Prawda czy sensacja? Kulisy ujawniania agentów SB w Polonii (cz. 1)

15

Do Kanady i USA przyjechał z Polski pewien człowiek, który przywiózł rewelacje o agentach SB w Polonii. Znalazłam się na tej jego liście. Przed jego spotkaniami publikowałam artykuł na temat teczki “Maria”. W tym dwuczęściowym artykule zamieszczam wywiad z wybitnym historykiem prof. Andrzejem Friszke o lustracji i “mojej sprawie”, a za tydzień ciekawe informacje o metodach pracy ubeków, pochodzące z ich własnych zeznań w sądzie. Czas na nieco solidnej wiedzy, zamiast taniej sensacji i maniplacji.

Pan Marek Ciesielczyk, radny z Tarnowa, jest tropicielem agentów. Chciałabym móc powiedzieć: “poszukiwaczem prawdy”, ale nie jestem pewna, czy na tejże mu specjalnie zależy. Dlaczego tak sądzę?

Kiedy “Gazeta” dostała informacje, jak wszystkie inne media polonijne, że pan Ciesielczyk wybiera się znowu do USA i Kanady z kolejnymi rewelacjami, potraktowaliśmy to zgodnie z tym, co zawsze słyszeliśmy o panu Ciesielczyk i z tego kontynentu, i z Europy (Polski i z innych krajów, z którymi wiązało się jego życie do roku 1992 i gdzie jest dobrze znany). Wiedząc, jak prowadzone są takie akcje, nie zainteresowaliśmy się tym, bo te polowania na czarownice nie budzą zaufania, a zresztą nas nie dotyczą. Gdybym wiedziała, że stanę się jedną z bohaterek spotkań pana Ciesielczyka z Polonią, przybyłabym na te w Toronto i okolicach. Niewinni nie mają się czego bać. Niestety, pan Ciesielczyk nie działał fair nie zaprosił mnie ani nie powiadomił, że będzie sobie po mnie hasał, starając się zbrukać moje dobre imię.

Jest różnica między działającymi w dobrej wierze ludźmi takimi jak jak historycy studiujący czasy PRL a osobami takimi jak pan Ciesielczyk. Tamci badają, starają się poznać obie strony, a sąd, który daje głos i oskarżycielom i oskarżonym, decyduje jak było. Kiedy pan Ciesielczyk ogłaszał swoje rewelacje na przełomie maja i czerwca 2017 roku w Vancouver, Tacomie, Edmonton, Calgary, Toronto i Brampton, znał mój szczegółowy i wyczerpujący artykuł z maja, gdzie opisałam kłamstwa ubeka, z którym miałam do czynienia w 1984 roku. Znał, bo sięgał po “Gazetę”, np. aby zacytować jeden z moich felietonów (po co, notabene, nie mam pojęcia). Ciekawe, że ani razu o tym kluczowym artykule nie wspominał, wkładając słuchaczom do głów wersję ubecji, mimo że jasno wykazałam kłamstwa SB popierając to dokumentami.

Wyraźnie nie chodzi panu Ciesielczykowi o prawdę, ale o sensację i manipulacje, które umożliwią mu kolejne wizyty w turystycznie atrakcyjnych rejonach świata.

Wróćmy jednak do meritum sprawy.

Pan Ciesielczyk przedstawił “dowody” na to, że DONOSIŁAM do ubecji na dwóch moich kolegów z Anglistyki UW.

Donosy, z definicji, to takie informacje, które może przynieść tylko informator (tajny współpracownik, tzw. tw), a nie coś co wiedzą wszyscy i co można uzyskać skądkolwiek. Donos to na przykład sprawozdanie z tego, co ktoś mówił na jakimś zamkniętym spotkaniu, jakie ktoś inny ma poglądy polityczne, powiadomienie SB, że ktoś ma w swoim życiorysie jakieś incydenty, które mogą posłużyć SB do szantażowania danej osoby.

Poniżej Dokument 1 pisany ręką ubeka ów dokument w mojej “teczce”, gdzie ubek informuje o moich “cennych” donosach.

Po pierwsze, takiego spotkania nie było, bo po dniu 26 marca nie miałam już nigdy kontaktu z tym człowiekiem. Po drugie, sfabrykowane przez niego “doniesienia” nie mają żadnego sensu gdyż:

• Jerzy Rubach – mój mistrz, wybitny językoznawca, który był niedoścignionym naukowym ideałem dla mnie, najpierw jako studentki, a potem przez lata mojej pracy na Anglistyce, dyrektor mojego Instytutu i wspaniały kolega. Rzekome informowanie przeze mnie SB o tym, że Jerzy Rubach często wyjeżdża, to absurd: oni przecież wiedzieli lepiej ode mnie jak często wyjeżdżał, bo mieli każdy jego wniosek paszportowy w aktach i decydowali czy wyjedzie czy nie. Informacja, że zamierza starać się o stanowisko dyrektora Instytutu była powszechnie znana. Pali, nie pije to równie “cenne informacje operacyjne”. Może gdyby pił, co byłoby to coś dla ubecji do wykorzystania…

• Piotr Sadowski – mój przemiły i super zdolny kolega z roku, a potem kolega z pracy na Anglistyce. On akurat żadnych problemów z doktoratem nie miał. Niezwykle zdolny, zrobił karierę naukową i zawsze był wybitnie utalentowany naukowo. Kompletna bzdura.

