Godny prezent na 150. urodziny Kanady

1

To był koncert z wielkim rozmachem, godny prezent na 150. urodziny Kanady. Były poseł Jesse Flis tak odpowiedział mi z zachwytem na moje pytanie o wrażenia, wychodząc z sali koncertowej: “Nie można było marzyć o lepszym uczczeniu tej rocznicy!”.

 

Niepolska widownia była tego wieczoru szczególnie liczna. To zawsze cieszy najbardziej, kiedy na polskie imprezy przychodzą ludzie innych nacji i wychodzą pod wielkim wrażeniem. A do tego Andrzej Rozbicki pamiętał o lokalnej społeczności – cicha aukcja zorganizowana w kuluarach, przeznaczona dla organizacji charytatywnej, fundacji “Haven on Queensway”, działającej na rzecz ludzi potrzebujących pomocy, przyniosła 600 dolarów…

Jesse Flis i wszyscy, z którymi rozmawiałam po koncercie byli zgodni – to był niezwykły koncert. Sama sala Christian Performing Arts Centre robi duże wrażenie. Ogromna, ze spektakularnymi światłami, omiatającymi widownię, ze wspaniałym oświetleniem, ekranem z tyłu sceny i znajomicie, naprawdę znakomicie wykorzystywanymi kamerami, które emitowały na bieżąco na dwóch ogromnych telebimach ujęcia ze wszystkich możliwych kątów, pozwalając widzom na oglądanie twarzy dyrygenta czy widowni z perspektywy sceny…

This slideshow requires JavaScript.

To była znakomita oprawa dla programu, który stworzył Andrzej Rozbicki. A był on doprawdy bogaty i bardzo różnorodny – od kanadyjskich przebojów, przez klasykę musicalową, operetkową, polską muzykę filmową aż po finałowy hit “We are the Champions” zespołu Queen, który wszyscy wykonawcy bisowali dwukrotnie po owacjach na stojąco. Faktem jest, że Kanada wydała wielu wybitnych światowej sławy artystów – Leonarda Cohena, Celine Dion, Michaela Buble, Bryana Adamsa, Paula Ankę i ich utwory znalazły się w programie koncertu. A wszystko zaczęło się od hymnu Kanady, śpiewanego przez cztery chóry dziecięce i wspólnie z nimi przez całą9salę. Wielką radością było patrzeć na te słodkie dzieciaki wszystkich ras i kolorów skóry, które z takim przejęciem śpiewały hymn “O Canada” i kanadyjską wersję słynnej piosenki “This Land is Your Land”.

This slideshow requires JavaScript.

Andrzej Rozbicki uraczył nas wybitnymi solistami. Pełna ogromnego wdzięku i dysponująca doprawdy niezwykłym głosem (jej wokaliza Wojciecha Kilara wywoływała autentyczną gęsią skórkę), czująca się jak ryba w wodzie zarówno w utworach klasycznych jak i w musicalowych i popularnych, solistka Teatru Muzycznego w Poznaniu Anna Lasota jest artystką wnoszącą ogromną energię, urodę i głos o ogromnej skali. Nie bez kozery odnosi sukcesy na świecie i uznana została za najlepszą polską wokalistkę musicalową, a także zdobyła nagrodę “Kiepura 2016”. Jej przecudowne wykonanie “Skyfall” na długo pozostanie w mojej pamięci, jak zresztą wszystkie inne wykonane przez nią utwory, m.in. “My Heart Will Go On” z filmu “Titanic”.

This slideshow requires JavaScript.

