Pusty talerz dla Jasona

0
Sala mogłaby równie dobrze być poczekalnią u dentysty albo salą konferencyjną. Beżowe, neutralne ściany, kawowe, bezosobowe wykładziny, rzędy bezimiennych krzeseł, niewielkie konwersujące grupki. Mówi się o pogodzie i o niczym. Bo o Jasonie nie ma nic do powiedzenia. Nikt nie zaryzykuje twierdzenia, że tyle jeszcze było przed nim. Bo nie było przed nim nic. Nie było też nic za nim. Ten politycznie poprawny – bezosobowy dom pogrzebowy wydał się dla organizatorów odpowiednim miejscem na pożegnanie kogoś takiego jak Jason. Kiedy ludzie z domu pogrzebowego zapytali, jaką muzykę lubił Jason, jakiej życzyłby sobie podczas ceremonii, nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Wnioskując ze stylu życia, musiał lubić rap. Tak, na pewno rap. “Płynący” z głośników pod sufitem rap, ściszony do dyskretnego tła, brzmi co najmniej idiotycznie w sali, która mogłaby być poczekalnią do dentysty. Podłużny, ubrany w garnitur, woskowy kształt o gładkiej twarzy i różowych policzkach, który nie jest już Jasonem Millerem, w obitej szarym materiałem tekturowej trumnie za nic nie przypomina człowieka, którego widziałam kilka miesięcy wcześniej. Blady, pryszczaty, nieczęsto ogolony Jason w życiu nie posiadał garnituru. Nie posiadał też przyjaciół w garniturach. Najprawdopodobniej w ogóle nie posiadał przyjaciół. Ci ludzie w uśmiechniętych grupkach nie mieli z nim nic wspólnego.. Prawdę mówiąc, często jedynym wyjściem w stosunkach z Jasonem było nie lubić go. Chociażby po to, żeby nie narażać się na późniejsze rozczarowanie. Bo tych, którzy odważyli się go polubić, Jason wystawiał na szczególną próbę: jeśli zaoferowało mu się nocleg, lepiej było schować karty kredytowe w bezpieczne miejsce. Jeśli pozwoliło mu się pomieszkać, lepiej było zatarasować drzwi do garażu, bo odpalenie samochodu nie było dla niego problemem. Można się było pozbawić samochodu i narazić na opinię głupka wśród znajomych, którzy “aniemówili”. Po co więc piszę ten tekst? Piszę, żeby po Jasonie cokolwiek pozostało. Bo nie zostawił po sobie nic. Nie miał domu, mebli, żony, dziecka, psa, konta w banku. Jego obecność na tym świecie nie uczyniła nikogo szczęśliwszym. Poza najwcześniejszymi latami życie Jasona i z Jasonem stawało się coraz trudniejsze. Od dziecka był agresywny, kradł, napadał, bił się, sprzedawał i brał narkotyki. Najczęściej lepiej było go nie spotkać na swojej drodze. A jednak był kroniką czasów. Dziedzictwem Jasona Millera była pustka – wywodził się z linii samotnych ludzi brodzących w próżni. Kiedy w 1938 roku Rachela Grunwald wyjeżdżała z Krakowa do Palestyny nie przypuszczała, że widzi po raz ostatni swoich rodziców, swoje siostry.i braci. Swoje ciotki, wujów, babki, pradziadków. Została na świecie sama jak palec. Po latach odszukała wszystkich swoich krewnych na listach zgładzonych w Oświęcimiu. Kiedy Jakier Gothelf uciekał z Warszawy do Rosji w 1940 roku rozstał się ze swoją rodziną, ulicą, miastem. Z rodziny Jakiera nie ocalał nikt. Z jego ulicy pozostały gruzy. Bycie jedynym ocalonym może być łaską. Może też być przekleństwem.W 1950 roku Racheli i Jakierowi urodziła się w Kanadzie Miriam. Nie miała babek, ciotek, wujków. Nie miała zdjęć dalszych i bliższych krewnych. Koronkowej chusty po ciotce Rebece. Nie nosiła sukienek po starszych kuzynkach. Nie miał jej kto urodzić kuzynek. Nie miała wioski, która wzięłaby udział w jej wychowaniu. Miała matkę i ojca na wskroś przepalonych samotnością. Jak zbudować sobie rodzinę z roztrzaskanych skorup? Na ocalałych skrawkach rozmytych upływem czasu taśm filmowych lepiej nie rozpoznać babek i dziadków wśród stosów trupów przepychanych przez niemieckie