SENSACJE
PANA CIESIELCZYKA

Pan Ciesielczyk informował uczestników spotkań (nagrania są na YouTube), że: “Małgorzata Pogorzelska-Bonikowska była zarejestrowana jako tajny współpracownik komunistycznej Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie ‘Maria’. Podpisała zobowiązanie do współpracy, która przyniosła jej korzyść w postaci akceptacji przez SB jej wyjazdów stypendialnych do Wielkiej Brytanii oraz przekazywała Wydziałowi Drugiemu Departamentu Drugiemu SB, czyli kontrwywiadowi zajmującemu się Wielką Brytanią, informacje mogące zaszkodzić osobom, których te donosy dotyczyły“.

Jak widać, z jednego wyjazdu zrobiły się “wyjazdy stypendialne” w liczbie mnogiej, a ponadto, jak wyjaśniałam w szczegółach w poprzednim artykule, to właśnie moja odmowa podjęcia współpracy na drugim spotkaniu spowodowała, że ubecja wydała nakaz opóźnienia wydania mi paszportu o półtora miesiąca, praktycznie uniemożliwiając mi odbycie kursu Master of Arts in Language Studies, na który jechałam. Korzyści więc nie było, a raczej było spore ryzyko, że z wyjazdu będą nici, na co byłam przygotowana.

Najcenniejsze jednak jest, jak żądny sensacji pan Ciesielczyk interpretuje te moje “donosy” i ich potencjalną krzywdę dla owych dwóch osób. “Te informacje dotyczyły takich sfer życia tych ludzi, że SB mogła to wykorzystać przeciwko nim dlatego to było naprawdę istotne“.

Oto co pan Ciesielczyk zapodał na spotkaniach z Polonią w USA i Kanadzie:

• Jerzy Rubach. Otóż sprokurowany przez niezbyt inteligentnego ubeka “donos” miał, zdaniem pana Ciesielczyka, zagrozić Jerzemu Rubachowi. Jak? Pan Ciesielczyk mówi do zgromadzonych: “Jeżeli esbecy wiedzieli, że człowiek chce kandydować na dyrektora Instytutu to mieli go w garści. Przecież oni mogli zrobić wszystko, on mógł zostać albo nie zostać szefem Instytutu, gdyby SB chciała go zwerbować, to mieliby argumenty, prawda? A jeszcze tu jest taka informacja, że często wyjeżdża za granicę, zabiega o te wyjazdy. Kto miał konflikt z SB to mógł zapomnieć o wyjazdach, tak więc była to ważna informacja.

Totalny nonsens. Wybory na dyrektora Instytutu nie miały nic wspólnego z SB odbywały się poprzez wysoce sformalizowane głosowanie Rady Wydziału. Taki komentarz pokazuje kompletny brak wiedzy pana Ciesielczyk o mechanizmach działania uczelni wyższych. Pracownicy Instytutu Anglistyki stale wyjeżdżali na stypendia, a studenci na letnie wyjazdy do pracy i aby szlifować język i nie był to żaden wyjątek. To, że ktoś wyjeżdżał (o czym ubecja doskonale wiedziała), to żadna ważna informacja, a to, że będzie kandydował na dyrektora ogólnie znany fakt.

• Piotr Sadowski. Tu już doprawdy pan Ciesielczyk wykazał się nie tylko bujną wyobraźnią, ale i ewidentną ignorancją na temat zasad działania środowisk naukowych. Opowiadał bowiem z ogromną zjadliwością: “Jak się państwo domyślacie, no, można mu było pomóc. Chłop miał trudności to SB mogła powiedzieć ‘no słuchaj, bracie, skończysz tą pracę za dwa tygodnie, my ci gotową pracę przyniesiemy, a poza tym cała komisja jest w naszym ręku, to w ogóle nie będzie egzaminu, dostaniesz zaocznie ten dyplom.’ To były bardzo ważne informacje“.

Pomysł iście szalony. Dziwne, że taki rzekomo naukowo utytułowany człowiek jak pan Ciesielczyk nie ma pojęcia o tym, co wie każdy magister-asystent: doktoratu nikt nikomu nie napisze, bo to może zrobić tylko sam naukowiec o konkretnym dorobku, mający oryginalny i znany w środowisku naukowym w kraju i za granicą dorobek w swojej dziedzinie. Skąd pan Ciesielczyk czerpie taką wiedzę (niewiedzę) jeśli sam pisał doktorat, jak twierdzi, te proste prawdy powinny być dla niego oczywiste.

Myślę, że tak jak w poprzednim przypadku, pan Ciesielczyk może wie jak jest, ale jego słuchacze nie i pan Ciesielczyk gra na wywołanie sensacji.

Pan Ciesielczyk nie ma żadnych skrupułów mimo tego, że jasno wykazałam kłamstwo ubeka, który w notatce z 18 grudnia 1985 opisuje spotkanie ze mną odbyte rzekomo 11 grudnia 1985, a ja wówczas płynęłam statkiem z Anglii do Polski (przyjechałam 13 grudnia, co wykazałam stemplami z paszportu w pierwszym artykule) i mówi na spotkaniu: “Zaś w notatce służbowej z 18 grudnia 1985 czytamy: ‘Wymieniona poinformowała mnie (11 grudnia), że w okresie listopad 84-wrzesień 85 była na stypendium British Council w Wielkiej Brytanii w Lancaster, stwierdziła, że nie odpowiada jej kontakt ze Służbą Bezpieczeństwa. Proponuję rozwiązać współpracę i złożyć materiały w Biurze C MSW, doniesienia zostaną dołączone do teczki personalnej Marii.’ I tutaj możecie powiedzieć państwo tak: ‘no dobrze zerwała współpracę i powinniśmy się z tego cieszyć, prawda’? Otóż, oczywiście, że można by tak powiedzieć tylko, że ona zerwała współpracę dopiero wtedy jak osiągnęła swój cel czyli wyjazd stypendialny do Wielkiej Brytanii.”