Drugi gość z Polski, Krystian Adam Krzeszowiak, to jeden z najwybitniejszych polskich tenorów, fetowany na najbardziej liczących się scenach świata – w La Scali, Carnegie Hall, Covent Garden, Royal Albert Hall i zwany przez Włochów “drugim Caruso”. Dla nas w Toronto, na 150. urodziny Kanady, pokazał swój kunszt w szeregu uwielbinaych przez melomanów utworów operowych i operetkowych, takich jak “Granada” czy “La Spagnola”. Jego głos jest jak kryształ, a urocza, ciepła osobowość budzi wielką sympatię publiczności. Poza repertuarem klasycznym, Krzeszowiak czuje się doskonałe w utworach lżejszych. Poruszył słuchaczy pięknym duetem z Anną Lasotą, z którą razem zaśpiewali musicalowy utwór “All I Ask of you” Andrew Lloyda Webbera.

This slideshow requires JavaScript.

Publiczność porwały swoim temperamentem i rewelacyjnie zgranymi głosami poznane na ostatnim koncercie Andrzeja Rozbickiego trzy sopranistki kanadyjskie Anna Bateman, Erin Fisher i Katya Tchoubar, czyli opanowujące scenę niczym huragan Viva Trio. W spektakularnych czerwonych sukniach (był to kolor dominujący w kostiumach wykonawczyń koncertu dla podkreślenia okazji), te trzy wspaniałe sopranistki brawurowo wykonały wiązankę słynnych piosenek kanadyjskich, a także chwyciły za serca i wzruszyły cudowną interpretacją niezapomnianego arcydzieła Leonarda Cohena “Hallelujah”. Viva Trio to prawdziwy wokalny dynamit.

This slideshow requires JavaScript.

I gdyby na tym zakończyła się lista wykonawców tego koncertu, byłby on i tak wielkim sukcesem. Ale to nie koniec. Pięknym głosem i dużym humorem wykazał się pochodzący z Rosji i wykształcony w Moskwie Stanislas Vitort, finalista “Russia’s Got Talent”, który fenomenalnie zaśpiewał przebój Paula Anki “My Way” i przepięknie po francusku wykonał “Le Temps de Cathedrales”. To wielki talent i przemiły artysta.

Znakomitym odkryciem tego wieczoru był nasz rodak Arthur Wachnik, który jest artystycznym dyrektorem obiektu, w którym odbywał się koncert czyli Christian Performning Arts Centre w Toronto, a także ogromnie utalentowanym wokalistą i kompozytorem. W tegorocznej edycji corocznego spektaklu “The Toronto Passion Play”, oglądanego przez 25-30.000 rocznie, grał rolę Jezusa. Na tym koncercie zaś połączył rolę współprowadzącego z rolą wokalisty, wykonując w lekki i uroczy sposób “Sway” Pablo Ruiza, a także przejmująco megahit Maryli Rodowicz “Niech żyje bal”. To duży talent wokalny i sceniczny.

This slideshow requires JavaScript.

I wreszcie młodziutka niezwykle utalentowana i obiecująca 15-letnia Filipinka z pochodzenia – Martina Ortiz Luis, która śpiewa hymn kanadyjski na każdym meczu drużyny Toronto Maple Leafs, a także komponuje własne utwory, cieszące się wielkim uznaniem, tym bardziej że jest zaangażowana aktywnie w działalność na rzecz praw dzieci. Martina zaśpiewała własny utwór.

This slideshow requires JavaScript.

Przez cały koncert widać było wielką radość, jaką sprawiał wszystkim artystom i dyrygentowi ten wieczór. Andrzej Rozbicki potrafi rozbawiać i włączać w program widzów. Znakomicie funkcjonujący jako “entertainer”, poprowadził swoją zaprawioną w bojach Celebrity Symphony Orchestra sprawnie i z dużą swadą. I dzięki temu bawili się wybornie wszyscy – słuchacze/widzowie spontaniczne reagujący brawami w wielu momentach programu, a także sami wykonawcy. Wielki finał, w którym wzięli udział wszyscy, włącznie z dziecięcymi chórami, był uwieńczeniem tego radosnego w nastroju koncertu. To święta prawda, co zaśpiewali w tym ostatnim utworze “We are the Champions” fakt – faktycznie byli wszyscy “the champions” tego pięknego wieczoru! Brawo!

