraz jego szefa, niepodważalna. Teraz Kieres twierdzi, że należy je sprawdzić. A tak w ogóle trzeba działać z najwyższą ostrożnością, bo “materiały mogą być sfingowane”. Sfingowane? Dokumenty SB, tej najlepszej ze służb! Nareszcie prezes zaczyna mieć wątpliwości. (str. 242)

• “Łatwo lustruje się tych, których nie znamy, jeszcze lepiej tych, którzy są naszymi wrogami czy oponentami. Kiedy podejrzenie pada na bliską osobę, to mija zapał do poszukiwana prawdy i wymierzenia sprawiedliwości. Niedola prawdy polega na tym, że nie bardzo chcemy ją przyjąć, kiedy jest dla nas niewygodna”. To cytat z artykułu Jarosława Markowskiego “Czy teczki nas wyzwolą?” Tekst jest długi, a odpowiedź na tytułowe pytanie krótka: Nie. Autor podaje ją wraz z ostrzeżeniem: “Poruszając się w esbeckich materiałach, w sferze niedomówień, półprawd, fingowanych często ‘teczek’ można nigdy nie dojść tej prawdy, która ‘ma moc wyzwalającą’”. (str. 248)

• Dokumenty SB na swój temat ujawnił Lech Kaczyński. Ujawnił, bo, jak powiedział, “takie jest zapotrzebowanie społeczne”. “Teczka” kandydata na prezydenta nie zachowała się. Kaczyński opowiadał dziennikarzom, co robił naprawdę, akta natomiast podsumował krótko: “To wszystko jest ubecka, nieprawdziwa wizja świata.”

Zgadzam się w zupełności. Byłoby tylko dobrze, żeby Kaczyński tę ocenę rozciągnął także na inne materiały wytworzone przez bezpiekę. Jest bowiem tak, że orędownicy lustracji wierzą w papiery esbeków niczym w Słowo Boże. Wierzą, chyba że im to z jakiegoś przeważnie osobistego powodu, nie pasuje. Wówczas nagle, i tylko w jednostkowym przypadku, dotąd w pełni wiarygodne materiały stają się “ubecką, nieprawdziwą wizją świta.” Otóż nie! Dokumenty spreparowane przez podporucznika Grzelaka na Niezabitowską są równie nieprawdziwą wizją świata jak te, które na temat Kaczyńskiego wysmarowali funkcjonariusze i agenci z gdańskiej SB. (str. 270)

• Wiadomość z Lublina. Do tamtejszego oddziału IPN masowo zgłaszają się chętni, aby zajrzeć do “teczki”. Lecz nie swojej, tylko sąsiada, znajomego, krewniaka czy klienta. Oto najlepsze potwierdzenie zwycięstwa nowego ustroju, znak głębokiego przeorania świadomości.

W systemie totalitarnym nikt by nawet nie pomyślał żeby czytać cudze akta wytworzone przez tajną policję. Po pierwsze, nikt by im nie wierzył, po drugie, uważano by taki czyn za niegodny, stawiający ciekawskiego na równi z tymi, którzy zawodowo podsłuchiwali, podglądali, donosili, po trzecie wreszcie, nawet gdyby znalazła się osoba niemająca zahamowani, i tak by wiedziała, że materiały bezpieki są ściśle reglamentowane, dostęp ma wyłącznie władza.

A teraz? Żadnych skrupułów, raczej odwrotnie. Nietrudno się domyślić, że grzebanie w brudach ma służyć celom utylitarnym. Znalezienie haka na sąsiadkę, bratanka, partnera czy klienta może się przydać. No i poczucie, że wolno. Jeśli politycy zaglądają sobie nawzajem do “teczek”, wspomagani przez dziennikarzy i naukowców, a następnie wykorzystują materiały bezpieki, to przecież, uważają ludzie, my nie jesteśmy gorsi, mamy te same prawa. Całkowicie logiczne. Jest demokracja czy nie? (str. 271)