Dwie bzdury – spotkanie 11 grudnia nie odbyło się, bo i jak na statku z Anglii?, a do tego ubek po raz kolejny włożył mi w usta rzeczy, których nie mogłam powiedzieć. Otóż mój wyjazd został przedłużony do końca listopada 1985, o czym on nie wiedział, bo nie miał już ze mną od wielu miesięcy kontaktu. Początkowo miałam faktycznie wrócić do Polski do końca września 1985, ale ponieważ mój wyjazd do Anglii się opóźnił, a ja skończyłam kurs w terminie i to z wyróżnieniem, British Council przedłużył mi stypendium do roku.

A zatem bzdura na bzdurze.

GŁOS EKSPERTA


Prof. Andrzej Friszke to wybitny polski historyk specjalizujący się w historii najnowszej, profesor nauk humanistycznych, wieloletni członek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej i członek Rady IPN, członek korespondent PAN. Przewodniczący zarządu Stowarzyszenia Archiwum Solidarności, członek kolegium Europejskiego Centrum Solidarności oraz rady Muzeum Historii Polski. Członek Stowarzyszenia Pracowników, Współpracowników i Przyjaciół Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa Imienia Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Autor 17 książek. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim i Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Prof. Andrzej Friszke, laureat Nagrody Historycznej KLIO (2016 rok) za książkę “Rewolucja Solidarmości 1980-1981”. Nagroda jest przyznawana od 1995 roku autorom książek i ich wydawcom za szczególny wkład w popularyzację historii A.Rybczyński PAP

Jak widać z biografii pana profesora, to najwyższa półka ekspercka w kwestii lustracji. Po całej tej historii z panem Ciesielczykiem miałam przyjemność przeprowadzić z nim wywiad o lustracji w Polsce. Pan professor był tak uprzejmy, że obejrzał też moje dokumenty, a także zapoznał się z nagraniami ze spotkań pana Ciesielczyka dotyczącymi mojej osoby.

Oto nasza rozmowa.

M.P.B.: Z perspektywy Pana historyka, który się zajmuje tym tematem, jak Polska poradziła sobie ze swoją przeszłością, szczególnie w porównaniu z innymi krajami, np. z NRD, gdzie lustracja została przeprowadzona dużo wcześniej?

A.F.: Często podawany jest ten przykład, ale on jest chybiony, dlatego, że NRD przestała istnieć jako państwo została wchłonięta przez Republikę Federalną, a zatem cały aparat państwowy został zlikwidowany i zastąpiony przez dojrzały, uporządkowany, mający swoje silne tradycje aparat Republiki Federalnej. Dotyczy to wszystkiego wojska, policji, służb specjalnych, wywiadu, edukacji. W związku z tym porównywanie tego z państwem, które ma ciągłość, jest chybione.

Czy Polska sobie dobrze poradziła? Nie, nie poradziła sobie dobrze dlatego, że cała lustracja została wkomponowana w wojnę wewnętrzną różnych frakcji. Materiał teczkowy został potraktowany przez stronę nazwijmy ją “antyestablishmentową” jako narzędzie walki politycznej, środowiskowej, personalnej i w gruncie rzeczy zasady i staranność w orzekaniu o tych sprawach padły ofiarą wojen politycznych, i mamy co mamy. To oczywiście wywoływało różne reakcje obronne. W trakcie tej walki padła ogromna ilość oszczerstw rzucanych w przestrzeni publicznej, kompletnie oderwanych od treści dokumentów i ich wiarygodności. Oskarżano ludzi, że byli agentami nie mając do tego żadnych podstaw. Pan Korwin-Mikke jest specjalistą w tym względzie, zwłaszcza w ostatniej kampanii wyborczej, gdzie oskarżał negocjatorów “Solidarności” przy Okrągłym Stole i twierdził, że tam było pełno agentów, a przecież w delegacji solidarnościowej nie było ani jednego. To wszystko wiadomo od dawna, bo akta są odtajnione, historycy je czytali, ale on się tym kompletnie nie przejmuje tylko rzuca oszczerstwa na ludzi, wiedząc, że to będzie kupione przez jakąś część odbiorców. Trzeba zatem powiedzieć, że Polska niestety nie poradziła sobie z lustracją.

M.P.B.: Czy można było coś zrobić inaczej, lepiej, czy też jest to kwestia naszej narodowej natury, że musimy wszystko co się tylko pojawia używać nie do odkrycia prawdy tylko po to żeby komuś “przywalić”?

A.F.: Problem polega na tym, że jest pewna grupa ludzi, którzy chcą zdelegitymizować III Rzeczpospolitą oraz obalić to państwo i zastąpić je państwem o innym ustroju. Mamy to w tej chwili w całej krasie, a zatem trudno w pewnym sensie od ludzi o tej moralności wymagać, żeby oni byli ściśli, uważni, nie posługiwali się oszczerstwem i kłamstwem. To jest ich chleb powszedni.