buldożery. Lepiej nie patrzeć w twarze starych ciotek, które zamiast siedzieć z kumoszkami na ganku, znikają w drzwiach krematorium. Nie było wieczornych opowieści o wakacjach u stryja Joachima, bo stryj Joachim przymarzł jednej nocy do ściany getta i nie sposób o tym nie pamiętać przy okazji wspomnień z wakacji pod Grójcem. Małą Miriam przez wiele lat budziły w nocy niemieckie buldożery, przychodzili umarli – tacy, jak na niemieckich taśmach. Kiedy trochę dorosła, zaczęła gwałtownie zastępować wszystkich martwych żywymi. Wypełniać roztrzaskane miejsca. Były lata sześćdziesiąte, nietrudno było znaleźć sobie “rodzinę”. “Rodziny” dawały poczucie wspólnoty, środki na przegonienie umarłych spod powiek. Mówiły o pokoju i miłości. Ale buldożery wracały.i wracały, trzeba było coraz więcej środków, żeby je zagłuszyć, coraz więcej ludzi, żeby przepędzić stryja Joachima i ciotkę Rutę. Jason wziął się z takiej właśnie “rodziny”. Kiedy się urodził, rodzina zdążyła się rozpierzchnąć. Najrozsądniejszym wydawało się nieinformowanie o fakcie urodzin potomka jego ojca, który, uzbrojony w Jima Morrisona, walczył z własnymi demonami. Tak więc Jason na swym pustym talerzu oprócz nieistniejącego ojca dostał także komplet nieobecnych ciotek, wujków, sióstr i braci ciotecznych. Pustka, która mu się genetycznie dostała, zagęściła się jeszcze bardziej. Dwoje ludzi błąkających się w próżni: Miriam złorzeczyła historii, Jason od najmłodszych lat złorzeczył matce. Bo nie miał nikogo innego na świecie. Aż znikł nawet ten ostatni okruch – Jason trafił do rodziny zastępczej. Poproszono Miriam o zrzeczenie się praw rodzicielskich, żeby Jason mógł być adoptowany przez nową – pełniejszą rodzinę z całym zestawem trzech generacji i nawet gotowym już rodzeństwem. Ale Jason nie dowierzał, chciał się przekonać, czy ta rodzina również nie zniknie. Znikła. Jason rozpoczął wędrówkę po kolejnych domach zastępczych, kiedy zabrakło domów, zaczęły się poprawczaki, więzienia dla nieletnich, więzienia dla dorosłych. Narkotyki stały się środkiem na przeżycie. Przeżycie z dnia na dzień. I przezwyciężenie pustki. Jason ślizgał się po powierzchni ziemi – brakło mu korzeni, żeby wrosnąć. Odrąbano mu gałęzie, zanim je wypuścił. Zahaczał się tu i tam, bo ciągle jeszcze potrafił nas przekonać, że właśnie stara się o pożyczkę studencką i od września idzie do college’u. Przyjmowaliśmy go od czasu do czasu z jego dziewczyną, równie przetrąconą przez życie, którą Jason uparcie nazywał swoją narzeczoną. Z jakiegoś powodu wszyscy mieliśmy wobec Jasona wyrzuty sumienia, może dlatego, że tak naprawdę nie wierzyliśmy ani w tę pożyczkę, ani w tę narzeczoną i po cichu zastanawialiśmy się, gdzie ukradł ten pierścionek z brylantem, który narzeczona z dumą prezentowała na serdecznym palcu. Mówiliśmy “That’s nice, Jason” i zamykaliśmy na klucz szafki. Chowaliśmy karty kredytowe. Nie zostawialiśmy go samego zbyt długo w living roomie. A Jason nie był taki głupi, żeby tego nie widzieć. Mieliśmy wyrzuty sumienia również dlatego, że wcale nas to nie zdziwiło, kiedy dowiedzieliśmy się, że 6 listopada Jason Miller przedawkował heroinę. Ktoś znajomy zapłacił kartą kredytową za ceremonię pogrzebową. Narzeczonej nie było. Nie postawię w te święta pustego talerza dla Jasona. Może mu się źle skojarzyć.

Ewa Henry Ilustracja – autorka

Poleć:

O Autorze:

Ewa Henry

Absolwentka York University, w Kanadzie od 1989. Felietonistka, ilustratorka, wyjadaczka chlebów z niejednego pieca - ten powszedni wyrabiająca w multimediach. Feministka, wyznawczyni społeczeństwa obywatelskiego. Wielbicielka ludzi i kotów. Matka Tymka.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.