This slideshow requires JavaScript.

A ja na spotkaniu z artystami po koncercie miałam okazję przeprowadzić trzy krótkie rozmowy: ze spiritus movens koncertu Andrzejem Rozbickim i z dwojgiem gości z Polski. Oboje Anna Ostoja i Krystian Adam Krzeszowiak to skromni, niezwykle bezpośredni i uroczy, ciepli ludzie. To miły powiew normalności w środowisku, gdzie nie raz znacznie mniejsze osiągnięcia powodują sporą dawkę wody sodowej…

Andrzej Rozbicki

M.P.B.: Jak doszło do powstania tego koncertu?
A.R.: Zamysł był taki żeby po pierwsze uczcić 150. rocznicę narodzenia się Kanady i żeby być jednym z pierwszych, bo w lipcu, w czerwcu to już będą wszyscy, więc zrobiłem koncert teraz. Repertuar też taki dobrałem żeby było miło, wesoło, żeby było trochę polskich rzeczy ale żeby też było sporo kanadyjskich utworów. Michael Buble, Celine Dion, Bryan Adams, Oscar Peterson – było dziesięć różnych kompozycji kanadyjskich, a że są soliści z Polski to chciałem żeby ten inny repertuar troszeczkę pokazali. Bardzo się cieszę i myślę, że nam się to bardzo udało sądząc po reakcjach, a jednocześnie myślę, że pokazaliśmy nasze możliwości wszystkim innym grupom. Ja mam w orkiestrze czterech Polaków na tych czterdziestu muzyków, ale mam wiele innych nacji. Kiedyś jedna mówi do mnie jak to jest, że wy Polacy przychodzicie tak ładnie ubrani, tak się cieszycie, że są takie imprezy, koncerty i tak pięknie jest, a my Ukraińcy się tylko kłócimy i kłócimy. Tak to wygląda na zewnątrz…

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Dzisiaj na koncercie były dwa chóry dziecięce.
A.R.: Chóry były z czterech różnych szkół. Wszystko przygotowała Polka zresztą, która uczy w dwóch szkołach podstawowych. Małgosia robi znakomitą robotę. Jej syn gra u mnie w orkiestrze, a jej córka pierwszy raz grała teraz na wiolonczeli. Ja już tyle lat uczę i wiem, że jak się młodzież zaangażuje raz, drugi do grania na żywo, prawdziwej muzyki, to im to zostaje, później widzą motywację do ćwiczenia. Moi studenci już są na uniwersytecie, a przychodzą w dalszym ciągu. Ja zawsze mówię, że każdy lubi jechać dobrym samochodem, a ja jestem dobry samochód, więc wsiadaj ze mną (śmiech). Oni wierzą w to. Bardzo się cieszę, że mieliśmy na koncercie takiej klasy solistów. Krystiana namawiałem trzy lata, bo ma tyle koncertów. On jutro leci do Barcelony, przyleciał trzy dni temu z Nowego Jorku, a wcześniej śpiewał w Londynie. On niby mieszka w Polsce, ale prawie w Polsce nie bywa. Włosi mówią, że rośnie nam drugi Caruso. Jak go usłyszymy w repertuarze bardziej operowym to dopiero wszyscy powiedzą “wow!”. A Anię Lasotę też spotkałem w Polsce. Umówiliśmy się dwa lata temu w Krakowie, ona przyjechała z Poznania na spotkanie. Robi bardzo dużo koncertów muzyki filmowej i ma dobry angielski. Bardzo się cieszę, że była, bo ona jest taka roztańczona. A i jej się też się bardzo podoba, co jest miłe, bo my możemy zrobić tylko pewną liczbę prób – chcielibyśmy więcej ale to niemożliwe. Myślę, że odkryliśmy, przynajmniej tutaj na naszym rynku polonijnym, naszego Artura Wachnika. On naprawdę jest aktorsko znakomity, dobrze gra na gitarze, to bardzo inteligentny chłopak, jednocześnie z humorem.