• W SB liczyła się statystyka, stwierdza w “Rzepie” (“Rzeczpospolitej” przyp. red.) pułkownik bezpieki Wiesław Poczmański i tłumaczy, jak werbowano tajnych współpracowników. W rzeczywistości oraz wyłącznie na papierze. Norma 10 agentów do pozyskania i prowadzenia, którą wprowadził minister Kiszczak, często przerastała możliwości funkcjonariusza, więc część “uzysku” istniała wyłącznie w dokumentach. “Gdy pracowałem w Pałacu Mostowskich, opowiada Poczmański, kierownik z jednej sekcji wezwał podwładnego. Patrząc mu w oczy powiedział ‘no i co?’. Podwładny: ‘Szefie, przyznaję się. Werbowałem martwe dusze, a fundusz operacyjny szedł do mojej kieszeni’. Zaskoczony szef na to: ‘Miałem właśnie powiedzieć, że otrzymujesz awans’. Takie przypadki zdarzały się”. A szefowie, przynajmniej niektórzy, dawali się oszukiwać i promowali łowców agentów, niekoniecznie prawdziwych.

Poczmański to doświadczony człowiek, przez 38 lat był oficerem Służby Bezpieczeństwa, przeszedł wiele szczebli, wspiął się wysoko. Wie, o czym mówi, a przede wszystkim chce mówić. Wśród byłych funkcjonariuszy jest wyjątkiem. Niestety. Dopiero zderzenie wiedzy, jak w przypadku byłego komendanta wojewódzkiego, ogromnej, z informacjami, które historycy czerpią z akt bezpieki, mogłoby doprowadzić do ustalenia prawdy, choćby jej części.

Na ostatnie pytanie jak ocenia tomy akt, które zapisali agenci i oficerowie SB, Poczmański odpowiada: “Wtedy i dzisiaj traktowałem je sceptycznie. W sumie te akta niosą bardzo przyczynkarską wiedzę o tamtych czasach. Opracowywać je powinny osoby nie tylko z wiedzą historyczną, ale też orientujące się jak te dokumenty powstawały. Istniał fundusz operacyjny, a funkcjonariusze mieli pieniędzmi wiązać agentów z SB. Trudno orzec, ilu funkcjonariuszy robiło to rzetelnie, a ilu chciało np. zabłysnąć przed szefami by awansować, dostać wyższy stopień oficerski itd. Mogę tylko stwierdzić, że w aktach jest wiele śladów ludzkiej ułomności”. (str. 282)

• Były podporucznik (Grzelak, “prowadzący” M. Niezabitowską ubek, wezwany do zeznawania przyp. M.P.B.) (…) tłumaczył, że pseudonim musiał się znaleźć w oświadczeniu (…) bo skoro na tej podstawie miano zarejestrować jako tw, to musiał być pseudonim. (…)

I tłumaczył, że spotkania, wedle wymogów SB, powinny się odbywać przynajmniej raz w miesiącu, “to był sprawdzian mojej pracy”, więc pisał, określał jako tw “Nowak”, a że niewiele miał do pisania to dokładał rzeczy prawdziwe, “ale uzyskane z podsłuchu telefonicznego, kontroli korespondencji, innych źródeł osobowych”. (str. 308)

• Podporucznik Grzelak o swoim przełożonym, pułkowniku Uryzaju:

Uryzaj też chciał się wykazać. Było ogromne ciśnienie na sukces, żeby dokonać pozyskań, pochwalić się ilością źródeł. Urywaj chwalił się przed swoimi przełożonymi. Statystyki przedkładano ponad wszystko. To był wykładnik pracy. Było założenie resortowe, że każdy pracownik operacyjny musiał pozyskać dziesięć źródeł osobowych do prowadzenia. (str. 310)

• “Chciałem być dobrym pracownikiem”, powiedział w pewnym momencie Grzelak. I, uważam, jest to klucz do tej sprawy. Młody podporucznik znalazł się w sytuacji, stworzonej częściowo przez niego samego, częściowo przez jego szefów, i starał się. Próbował nawiązać kontakt co było “męką, stresem”, nie wychodziło, inwigilował, a nuż MN uda się przyłapać na “konspiracji” i wówczas będzie można przymusić. W domyśle, grożąc więzieniem. Lecz się nie udało. Toteż kompilował, wytwarzał z informacji, co wielokrotnie powtarzał, prawdziwych, tylko pochodzących z innych źródeł. (str. 324)

• Zeznaje były funkcjonariusz SB Aleksander Minkowicz:

– Funkcjonariusze wyjaśnił niszczyli zapisy przeważnie szybciej, ponieważ mieli zakaz ujawniania środków technicznych swej pracy operacyjnej. To następowało tak, że pracownik był zobowiązany przetworzyć dokumenty otrzymane z biura techniki, przetworzyć w formie notatki służbowej bądź fikcyjnego doniesienia tw.