M.P.B.: A jaka jest w tym wszystkim rola IPN? Jak pan ocenia jego działalność?
A.F.: To jest temat ogromny, właściwie temat na książkę. Różne były okresy działalności IPN, ale skoro mówimy o sprawie lustracji, to w tym zakresie aparat, który się sprawami lustracyjnymi zajmował, był w zasadzie rzetelny i trzeba powiedzieć – ostrożny. Nie oskarżał ludzi na podstawie nieprawdziwych przesłanek o kłamstwo lustracyjne i na ogół znane mi przypadki, a jest ich dużo, mają swoją podstawę do oskarżeń. Zwracam uwagę, że to rzadko dotyczy osób znanych. Najbardziej skomplikowana i znana publicznie jest sprawa kontaktów Lecha Wałęsy z SB na początku lat 70., zwłaszcza po ujawnieniu materiałów przez panią Kiszczakową, ale tutaj w zasadzie IPN jest w porządku, odwołuje się do istniejących realnie materiałów. Reszta to sprawa sądów.

M.P.B.: A jaka jest pana ocena działalności IPN w sferze lustracji na dzień dzisiejszy?
A.F.: IPN co roku wydaje bardzo obszerne sprawozdanie ze swojej działalności, które zawiera dane typu statystycznego. Tam podaje, ile spraw lustracyjnych było badanych, ile kłamstw lustracyjnych stwierdzono, ile spraw trafiło do sądów. Od kilku lat to już budzi coraz mniejsze emocje, bo dotyczy spraw przeważnie na prowincji. Największa grupa to są kandydaci na radnych w różnych miejscowościach. Czasem wybuchają jakieś większe sensacje, np. przy formowaniu rządu premier Szydło, już po wyborach, kiedy jednego z wiceministrów oskarżono, że był agentem i musiał ustąpić. Ale w gruncie rzeczy to są sprawy niebudzące w Polsce już większych emocji, bo nie dotyczą osób znanych. Ta fala lustracyjna przewaliła się w drugiej połowie poprzedniego dziesięciolecia. Natomiast od kilku lat to są kompletnie nieznane osoby. To oczywiście powoduje w oczach takich “rewolucjonistów”, którzy wyobrażają sobie, że co drugi znany obywatel to był “ubek”, że odbywa się rzekomo zamazywanie prawdy, bo przecież oni wiedzą lepiej, że agentów było pełno wszędzie, a najlepiej by byli nimi nielubiani politycy. To jest oczywiście wytwór ich wyobraźni, namiętności, obsesji i niewiele ma to wspólnego z rzeczywistością.

M.P.B.: Czego się w tym procesie nauczyli historycy i jakie powinny być lekcje dla innych, gdyby słuchali ekspertów?

A.F.: Po pierwsze, gdyby chcieli słuchać, to zobaczyliby, że agenci Służby Bezpieczeństwa oczywiście istnieli, ale to były jednostki wśród uczestników walki o wolność, nawet w redakcjach, nawet w ośrodkach intelektualnych – to były jednostki.

Druga rzecz, agent to jest ktoś taki, kto naprawdę współpracuje, ma poczucie więzi ze Służbą Bezpieczeństwa i dostarcza istotnych, ważnych informacji. Właściwie takich agentów znamy już, bo to są opisane przypadki ze środowisk intelektualnych, dziennikarskich czy nawet wśród opozycjonistów. A druga kategoria i to jest najbardziej dramatyczny obszar – to są ludzie, których bezpieka próbowała pozyskiwać szantażem, naciskiem, wykorzystując rozmaite ich słabości, strach przed więzieniem i w ten sposób próbowano ich złamać. Jest trochę osób, które złamać się w pierwszej chwili dawały, np. podpisywały zobowiązanie do współpracy, a potem jej nie podejmowały, uchylały się od tego, uciekały. Takich przypadków jest w gruncie rzeczy dużo. Właśnie teraz mamy trudną sprawę TW “Wolfganga”, czyli ambasadora rządu PiS w Berlinie. To jest właśnie taki przypadek, że on podpisał, a potem (jeżeli mu wierzyć i myślę, że można wierzyć) nie chciał podjąć tej współpracy, migał się, ale oczywiście ślady zostały w aktach. Takich przypadków oczywiście było dużo, bo Służba Bezpieczeństwa próbowała werbować różnych ludzi, ale tylko co któryś przypadek takiego werbunku okazywał się skuteczny.

Trzecia rzecz, że im bliżej naszych czasów, tym częściej środki techniczne zastępowały agenturę. Zdobycie agenta, prowadzenie go było trudne: wymagało znalezienia odpowiedniego człowieka, wprowadzenia go w dane środowisko, podtrzymywania motywacji. To często były lata pracy. W przypadku ważnych opozycjonistów często korzystano po prostu z podsłuchu mieszkaniowego, co było bardzo efektywną metodą. Cały okres drugiej połowy lat 70-tych to jest opieranie się przez SB w ogromnej mierze na podsłuchu. Po powstaniu “Solidarności” ze względu na rozległość działań i osób zaangażowanych kontrolowanie zdarzeń stało się bardzo trudne, a po 13 grudnia i powstaniu konspiracji, rozmowach poza mieszkaniami, jeszcze trudniejsze. Służba Bezpieczeństwa wykorzystywała agentów w różnych ośrodkach opozycji nie tylko do zbierania informacji ale też do działań dezintegracyjnych, np. wpuszczania plotek, prowokowania lub podsycania konfliktów, żeby rozbijać te środowiska, skłócać ludzi, powodować rozłamy. No ale to oczywiście była też metoda na krótką metę w jakimiś sensie, bo często następowała dekonspiracja danej osoby, tzn. jego koledzy widzieli, że to kłótliwa postać, podejrzana i w zasadzie tracił możliwości działania.

No i ostatnia rzecz – mimo rozmaitych działań, które oni podejmowali, nie znam ani jednego przypadku, żeby znacząca struktura ruchu opozycyjnego, czy jakiś znaczący ośrodek wydawniczy stał się przedłużeniem tych działań dezintegracyjnych bezpieki. Na ogół to nie wychodziło, bo bardzo trudno było znaleźć kogoś, kto mógłby być liderem jakiejś działalności i jednocześnie agentem to w zasadzie nigdy się nie udawało.