M.P.B.: Podobno zabierasz kanadyjskie Diva Trio do Polski. To zgodne z Twoją misją. Jak mówiłeś, tutaj promujesz muzykę polską, a w Polsce promujesz muzykę kanadyjską
A.R.: Kiedy w październiku graliśmy w Living Arts Centre koncert The Polish Tenors, było czterech tenorów z Polski, każdy z innego miasta. Wśród nich był tenor z Wrocławia, Tomek Janczak. Rok wcześniej dyrygowałem w Filharmonii Sudeckiej w Wałbrzychu, gdzie on wtedy był dyrektorem. W międzyczasie został dyrektorem w Jeleniej Górze. Jak tutaj był, zachwycił się tym trio. Ja mam następny koncert w Jeleniej Górze 31 sierpnia i mam je tam ze sobą wziąć. Wiem, że jest następny duży koncert na rynku w Jeleniej Górze. I rozmawiamy teraz jeszcze z dwoma miastami – chyba będzie Gdańsk i chyba będzie Łódź, żeby nie jechać na jeden koncert. Ten nasz wspólny w Jeleniej Górze to będzie taki kanadyjski, z flagami. Koncert się nazywa Z Toronto do Las Vegas, jako że gramy utwory tych wszystkich, którzy w Las Vegas zaistnieli. Więc na jego prośbę będzie Z Toronto do Las Vegas przez Jelenią Górę. Ja się bardzo cieszę, bo tego wszystkiego jest coraz więcej. W przyszłym roku w październiku mam koncert w Kijowie, a wcześniej w styczniu robię wyjątkowy koncert tutaj.

Uważam, że będzie genialny, bo robię go z firmą z Lichtensteinu, która się do mnie zgłosiła, żeby przedstawić najlepszych solistów operowych z całego świata. Przyjedzie 10 solistów i każdy z innego państwa łącznie z Australią i robimy to tutaj w Living Arts Centre w Mississaudze.

•••

Krystian Adam Krzeszowiak

M.P.B.: Słyszałam, że Andrzej Rozbicki długi czas pana namawiał do przyjazdu do Kanady. Jak to się stało, że tym razem się pan zdecydował?

K.A.K.: My z Maestro znamy się od trzech albo czterech lat i kiedy spotkaliśmy się w Polsce on faktycznie zaprosił mnie do Toronto. Ja byłem bardzo szczęśliwy, bo dużo dobrego słyszałem o nim i bardzo chciałem przyjechać ale za każdym razem miałem jakieś kontrakty na dziesięć-jedenaście przedstawień i moja agencja zawsze mówiła: “nie, nie, absolutnie nie!”. I chyba w zeszłym roku zadzwonił pan Andrzej i zapytał, czy może w tym roku się spotkamy. Wiedziałem, że na pewno to się nie da zrobić ponieważ mam następny kontrakt na siedem miesięcy z sir Johnem Eliotem Gardinerem i muzyką Monteverdiego. Już chciałem mu odpowiedzieć, że nie, ale sprawdziłem kalendarz i okazało się, że mam dwa tygodnie wolnego, czyli idealnie!

M.P.B.: Jakie są pana wrażenia z koncertu w Toronto?
A.K.: Bardzo mi się podobał! Poza tym podobała mi się publiczność – mnóstwo Polaków. Podoba mi się w ogóle Kanada. Jestem pierwszy raz w Toronto więc trudno mi mówić o całej Kanadzie ale z samego miasta mam bardzo dobre wrażenia.

M.P.B.: A sam koncert?
A.K.: Myślę, że repertuar był dla każdego. Było troszeczkę poważnych numerów, ale było też mnóstwo takich, w których każdy się odnajdzie, dobrze przygotowany, i bardzo dobrzy soliści. Bardzo mnie cieszył ten olbrzymi chór dziecięcy i te rozradowane dzieciaki.