W momencie, kiedy usłyszałam, że informacje przetwarzano w fikcyjne doniesienia strzeliłam głośno w powietrzu palcami, wydając jednocześnie okrzyk “Uał!!”. (…) sędzia Kaniok oprzytomniał na tyle, że zadał pytanie:

– Pan chce powiedzieć, że funkcjonariusz miał obowiązek włożyć informacje z techniki w usta z innych źródeł?

– Tak – potwierdził Minkowicz, – przetworzyć to w formie doniesienia tw albo w formie notatki uzyskanej od innego źródła informacyjnego.

– Z czego wynikał ten obowiązek?- pytał dalej przewodniczący.

– Z instrukcji wewnętrznej… To co uzyskaliśmy przy użyciu techniki, nie tylko PT, ale także innymi środkami operacyjnymi, było przedstawiane w aktach jako uzyskane od źródeł osobowych. Zgodnie z instrukcją.

– Jaką? – odzyskał głos sędzia Pomianowski. – 006/70?

– Nie, 006, z roku siedemdziesiątego była instrukcją ogólną, do niej wydawano przepisy szczegółowe. Część z nich dotyczyła właśnie tego, o czym mówię. Chodziło o stosowane środki techniki żeby nie zostawiać dokumentów źródłowych.

– Pan mówi – włączył się rzecznik niepróbujący nawet ukryć swojego zdenerwowania – że fałszowaliście dokumenty, pisaliście nieprawdę?

– Nie fałszowaliśmy – kontynuował wyjaśnienia Minkowicz, w przeciwieństwie do rzecznika, spokojnym, rzeczowym tonem. – My tylko przesuwaliśmy źródła, zamiast technicznych wpisywaliśmy osobowe, ale zawartość była prawdziwa.

– Ale później nie wiedzieliście, co pochodzi skąd! – stwierdził Kaniok, jak na siebie z mocną emfazą. – Nie wiedzieliście czy daną informację naprawdę przekazał jakiś tw, czy w ogóle był aktywny, czy tylko wpisano mu? Czy to nie wprowadzało zamieszania, nie kłóciło się z logiką funkcjonowania tej instytucji? Jak można było odróżnić, co pochodziło od źródła, a co pochodziło z podsłuchu?

– To nie było łatwe – przyznał pułkownik dodając, że taka była specyfika pracy SB. (str. 331)

• Zeznaje były funkcjonariusz SB Aleksander Minkowicz:

– Funkcjonariusze mieli wręcz obowiązek, jak mówiliśmy, przenoszenia źródeł. A niektórzy nieumiejętnie przetwarzali informacje pochodzące z podsłuchu telefonicznego na notatki z rozmowy, np. z tw.

– Czy jako przełożony funkcjonariuszy, którzy stosowali te metody, nie obawiał się pan, że prowadzą fikcyjne źródła informacji? – zadał kolejne pytanie przewodniczący.

– Moi podwładni stosowali te metody, więc to było prawdopodobne. Można ich było podejrzewać o takie rzeczy stwierdził pułkownik. Bywał i taki pracownik, który przyniósł jedną informację z miasta i potrafił z niej zrobić około dwudziestu notatek. To mu się wytykało: “ty tu siedzisz i przepisujesz to samo na różne sposoby”. (str. 332)

• Zeznaje pułkownik Uryzaj:

– Pani Niezabitowska – podsumował pułkownik – była martwą duszą na szachownicy naszej gry operacyjnej. (str. 340)

• (…) Podkreślał wielokrotnie, że “rejestracja nastąpiła bez faktycznego pozyskania”, “bez wiedzy i zgody pani Niezabitowskiej” i że to on podjął decyzję. Pamiętał, że była jedna, podstawowa rozmowa, drugiej sobie nie przypominał, że “lojalka,” jaką widział, miała w podpisie nazwisko nie pseudonim, że “Nowak” został wymyślony przez oficera prowadzącego. (…)

Mówił też, że od samego początku od momentu rejestracji domagał się pisemnych relacji sporządzonych przez panią Niezabitowską, ale nigdy ich nie było. Nie dochodziło też do rozmów ze mną, choć Grzelak się starał. Więc “kompilował”, “kompilował”. To słowo powtarzało się przy kolejnych raportach Grzelaka, a jego szef wskazywał skąd mogły brać się zawarte w nich informacje: z techniki operacyjnej, z innych komórek organizacyjnych Resortu, a także od prawdziwych tw, bo “nie zawsze chciano i nie zawsze ujawniano prawdziwe źródła osobowe.” (str. 341)

• “Esbek założył fałszywą teczkę tajnego współpracownika”.