M.P.B.: Jaka jest definicja TW?

A.F.: Podpisanie zobowiązania do współpracy jest przekroczeniem magicznej granicy. W tym momencie SB ma uprawnienia, żeby wnieść o zarejestrowanie danej osoby jako źródła informacji. Ktoś, kto podpisał takie oświadczenie, że godzi się na współpracę ściąga na siebie różne niebezpieczeństwa, i w tamtym okresie, i dzisiaj. Natomiast to nie wszystko warunkiem uznania, że ktoś jest współpracownikiem musi być materialna współpraca, a więc dostarczanie informacji. Oczywiście oficer, który dokonał werbunku, jest zainteresowany tym, żeby to wyszło, bo jest z tego rozliczany, za to dostaje pensję, premię, szansę awansu. W związku z tym on, że tak powiem, stara się docisnąć tę sprawę tak, żeby zaistniała ta współpraca i oczywiście próbuje się spotykać z daną osobą, próbuje jeżeli jest jakiś opór ten opór przełamywać, próbuje skłonić do jakichś opowieści o sprawach niepowszechnie znanych. To jest taka gra. Odnosząc się do tego pani przypadku, oczywiście tu nie zaistniała żadna materialna współpraca. Po pierwsze, oczywiście wadliwie jest wypełnione zobowiązanie, bo zobowiązanie powinno zawierać przyjęcie pseudonimu. Nie uzyskując tego od pani, żeby pani własnoręcznie napisała jak się pani będzie podpisywać w kontaktach z nimi, ubek uzyskał takie pół zobowiązanie, przekazał je górze i dopisał, że to już jest “Maria”, a “Maria” o tym nie wiedziała.

M.P.B.: A czy to się zdarzało w innych przypadkach?
A.F.: Nie przypominam sobie takiego przypadku przyjęty pseudonim powinien od razu być w deklaracji. Po drugie jest tak, że on się spotkał raz czy drugi i mógł odnotować, że odbyło się spotkanie kolejne, oprócz tego werbunkowego. To jest cały czas etap pozyskiwania. Przekroczeniem drugiej magicznej linii jest doniesienie o jakiejś sprawie. Znam przypadki, że na tym pierwszym etapie oficer próbował namówić swojego świeżo pozyskanego informatora, żeby mu coś napisał własnoręcznie. To mogły nie być ważne rzeczy, ale ważne, aby były napisane własnoręcznie. Celem takiego działania wobec potencjalnego agenta, było przełamanie jego oporu wewnętrznego oni to z całą świadomością robili. Nie zawsze to się udawało, ale konieczne było, by po spotkaniu esbek mógł napisać “doniesienie” agenta o jakichś zdarzeniach istotnych, czy zawierające opis jakiegoś środowiska, albo osoby, ale nie może to być tak prosta wiadomość, że “u mnie kierownikiem czy dyrektorem w pracy jest X, on się zajmuje filozofią średniowiecza”, bo to jest w każdym informatorze uczelni, to nie jest żadna informacja. To musiała być informacja, która nie jest upubliczniona. Zebranie studentów NZS byłoby taką informacją, zebranie wydziałowe, co się tam działo, kto co mówił, a nie że istnieje uniwersytet i tam są jakieś katedry, a dziekanem jest X, bo to nie jest żadna tajemnica. W tym pani wypadku nie ma żadnego elementu, który miałby charakter doniesienia. Jak się pani broniła słusznie, to że ktoś często wyjeżdża za granicę, nie jest żadna tajemnica, bo przecież on składał o paszport może w tej samej komendzie, z której przychodzi ten ubek, przecież oni to wszystko wiedzą. Nawet jak paszportu nie dostał, to przecież wniosek musiał składać, zaproszenia też musiał tam rejestrować, jeżeli go zaprasza jakaś instytucja zachodnia.

M.P.B.: W materiałach, które znalazłam na temat pewnej osoby, która współpracowała, była relacja z prywatnego spotkania w domu u kogoś z kolegów w pracy, gdzie było opisane co tam się odbywało, kto co mówił, co kto jadł i pił, o czym rozmawiali. Wydaje mi się, że to jest właśnie doniesienie, prawda?

A.F.: Tak jest. Doniesienie, to na przykład co ktoś mówił, co sądził o Jaruzelskim (albo o polityce partii), już nie mówiąc o sytuacjach drastycznych, że ktoś mówił, że chce ulotkę wydać lub ją wydał. To są doniesienia, ale informacja, że ktoś ma niepolityczne zainteresowania takie lub inne, albo gdy student mówi, że ktoś może zostać dyrektorem instytutu. To jest nic nie warte, to nie ma żadnej wagi, tak samo jak to drugie, że ktoś ma kłopoty (nieważne, czy ma je czy nie ma) z napisaniem doktoratu to żadne doniesienie. Jak ten pan Ciesielczyk mówił, że bezpieka za pani kolegę mogła napisać pracę doktorską, to przecież to jest kompletny idiotyzm – takiego przypadku z całej historii PRL i esbecji nie znam, by oni komuś pracę pisali, bo przecież oni nie byli do tego zdolni. To wszystko jest zawracanie głowy i podsycanie niezdrowych imaginacji.