M.P.B.: I tak po kanadyjsku – dzieciaki we wszystkich kolorach skóry, wszystkich ras…
A.K.: Tak, właśnie. To jest wielkie przeżycie dla dzieci. A dla mnie teraz kiedy występuję na scenie to jest naprawdę misja żeby młodych przyciągać na scenę.

M.P.B.: Jest pan nazywany Caruso numer 2. Co pan na to?
A.K.: Myślę, że Maestro przesadził. Jest mi na pewno bardzo miło, ale to trochę na wyrost.

M.P.B.: Mimo wszystko ten koncert był bardzo mieszany repertuarowo – nie tylko taki repertuar, jaki pan zwykle śpiewa. Nie przeszkadzało to panu?
A.K.: Faktycznie, na co dzień zajmuję się muzyką barokową, głównie Monteverdim ostatnio, ale bardzo chętnie mam takie odskocznie. Poza tym ja kocham każdy rodzaj muzyki, więc jest to dla mnie radość.

M.P.B.: Dziękujemy, że pan przyjechał.
A.K.: Cała przyjemność po mojej stronie.

•••

Anna Lasota

M.P.B.: Przyjechała pani pierwszy raz do Kanady?
A.L.: Tak to mój pierwszy raz w Kanadzie.

M.P.B.: Jakie wrażenia ma pani z dzisiejszego koncertu?
A.L.: Same pozytywne emocje. Po pierwsze sami uczestnicy i goście zaproszeni na koncert to wspaniałe osoby i atmosfera już w trakcie prób była przyjemna. To się udziela, to emanuje, gdy wszyscy się wspierają, życzą sobie powodzenia i to jest super. Ponadto bardzo dobre fluidy z publiczności, świetne przyjęcie i okrzyki. To, że ludzie nie boją się okazywać, że coś im się podoba, dla nas artystów jest naprawdę najlepszą nagrodą za naszą pracę i za to, że się staramy. Nic więcej naprawdę nie mogłabym sobie życzyć bo dzisiejszy koncert był czymś niezwykłym i na pewno na długo zostanie w mojej pamięci.

M.P.B.: A dlaczego wybrała pani taki akurat repertuar? Słyszeliśmy panią dzisiaj w bardzo różnych utworach.
A.L.: Tak, ale to też zasługa Maestro Andrzeja Rozbickiego, który to zaproponował. Były tam w międzyczasie różne wersje ale ja ostatecznie tę zaakceptowałam bo lubię też sama od siebie różnych rzeczy wymagać. To są akurat elementy, które są w stanie razem funkcjonować czyli trochę na pograniczu muzyki filmowej, musicalu i klasyki ale tak naprawdę lekkiej w odbiorze. To wszystko nie było jedno po drugim, te numery miały czas na to aby pooddychać albo żeby były bliżej siebie np. “Skyfall” czy “Titanic”, utwory bardziej piosenkowe, coś klasycznego było bliżej, więc czułam, że repertuar jest naprawdę dobrze ustawiony. To fajnie bo dzięki temu mogłam się pokazać w różnych kolorach, no bo gdyby był tylko jeden rodzaj utworów, to nie mogłabym przekazać tylu emocji.

M.P.B.: A często pani występuje w tego rodzaju koncertach?
A.L.: Zdarza się, chociaż nie mają one takiego rozmachu i takich okoliczności jak ten. Ale zdarza się i nie zawsze jest rzeczywiście tak, że potem ten oddźwięk jest tak ogromny i współdziałanie wszystkich wykonawców tak dopingujące. Takie koncerty bardzo uczą jak współpracować z innymi ludźmi, bo otwieramy się, ciągle poznajemy nowe osoby i w tym samym momencie zupełnie obce osoby muszą się spotkać i wzajemnie współpracować na scenie. Mieliśmy jeden numer finałowy, który pokazał, że wszyscy są dla siebie życzliwi i mnie to bardzo pozytywnie uderza, że ludzie potrafią sobie szczerze gratulować i być razem w takich fajnych chwilach.