I kto to mówi? Ten, któremu “teczkę” założono? a może zoologiczny przeciwnik lustracji, który chce ją skompromitować? Pudło. Tak twierdzą prokuratorzy IPN. “Wedle naszych ustaleń teczka ojca Wołoszyna została sfabrykowana przez oficera SB”, powiedział prokurator Góra z toruńskiego oddziału Instytutu. Dalej nawet mocniej: “Na podstawie ówczesnych przepisów dotyczących rejestracji i pozyskania tajnych współpracowników funkcjonariusze SB mogli bez przeszkód spreparować teczki.”

To powinna być sensacja dnia, więcej, roku. Nas, Polaków, czeka przecież prawdopodobnie totalne lustrowanie, a jakoś nie widzę tytułów: “Prokurator IPN przyznaje: esbecy mogli preparować ‘teczki’” albo “Fałszywki ‘teczek’ możliwe bez przeszkód, twierdzi IPN”. (str. 408)

MOJA SPRAWA I “TECZKA”

Oba te istotne źródła historyk profesor A. Friszke i potwierdzone przez sąd zeznania ubeków w wygranym przez nią procesie Małgorzaty Niezabitowskiej, potwierdzają to, co wiem na swoim przykładzie:


1. rejestracja jako tw odbywała się często bez wiedzy osoby rejestrowanej,

2. ubecy nadawali takim osobom pseudonimy bez ich wiedzy (prawdziwy tw musiał własną ręką podpisać swoje zobowiązanie do współpracy nie tylko nazwiskiem, ale także pseudonimem, aby można było uznać, że został zwerbowany i faktycznie podjął współpracę),

3. ubecy potrzebowali sukcesów do pokazania przełożonym, mieli rygorystyczne statystyczne normy do wykonania, więc udawali, że kontakt z zarejestrowanymi osobami trwał podczas gdy osoby te nie spotykały się z nimi i nie przekazywały informacji,

4. ubecy tworzyli notatki o nieodbytych spotkaniach,

5. ubecy tworzyli “donosy” wkładali w usta zarejestrowanych informacje, które pochodziły z innych źródeł (podsłuchy i inne osoby) albo informacje powszechnie dostępne (te ostatnie nie kwalifikowały się w ogóle jako donosy)

6. teczki prawdziwych tw zawierały osobiście napisane doniesienia lub pokwitowania odbioru pieniędzy czy prezentów.

Punkty te dokładnie opisują mój przypadek:


1 i 2. Wymuszone przez ubeka po długim przesłuchaniu zobowiązanie do zachowania w tajemnicy spotkania i udzielania informacji jest podpisane wyłącznie moim imieniem i nazwiskiem – nie ma tam pseudonimu, bo nie nawiązałam współpracy i nie zamierzałam zastosować się do zobowiązania. Nie miałam więc pojęcia, że mimo odmowy współpracy na drugim i ostatnim spotkaniu, zostałam fikcyjnie zarejestrowana i ubek nadał mi jakiś pseudonim.

3 i 4. Odbyłam z ubekiem 1 spotkanie na wezwanie w komendzie milicji Warszawa-Mokotów, a potem zjawiłam się raz jeszcze, by go poinformować, że nie zamierzam z nim spotykać się więcej ani udzielać mu żadnych informacji. Nigdy potem się z nim nie spotkałam. Raz przyszedł na wydział (to według ich żargonu tzw. “zetknięcie”), ale odmówiłam rozmowy. Raz przyszedł do domu, gdzie mój mąż odprawił go z kwitkiem. Jak jednak bywało często, ubek sprokurował notatki z paru innych spotkań, których nigdy nie było, co udowodniłam dokumentami.