M.P.B.: W sądownictwie tak jest, że jeżeli świadek kłamie w jednej sprawie to przestaje być wiarygodnym świadkiem we wszystkich innych fragmentach sprawy. “Mój ubek” pisze, że ze mną się spotkał 11 grudnia 1985 roku, podczas gdy ja do 13 byłam w podróży statkiem i na to są dowody w postaci cały czas posiadanych przeze mnie papierów. Czy pan poprzez swoją wiedzę i studiowanie różnych przypadków i teczek, zna przypadki gdzie oni produkowali takie materiały?

A.F.: Ten oficer chce się wykazać przed przełożonymi, że ten kontakt podtrzymuje, bo inaczej musiałby odpowiedzieć na pytanie, dlaczego nie ma efektów pracy, więc on zapewne wymyślił sobie spotkanie, niezbyt precyzyjnie, bo pani ma potwierdzenia, że w tym czasie pani była za granicą. On nie dopatrzył, że pani jest za granicą. To jest sama istota rzeczy pracy bezpieczniackiej – nie ma doniesień, nie ma agenta. Takich przypadków było sporo, nie mówię teraz o wymyślanych spotkaniach, tylko o takich osobach, które próbowali pozyskiwać, nakłonili do złożenia zobowiązania, a potem te osoby starały się nie spotykać, żadnych raportów nie złożyły, a ci ubecy co jakiś czas próbowali dzwonić, próbowali się umawiać. Często te osoby nie przychodziły na spotkania. Ostatecznie w takich sytuacjach, mniej więcej po dwóch latach, dawali za wygraną, zamykali sprawę i kierowali do biura C czyli do archiwum z wnioskiem o wyrejestrowanie danego przypadku, jak w pani sytuacji. I takich przypadków jest dużo ale powiedzmy sobie szczerze, że one są mało przez historyków badane.

Tu muszę powiedzieć krytycznie o IPN, że jakoś nie znam specjalnie historyków, których by interesowało akurat to, o czym my rozmawiamy, tzn. jak wyglądała codzienna praca esbeków w pozyskiwaniu ludzi, w sposobie ich prowadzenia. Takich prac ja właściwie nie znam. Generalnie wszyscy się koncentrują na efektach czyli opisywaniu jakiejś struktury, jakiegoś pisma, środowiska, grupy itd. Warto pamiętać, że SB działała też w sposób bardzo biurokratyczny, jak inne instytucje w tamtych czasach. Niechlujstwo i niepilnowanie terminów było ich taką samą cechą jak wszystkich innych, czego zresztą ci goniący za sensacjami nie rozumieją, np. tego, że przychodziła godzina 16.00 i oni zamykali biuro i nic ich nie obchodziło, każdy szedł do domu, do żony, do dzieci, a zostawali tylko na jakieś wyjątkowe sytuacje. Ile rzeczy się udało opozycji ominąć, bo nawet jak były jakieś niebezpieczne sytuacje, groźba wpadki, to zanim esbecy przyszli następnego dnia, można było uporządkować mieszkanie. Oni nie mieli takiego rozpalenia w oczach wyjątki oczywiście były, ale generalnie to była bardzo biurokratyczna struktura. Osoby, które są podatne na takie historie i chcą takiej “prawdy”, panu Ciesielczykowi wierzą jak panu Bogu i uważają, że pewnie wszyscy, którzy nie są tacy jak oni by chcieli, to są ubecy, tylko jeszcze ich akt nie znaleziono. To jest znany syndrom tutaj w Polsce to tak samo wygląda.

M.P.B.: Dziękuję za rozmowę.

•••


W drugiej części tego artykułu przedstawię Państwu wiele ciekawych informacji o metodach pracy ubeków, pochodzące z ich własnych zeznań w sądzie. Wyjaśnia to znakomicie zjawiska, o których mówi prof. A. Friszke.

(DRUGA CZĘŚĆ)

Małgorzata P. Bonikowska

Poszukiwanie w Google przyniosło między innymi takie materiały nt. Marka Ciesielczyka:

Artykuł 1

Artykuł 2

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

15 Comments

  1. Pani Malgorzato, jestem calkowicie po pani stronie.
    Ci co tak latwo dzisiaj oskarzaja – to podejrzewam, ze za komuny siedzieli cicho i chodzili na pochody 1 Maja.
    Pozdrawiam.

  2. Zuzanna Markowska on

    Zewsząd płyną głosy demokratów zatroskanych o sprawiedliwość i prawa człowieka, a konkretnie prawa esbeka. Tłumaczą oni, że odebranie wysokich emerytur byłym pracownikom komunistycznej Służby Bezpieczeństwa jest niemoralne, niesprawiedliwe i na pewno zostanie uchylone przez międzynarodowe trybunały, bo jest stosowaniem „odpowiedzialności zbiorowej”. Dlatego, że za przestępstwa dokonane przez „niektórych” UB-eków i SB-ków ukarani zostaną wszyscy pracownicy tych specyficznych instytucji, także ci, którzy nigdy podczas pracy żadnych przestępstw nie popełnili.
    A co o tym myśli “niewinna” p. redactor, będąc powiązaną w te tematy?

  3. Ewa Owczarek on

    Na Pani miejscu podałabym tego faceta do sądu o zniesławienie. Jak można tak szkalować ludzi, wiedząc, że przedstawiła Pani dowody na kłamstwa ubecji??? To działania niezgodne z prawem – pojechać do innego kraju i próbować rujnować ludziom ich dobre imię. Dla własnego interesu. On się mieni “historykiem” – przede wszystkim radny to nie historyk. Może i ma dyplom czy doktorat, ale nie pracuje na uniwersytecie i nie prowadzi badań w tej dziedzinie. Zresztą żaden szanujący się historyk nic takiego nie zrobiłby bez sprawdzenia czy te materiały są wiarygodne. I jeszcze te opinie dziesiątek osób o nim i jego przeszłości! To jakiś podejrzany naciągacz.