M.P.B.: I to są w dodatku ludzie różnych nacji, pochodzący z różnych miejsc.
A.L.: No właśnie ale była taka duża otwartość między tymi ludźmi, między nami, i to też mnie bardzo zbudowało. To też na pewno zapamiętam. Jest to ważne aby nie zapominać o tym, że jednak my sami powinniśmy mieć z tego ogromną przyjemność. Ja sobie taką dewizę życiową założyłam, że nigdy nie pozwolę innym ludziom na to żeby mi zabrali moją przyjemność ze śpiewania, bo to jest mój rodzaj spełnienia się życiowego, moje jestestwo i moje bycie. Na tym koncercie, w tej atmosferze ludzie nie zapomnieli o tym i rzeczywiście wzajemnie się wspierali i dopingowali i dzięki temu atmosfera narastała. Mam wrażenie, że za każdym razem, za każdym numerem to rosło, rosło i doszliśmy do wielkiego finału.

M.P.B.: A co pani najbardziej lubi śpiewać? Jaką muzykę?
A.L.: Trochę nie lubię się szufladkować bo wymagam też sama od siebie różnego poszukiwania wewnętrznego. Zamykanie się w szufladce troszeczkę ogranicza samego siebie. Ja jestem w stanie lawirować na pograniczu różnych gatunków gatunków i cieszę się z tego. Muzyka filmowa jest dla mnie takim obrazem, który mogę pomalować czymś więcej niż dosłownością, bo często są to wokalizy, gdzie nie używamy słów i pod te dźwięki możemy podłożyć wszystko i to mnie unosi. Biorę udział w cyklu wielkich Koncertów Muzyki Filmowej. Był już program z Hansem Zimmerem, był program z Johnem Williamsem. Organizuje je polska agencja Trinity Entertainment. Udaje nam się również wyjeżdżać poza granice Polski. Może udałoby się coś takiego zorganizować tutaj? To naprawdę kawał dobrej muzyki filmowej, która oddaje to co kompozytor napisał w rzeczywistości – nie to co słyszymy w filmie ale oryginalny skład orkiestry, który jest przeogromny. Nie ma opcji żeby w trakcie koncertu słuchacze nie mieli dreszczy z emocji. Ale również repertuar musicalowy czy operetkowy, z którym mam do czynienia na co dzień w pracy, wymaga ode mnie tego, że mu-szę łączyć kilka elementów czyli i zaśpiewać, i zatańczyć, i coś powiedzieć. Połączenie tych trzech rzeczy jest czymś fascynującym.

M.P.B.: Serdecznie gratuluję i dziękuję za wspaniałe wrażenia.
A.L.: Bardzo dziękuję.

This slideshow requires JavaScript.

Małgorzata P. Bonikowska

Zdjęcia:
Fotografia Boutique
i Archiwum Andrzeja Rozbickiego

This slideshow requires JavaScript.

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

1 Comment

  1. Koncert był wspaniały naprawdę uczta duchowa. Gratuluję i życzę dalszych sukcesów. Mam tylko jedno pytanie
    czy na koniec koncertu musi być utwór Frediego Mercury. Zauważyłam, że na wszystkich koncertach jubileuszowych na których byłam w ostatnim roku na koniec jest ten sam utwór? Pytam się dlaczego, czy to nie jest ukłon w homoseksualnemu muzykowi. Czy to jest obowiązek? Nawet w szkołach gdzie jest tylko muzyka klasyczna? Co sie dzieje i co na to Pan Wachnik? On pewnie nie skojarzył tej sprawy.

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.

Read previous post:
Kapitan Cook na Hawajach

Będąc w służbie Marynarki Wojennej Wielkiej Brytanii spędził na morzach i oceanach prawie 10 lat szukając odpowiedzi na dwa pytania...

Close