5. Tzw. “donosy” zawierają powszechnie znane i dostępne informacje o moich kolegach z Instytutu Anglistyki.

6. W mojej teczce nie ma oczywiście nic napisanego moją ręką ani podpisanego przeze mnie.

 

GŁOS RZEKOMEJ OFIARY “MOJEGO DONOSU”

Wśród wymyślonych przez “mojego” esbeka informacji, na owym jednym z paru spotkań, które w rzeczywistości się nie odbyły, miałam rzekomo złożyć donos na mojego dyrektora Instytutu Anglistyki (IA) prof. Jerzego Rubacha, światowej sławy fonologa, profesora zarówno Uniwersytetu Warszawskiego jak i University of Iowa.

Po 27 latach skontaktowałam się z nim z zapytaniem o to, czy miał jakieś trudności z SB. Pokazałam mu dokument, który tutaj publikuję. Oto oświadczenie, które na moje ręce złożył w tej sprawie prof. Rubach:

Zacznę od Twego pytania o moje kontakty z SB. Kontakt z SB, dokładniej z osobą przedstawiającą się jako oficer kontrwywiadu miałem tylko raz w życiu. Było to we wrześniu 1984, w dzień po tym, jak wróciłem z Holandii, aby od października podjąć funkcję dyrektora Instytutu Anglistyki, na którą zostałem wybrany w czerwcu tego samego roku. Zgłosił się do mnie jakiś pan, który przedstawił się jako porucznik kontrwywiadu.

Celem rozmowy było wystraszenie mnie, że jako dyrektor będę celem działania obcych służb wywiadowczych (sic!). Szczególnie mnie uczulał na sposób prowadzenia rozmowy na ew. spotkaniach w British Council i w Ambasadzie USA. Zapytałem, jakie to tajemnice mógłbym przez nieuwagę przy takiej rozmowie przypadkiem ujawnić i nie czekając na odpowiedź zreferowałem mu w największym zaufaniu moją nową teorię jerów. Postawiłem śmiałą tezę, że choć wszyscy twierdzą, że jery wymarły w XII wieku, to ja twierdzę, że one do dzisiaj żyją, tylko tyle że są samogłoskami abstrakcyjnymi i nie są nigdy wymawiane. Istnieją jednak w underlying representation jako ‘floating segments’ czyli segmenty pływające (dureń nie wiedział, co to jest underlying representation). Poprosiłem por., aby nie rozpowiadał o mojej teorii, bo artykuł nie jest do końca rozpracowany a w nauce zdarzają się kradzieże pomysłów.

Nie kłamałem. W 1986 roku opublikowałem w Holandii ten artykuł o jerach: “Abstract Vowels in Three-Dimensional Phonology: the Yers”, The Linguistic Review 18 (1986), 247-280. Uczynił mnie on sławnym na cały świat i bardzo ułatwił profesury gościnne. Porucznikowi podziękowałem za ostrzeżenie o potencjalnym namierzaniu mnie przez obce służby i zapewniłem, że gdyby taki przypadek zaszedł, to natychmiast zamelduję o tym rektorowi i poproszę MSW o ochronę. Nigdy po tej rozmowie z września 1984r. ani ja do nich ani oni do mnie się nie zgłosili. Nigdy też, nawet podczas tej rozmowy, nie proponowali mi współpracy. Mojego nazwiska nie było na liście Wildsteina. Skorzystałem z prawa III RP i napisałem do IPN pismo, aby ujawnili mi moją teczkę w MSW. Chciałem wiedzieć, jakie były na mnie donosy, gdyż to, że jakieś musiały być było prawdopodobne, gdyż w 1986r. zostałem wybrany Dyrektorem IA. Otrzymałem odpowiedź, że w aktach moich nie ma żadnych donosów ani żadnej dokumentacji SB. Są jedynie moje podania paszportowe. Nie było więc sensu iść i zaglądać do mojej teczki w IPN.

Konkludując, ten Twój “donos” nie trafił do mojej teczki. Nie dziwię się zresztą, gdyż ma zero informacji. Jest to bardzo dobra opinia o mnie. Gdybym wierzył, że faktycznie to powiedziałaś, musiałbym stwierdzić, że wręcz mnie wybieliłaś, bo oprócz tego, że dużo paliłem, lubiłem i do dzisiaj lubię wypić (choć nie upijać się). Jedyną obiekcję, którą mogę zgłosić to to, że za mało powiedziałaś o moich talentach naukowych, a myślę, że już wtedy dobrze się zapowiadałem (doktorat w 26. roku życia, habilitacja w 33. roku, w 1984 roku publikacja monografii w Holandii, co przyniosło mi sławę).