  4. Tadeusz Krynicki on

    @ Jerzy Sędziak
    To co Pan pisze nienajlepiej świadczy o Panu – jeżeli jakaś epoka minęła, to nie należy o niej pisac??? To, czego dowiedziałem się przez artykuł i ten i poprzedni na temat tej sprawy, to bardzo rzadko pojawiające się informacje o działaniu bezpieki. Większość narracji na ten temat to właśnie wypowiedzi jakby ubecy byli wiarygodni i jakby nie było nic do zakwestionowania. Nareszcie nieco prawdy i faktów.
    Red. Bonikowska jasno wykazała kłamstwa w ubeka w swojej własnej teczce i czekam na kolejny odcinek. Zawsze będą na nią ataki, bo ma takie a nie inne poglądy, a ludzie nie dorośli ani do merytorycznej dyskusji światopoglądowej, więc atakują na oślep. To smutne, ale tek działają maluczcy, którzy nie analizują, nie chcą się czegoś dowiedzieć, czego nie wiedzieli o historii PRL, tylko umieją walić w ludzi.

  5. Jerzy Sędziak on

    Szanowna Pani
    Ja 36 lat przeżyłem w komunie (przyjechałem do Kanady w 1987 roku) i pamiętam doskonale ten system i jego metody. Wiele w nim ucierpiałem, ale wiem jedno – wszyscy PRAWI ludzie, którzy dokładnie wertowali teczki bezpieki (ks. Isakiewicz, Cenckiewicz, Gontarczyk) byli pod wrażeniem ich zawartości jako bezpośredni badacze i mówili: “Wyżsi oficerowie SB nie ufali tak łatwo swoim podwładnym”. Co to znaczy? Że oni weryfikowali prawdziwość sprawozdań nawet swoich ludzi. Między bajki więc można włożyć argument, że w teczkach są prawie same kłamstwa. Bezpieczniakom wysokiej rangi można zarzucić zdradę, konformizm i wiele innych rzeczy, ale nie to, że byli naiwni. Nie wierzy pani mnie, to niech zadzwoni do trzech wyżej wymienionych osób.
    Poza tym, w każdej sprawie tego typu należy wysłuchać obu stron, jak na sali sądowej. Niech więc teraz Kumor i inni oskarżyciele przedstawią swoje dowody przeciwko pani na łamach naszej prasy polonijnej, a ja, Jerzy Sędziak, zabawię się w sędziego, wnikliwie przestudiuję to wszystko. I jako sędzia(k) wydam wyrok czy była pani agentką Marią, czy nie.
    Pani Małgorzato, ma pani prawo bronić się, ale po co wciągać nas w ten temat? Komuna minęła już wiele lat temu, a my idźmy do przodu, nie odwracając się wstecz.

    • Malgorzata P. Bonikowska

      Oj, bardzo się Pan zdziwi kiedy przeczyta Pan kolejny – i ostatni – odcinek tego cyklu. Co do “obu stron” – to ja właśnie jestem tą drugą stroną – ta pierwsza już się wypowiedziała. Na razie to tylko ja zostałam oskarżona bez dania mi możliwości odpowiedzi. Zatem już Pan ma dwie strony – proszę jednak zaczekać do przeczytania cz. II mojego artykułu. I niech Pan uważa z osądami. Nikogo nie wciągam – każdy ma prawo czytać albo nie. Rozumując według Pana ostatniego zdania – po co studia historyków, po co badania i ujawnianie nowych nieznanych faktów? “Idźmy do przodu..” Jeśli coś kogoś krzywdzi, takie argumenty nie mają zastosowania. A zresztą mamy wszyscy obowiązek znać metody działania systemu, który wszystkich nas gnębił. Dziwię się panu…

  6. anna nawalany on

    Pani Malgorzata Niezabitowska poswiecila 2 lata swojego zycia zeby oczyscic swoje imie z podejrzen o wspolpracy ,znalazla ludzi .,materialy ,przeszla sady zeby nie bylo zadnych watpliwosci .Przeczytalam Jej ksiazke o tej walce jak najciekawsza powiesc bo przez karty tej relacji przebijala osobowosc patriotki dla ktorej HONOR I dobre imie byly sprawa nadrzedna,priorytetowa .Walesa dysponujac duzo wiekszymi mozliwosciami takiego kroku nie zrobil ograniczajac sie do zaprzeczen lub czesciowych potwierdzen przez co pograzal sie jeszcze bardziej I osmieszal Dla mnie to wielkie rozczarowanie ,bo jak wiekszosc Polakow wierzylam w dobre intencje tego czlowieka,ktory okazal sie podstawionym przywodca,donosicielem kapusiem Bolkiem-.Nie mam zdania o Pani Bonikowskiej bo nie znam rowniez pana Ciesielczyka I nie wiem czy mozna mu wierzyc natomiast samo oswiadczenie jest funta klakow warte a opinie prof b ogolne I tylko na podstawie tego co p .MB mu przedstawila Natomiast poglady MB na rzady w Polsce I Kanadzie sa dla mnie nie do przyjecia.