Przypominam, że na spotkaniach z Polonią pan Marek Ciesielczyk mówił ze zjadliwością: “Jeżeli esbecy wiedzieli, że człowiek chce kandydować na dyrektora Instytutu to mieli go w garści. Przecież oni mogli zrobić wszystko, on mógł zostać albo nie zostać szefem Instytutu, gdyby SB chciała go zwerbować, to mieliby argumenty, prawda? A jeszcze tu jest taka informacja, że często wyjeżdża za granicę, zabiega o te wyjazdy. Kto mógł wyjechać z PRL? Jak ktoś miał konflikt z SB to mógł zapomnieć o wyjazdach, tak więc była to ważna informacja.”

Totalny nonsens. Wybory na dyrektora Instytutu nie miały nic wspólnego z SB – odbywały się poprzez wysoce sformalizowane głosowanie Rady Wydziału. Taki komentarz pokazuje kompletny brak wiedzy pana Ciesielczyka o mechanizmach działania uczelni wyższych. Pracownicy Instytutu Anglistyki stale wyjeżdżali na stypendia, a studenci na letnie wyjazdy do pracy i aby szlifować język i nie był to żaden wyjątek. To, że ktoś wyjeżdżał (o czym ubecja doskonale wiedziała), to żadna ważna informacja, a to, że będzie kandydował na dyrektora – ogólnie znany fakt.

Tak więc mamy głos najważniejszy – samego prof. Rubacha.

Chyba więcej nie trzeba. Panie Ciesielczyk, ma pan tutaj to, co sam pan powinien był sprawdzić zanim zdecydował się pan publicznie oczerniać niewinnych ludzi – żadne donosy na prof. Rubacha nie zaszkodziły mu, bo ich nigdy nie było.

WNIOSKI

1. Niewiele wiedzą albo chcą wiedzieć “lustratorzy” tacy jak pan Marek Ciesielczyk. Pokazują tylko to, co wzbudza sensację, ignorując fakty, ważne dowody kłamstw ubeków, nie dając głosu oskarżanym. Pan Marek Ciesielczyk przyjeżdża do Kanady, gdzie od 27 lat działam na rzecz Polski, Polonii i Kanady, pracuję społecznie i cieszę się szacunkiem, i wymienia mnie na swojej liście, nie wspominając, że moja “teczka” jest cieniutka i nic w sobie nie ma, ba, jest teczką osoby zarejestrowanej bez jej wiedzy. Przez takie działania, których nie stosowałby żaden historyk, w pamięci słuchaczy pozostało tylko jedno – ci ludzie donosili. A potem to właśnie jest opowiadane innym na imieninach, grillach, spotkaniach czy u fryzjera. Ludzie kochają igrzyska, sensacje, afery. A plotka wędruje szybko i daleko.

2. To bezgraniczne zaufanie “badaczy prawdy” do ubecji, do jej uczciwości (sic!) i zasad, jest chichotem historii, ostateczną zemstą PRL-u i SB nad ofiarami i powodem, dla którego nasze polskie społeczeństwo jest tak skłócone. Wypowiedź wybitnego eksperta historyka prof. Friszke oraz informacje o pracy SB ujawnione przez samych funkcjonariuszy w procesie Małgorzaty Niezabitowskiej, to solidna wiedza, która powinna dać do myślenia ludziom, którzy nią nie dysponują.

3. Nie byłam agentem (tw) “Maria”. Tak jak ubecy uczynili w sprawie Małgorzaty Niezabitowskiej, “mój ubek” zarejestrował mnie bez mojej wiedzy i dopisał do dwóch faktycznie odbytych, cztery dodatkowe spotkania, które nigdy się nie odbyły, napisał notatki służbowe zawierające wiele wymyślonych i kłócących się z faktami informacji (w tym owe “donosy”, które sprokurował, co było typową praktyką w SB). Jak widać w teczce, nie przybrałam pseudonimu, nic nigdy nie napisałam własną ręką, nie ma tam żadnych pokwitowań.

•••

Zamykam ten rozdział w moim życiu – przekazuję oba artykuły IPN do załączenia do mojej teczki i radzę panu Markowi Ciesielczykowi, aby na przyszłość nie udawał, że nie zna przedstawionych przeze mnie faktów.

Wszystkim, którzy mnie wspierali w tym trudnym dla mnie czasie, z serca dziękuję.

Wszystkim, którzy, mimo że znają mnie osobiście, uwierzyli w ubecką wersję, zalecam więcej lektur.

KONIEC

Małgorzata P. Bonikowska

Poprzednie dwa artykuły:

Czy byłam agentką SB TW “Maria”, czyli jak walczący o “prawdę” wierzą SB

Prawda czy sensacja? Kulisy ujawniania agentów SB w Polonii (cz. 1)

Artykuły o Marku Ciesielczyku:

Artykuł 1

Artykuł 2

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

7 Comments

  1. Jozefa Czajka on

    Z takim jak Ciesielczyk to nawet nie warto dyskutowac. Strata czasu. Malgosia przeciez nikomu zadnej krzywdy nie zrobila wiec po co tacy narwani jak Ciesielczyk robia bohaterow z siebie, liczac ze moze przez to znajdzie dla siebie jako sptrzyjajacego PIS-owi tropiciela agentow w Polonii jakas dobra posade w Polsce, bo do Senatu mu sie nie udalo. Na spotkaniu rok temu powiedzialam mu, zeby znalezc agentow w Kanadzie to trzeba zeby sprawdzil jakich ludzi w Polonii mieli na kontakcie rezydenci wywiadu, czy kontrwywiadu w konsulatach, czy ambasadzie w Ottawie. Odpowiedzial, ze jak ujawniony bedzie zbior zastrzezony IPN-u. Niestety tego nie zrobil bo mialby dobre zrodlo osob. Poza tym na pewno nie jest ujawniony caly zbior zastrzezony bo musieliby ujawnic takze wszystkich TW i KO (kontakt operacyjny) z Departamentu IV MSW. Czyli 99.99% ksiezy i biskupow z ktorymi kontaktowali sie systematycznie oficerowie. Wiec tym ludziom i tej wladzy wierzyc nie wolno. Poza tym praca dla wywiadu, czy kontrwywiadu tj. dzialalnosc patriotyczna na rzecz Polski niezaleznie od wladzy i ustroju politycznego. Co innego jesli ktos byl agentem Dep. IV (kler) albo Dep. III czyli ochrona zakladow pracy przed skutkami niezadowolenia pracownikow, strajkami, albo dywersja i sabotazem. To moglo byc donoszenie na kolegow. Czy nie mam racji.

    • Malgorzata P. Bonikowska

      Dziękuję za miłe słowa, Pani Józefo, ale czy to kontrwywiad czy SB, nie podjęłam żadnej współpracy, co wykazałam w swoich artykułach i co potwierdził prof. Rubach. Napisałam te artykuły, aby pokazać mało wiedzący czytelnikom jak kombinował aparat bezpieki, jak produkowali papiery w teczkach itp. Oczywiście jeśli w czyjejś teczce są pisane własną ręką donosy czy pokwitowania, to musi udowodnić, że podrobiono jego podpis itp. (co zdarzało się w przypadku bardzo ważnych osób, a ja taką nie byłam) – w mojej nie ma NIC. Warto po prostu poznać metody pracy tych służb, co sami ujawniają zeznając na procesie M. Niezabitowskiej. To też pokazuje jak funkcjonują “łowcy sensacji” i ci, którzy przyjmują wszystko bez próby najmniejszej analizy i bez wiedzy – “huzia na Józia”. Pozdrawiam!