    • Malgorzata P. Bonikowska

      Pan Prof. Friszke oglądał nie to co mu pokazałam, ale zawartość mojej teczki, to samo co pan Ciesielczyk. A moje poglądy na rządy AD 2017 nie mają tu nic o rzeczy. Polecam kolejną (I OSTATNIĄ) część tego artykułu za dni kilka – pewnie Panią zaskoczy…

  7. Karol Jankowski on

    Do pana Sędziaka
    Ludzie atakowani mają prawo się bronić – oczywiście ludzie typu pana Ciesielczyka, którzy robią te akcje dla własnego interesu (dobrze poczytać o nim co pisze TYLE ludzi) stawiaj się jako oskarżyciele nie dając głosu oskarżanym. To metody stalinowskie. Niewinni się nie bronią? Co za nonsens. Trzeba się bronić przed ludźmi bez zasad.
    Do pani Bonikowskiej
    Pani artykuły są wyważone, pełne faktów i oparte na solidnej wiedzy i analizie. Wywiad z prof. Friszke pokazuje ogrom informacji, których “historycy” domorośli nie mają. Czekam na kolejny i składam Pani wyrazu szacunku od wielu ludzi, z którymi rozmawiałem o tej sprawie. dziękujemy za działalność dla Polski i Polonii i proszę się nie przejmować tymi, którzy nic nie robią a złorzeczą. To mali ludzi.

  8. andrew wierus on

    O co chodzi w tym paragrafie?
    “Ostatnio czytałam książkę o Władysławie Bartoszewskim. Odwiedził w szpitalu ciężko chorego Jasienicę, na którego ubecja zrobiła nagonkę i odsłoniła jego rzekomą współpracę. Odwiedził go Wańkowicz i zaklinał, żeby powiedział prawdę, czy rzeczywiście tak było. Jasienica aż się popłakał – “bo skoro przyjaciele mi nie wierzą, to co dopiero obcy ludzie”. “

    • Witold Liliental on

      Ja te sama ksiazke czytalem. O co chodzi? To bardzo proste. Komuna tyle razy szkalowala niewinnych ludzi, ze nawet niekktorzy ich przyjaciele zaczeli miec jakies watpliwosci. I to Jasienice najbardziej zabolalo. Wankowicz zaklinal go, zeby powiedzial prawde, a wiec Wankowicz DOPUSZCZAL, z e byc moze cos, jak to mowia, “jest na rzeczy”. Dzis podobnie szkaluje sie niewinnych ludzi i podobnie w glowach niektorych czytelnikow/slucahczy, powstaja jakies watpliwosci. taka dzialanosc jest nikczemna

  9. Małgosiu, bardzo ciekawy wywiad i wyobraź sobie, że przyda mi się ten materiał do mojej powieści Oporniki, nad którą pracuję. Wiadomo,że takie Ciesielczyki duby smalone bredzą, ale niestety są tacy, którzy chętnie nastawiają ucha. Opisałam to w moim felietonie – Polowanie na czarownice. Ostatnio czytałam książkę o Władysławie Bartoszewskim. Odwiedził w szpitalu ciężko chorego Jasienicę, na którego ubecja zrobiła nagonkę i odsłoniła jego rzekomą współpracę. Odwiedził go Wańkowicz i zaklinał, żeby powiedział prawdę, czy rzeczywiście tak było. Jasienica aż się popłakał – “bo skoro przyjaciele mi nie wierzą, to co dopiero obcy ludzie”. Dziś wiadomo, że pisarz był kryształowo uczciwy, ale wtedy uwierzyli w jego współpracę nawet ci, którzy znali metody ubecji. Co z tego, że po latach oddadzą honor Jasienicy czy Wałęsie. Za życia ci ludzie zostali potwornie skrzywdzeni. Takich Ciesielczyków powinno się postawić pod sąd.

    • Jerzy Sędziak on

      Pani Beato
      Dlaczego jest Pani tak przekonana o niewinności Wałęsy? Jego agenturalna przeszłość została już udowodniona w 102 procentach, zwłaszcza po ujawnieniu dokumentów z szafy Kiszczaka który jako szef bezpieki nie trzymał w domu makulatury i prosił za życia aby dopiero kilka lat po jego śmierci ujawnić je. To są fakty, a nie wyssane z palca pomówienia, a z faktami nie dyskutuje się. Poza tym to nie jakieś szczeniaki ale legendy Solidarności oskarżali go o agenturalną przeszłość już znacznie wcześniej. Zna pani chyba słynny otwarty list Anny Walentynowicz oskarżającej go o różne rzeczy w którym domaga się wyjaśnienia tych spraw przed sądem, itd.itp.
      A pani Bonikowska znów chce aby czytelnicy stanęli w jej obronie. Uważam jednak że robi błąd. Niewinny człowiek wcale nie musi tak bronić się na łamach polonijnego pisma. To jest sprawa dla sądów i prawników. I zawsze dziwiło mnie dlaczego tak ubolewa nad losem Wałęsy. On swoim prostackim zachowaniem, wyzywaniem ludzi, plątaniem się w zeznaniach, bardziej zaszkodził sobie niż jego wrogowie.

    • Malgorzata P. Bonikowska

      Proszę Pana, nie zależy mi na tym, aby ktokolwiek stawał w mojej obronie. Nie mam sobie nic do zarzucenia, więc niewiele mnie obchodzi co Pan czy inni o tym myślą. Nie jest to żadne tłumaczenie, lecz pokazywanie faktów i paranoi sytuacji, kiedy ludzie rzekomo chcący wyjaśniać prawdę NIC nie wiedzą o zasadach pracy SB – polecam kolejny i ostatni odcinek. Te artykuły nie są o mnie, tylko o takich Polakach jak p. Ciesielczyk (i może też Pan?), którzy chcą zakończenia komuny, a są w jej szponach bez reszty. Czas na edukację i zdobywanie wiedzy o tym jak wyglądał PRL.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.