  2. Jerzy Sędziak on

    “Inną przypowieść im przedłożył: «Królestwo niebieskie podobne jest do człowieka, który posiał dobre nasienie na swej roli. Lecz gdy ludzie spali, przyszedł jego nieprzyjaciel, nasiał chwastu między pszenicę i odszedł. A gdy zboże wyrosło i wypuściło kłosy, wtedy pojawił się i chwast. Słudzy gospodarza przyszli i zapytali go: “Panie, czy nie posiałeś dobrego nasienia na swej roli? Skąd więc wziął się na niej chwast?” Odpowiedział im: “Nieprzyjazny człowiek to sprawił”. Rzekli mu słudzy: “Chcesz więc, żebyśmy poszli i zebrali go?” A on im odrzekł: “NIE, BYŚCIE ZBIERAJĄC CHWAST NIE WYRWALI RAZEM Z NIM I PSZENICY. Pozwólcie obojgu róść aż do żniwa; a w czasie żniwa powiem żeńcom: Zbierzcie najpierw chwast i powiążcie go w snopki na spalenie; pszenicę zaś zwieźcie do mego spichlerza”»…
    Wyjaśnienie: “Rolą jest świat, dobrym nasieniem są synowie królestwa, chwastem zaś synowie Złego. Nieprzyjacielem, który posiał chwast, jest diabeł; żniwem jest koniec świata, a żeńcami są aniołowie. Jak więc zbiera się chwast i spala ogniem, tak będzie przy końcu świata. Syn Człowieczy pośle aniołów swoich: ci zbiorą z Jego królestwa wszystkie zgorszenia i tych, którzy dopuszczają się nieprawości, i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów” (Mat. 13:24-43).
    Może ta ewangeliczna przypowieść pomoże wreszcie czytelnikom zrozumieć, że walka na teczki po tylu latach jakie minęły od upadku komuny nie tylko nie ma sensu, ale i niesie z sobą poważne ryzyko. Wyrywając chwasty, można skrzywdzić wielu niewinnych ludzi. I w tym tkwi całe sedno sprawy. Polska jest teraz jak pole pszeniczne obficie zarosłe chwastami. A co się tyczy teczek, kto wie co w nich podopisywano lub poprzerabiano w ciągu minionych 28 lat? Bardziej wiarygodne byłyby zeznania żyjących jeszcze świadków tamtych wydarzeń. Tylko gdzie ich teraz szukać? Gdyby rząd Jana Olszewskiego nie został obalony przez agentów którzy dorwali się do władzy, nasz stary kraj byłby dzisiaj wolny. A igrzyska teczkowe, walka teczkami, polityczna gra teczkami, czynią więcej złego niż dobrego. Czas to zrozumieć.

    • Malgorzata P. Bonikowska

      To nie moja inicjatywa! A zeznania żyjących ma Pan – mojego dyrekora Instytutu prof. Rubacha, a w segmencie o ubekach – samych ubeków, którzy jasno pokazują metody i techniki pracy SB. Te artykuły to moja odpowiedź na niegodne działania, które podjęto wobec mnie po 33 latach (tak, 33 latach!!!), aby zniszczyć moją ciężką pracę, dobre imię i zrobić sobie rozgłos. Wybaczy Pan, ale ławto to wszystko ignorować i dezawuować kiedy nie dotyczy Pana, ale przypominam ważny cytat z książki M. Niezabitowskiej: ““Łatwo lustruje się tych, których nie znamy, jeszcze lepiej tych, którzy są naszymi wrogami czy oponentami. Kiedy podejrzenie pada na bliską osobę, to mija zapał do poszukiwana prawdy i wymierzenia sprawiedliwości. Niedola prawdy polega na tym, że nie bardzo chcemy ją przyjąć, kiedy jest dla nas niewygodna”. To cytat z artykułu Jarosława Markowskiego “Czy teczki nas wyzwolą?” Tekst jest długi, a odpowiedź na tytułowe pytanie krótka: Nie. Autor podaje ją wraz z ostrzeżeniem: “Poruszając się w esbeckich materiałach, w sferze niedomówień, półprawd, fingowanych często ‘teczek’ można nigdy nie dojść tej prawdy, która ‘ma moc wyzwalającą’”. I tyle. Dla mnie sprawa jest zamknięta, choć wiem, że dalej jst rozrabiana, wykorzystywana i rozprowadzana z masą dodatkowych klamstw, ktorych nie ma nigdzie w żadnych papierach. Tak ot, dla zniszczenia bliźniego. Pozdrawiam Pana.

  3. Joanna Krzak on

    Chylę czoła przed Panią – oba te artykuły to majstersztyki. To wielka lekcja historii pokazująca jak fabrykowano materiały na niewinnych ludzi. Nie znam Pani osobiście, ale bardzo Pani współczuję. Zapoznałam się ze sprawą i jak można porównywać Pani sytuację z sytuacją innych osób, które faktycznie donosiły, przyjmowały pieniądze i prezenty, pisały donosy swoją ręką??? Jeśli ktoś nadal przypisuje Pani to, że była Pani agentem to znaczy, że chce Pani po prostu zrobić krzywdę. A swoją drogą, zanim się publicznie oskarży ludzi, to powinno się wszystko dokładnie zbadać – powinna Pani podać tego Ciesielczyka do sądu.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.