Duch Święty a sprawa polska

15
No i sezon mamy w pełni. Sezon komunijny of course. Po znajomych od miesiąca chodzą informacje o obowiązujących w tym roku stawkach. Stawka zależy oczywiście od dzielnicy i bliskości tejże, a zatem dziecka komunijnego, do polskiej parafii. Zależy też, czy dziecko komunijne jest z dzielnicy, a gość spoza, czy na odwrót. Tak czy inaczej – nie czarujmy się, stówką się nie opędzimy. Jeśli jednak tylko stówka w kopercie, to dobrze jest dokupić jakiś złoty pierdół i ilustrowaną Biblię dla dzieci, jakich dziecko komunijne otrzyma 16 – bo wszyscy wpadają na ten sam cudowny pomysł na duchowe wzbogacenie dziecka komunijnego (wszak dawać pieniądz na świętą okazję to wstyd, sodoma i gomora, i nie wypada w narodzie, który wydał Ojca Świętego). No i zawsze to wygląda, że właściwym prezentem jest Biblia i złoty pierdół, a ta kasa to tak przy okazji… To nic, że w Biblii dla dzieci Mojżesz wygląda jak Fred Flinstone, a Matka Boska jak jedenastolatka z dzieckiem. My mamy czyste sumienie, księgarnie polonijne złoty interes, a rodzice dziecka komunijnego gotowe prezenty na następnych kilka sezonów. Oczywiście sprawa jest dużo prostsza w przypadku dziecka kanadyjskiego, ale o dzieciach kanadyjskich nie opłaca się pisać, bo one mają I Komunię w środku tygodnia i, jak mawia siostra Alicja z polskiej parafii – takie te ich komunie, że potem rodzice do nas przychodzą i proszą, żeby dziecko drugi raz wysłać do Pierwszej Komunii… Trafiamy więc za dzieckiem wysłanym do pierwszej Pierwszej Komunii do polskiego kościoła. W torebce mamy kopertę ze stówką, ufając, że rodzice dziecka uwierzą w nasze dobre intencje (Biblia i złoty pierdół w osobnym pudełeczku okolicznościowym). Tu dylemat – żeby dostać miejsce siedzące, trzeba być w kościele godzinę przed, a tym samym przygotować się na spędzenie trzech godzin w nieklimatyzowanym zatłoczonym wnętrzu. Na sugestię wujka Tadka, żeby tak jak on odpuścić kościół i iść prosto na imprezę, zżymamy się – Biblia dla dzieci zobowiązuje! No więc, albo godzinę przed i trzy godziny w perspektywie, albo na czas i stoimy na upalnej ulicy przed kościołem z własnym dzieckiem, które ubrane w okolicznościowy gajerek będzie się wspinało na pobliskie murki, wieszało na barierkach, przeciskało na czworakach między nogami tłumu, a na koniec, wykończone, położy się na na chodniku i oznajmi, że właśnie umarło, więc przecież nie może się podnieść. Wybieramy trzy godziny w kościele! Wygląda na to, że wszyscy wybrali. Na pół godziny przed rozpoczęciem właściwej ceremonii dziecko zdążyło już przejść pod ławkami, poruszyć publicznie wszystkie kompromitujące tematy rodzinne, spytać się głośno, kto to jest ten pan na krzyżu i kiedy się w końcu zaczną te imieniny, bo on chce iść do domu. Duchota w powietrzu wzmaga się, tudzież mieszanka zapachowa perfum, lakierów do włosów, naftaliny. Oczywiście wszystkie inne dzieci siedzą grzecznie tam, gdzie je posadzono, nie zadają głupich pytań i nie wyglądają, jakby przeciągnięto je przez rurę od odkurzacza…. W końcu perfumy, tanie perfumy i lakier do włosów zostają przytłumione zapachem kadzidła. Wyciągamy maksymalnie szyje, by uchwycić wzrokiem choć ułamek wkraczającego właśnie “naszego” dziecka komunijnego, które wysztywnione, wylokowane, pokryte poliestrem, koronką, “brylantami” i lakierem do włosów przeżywa właśnie swoje 5 minut, jak miliony dzieci komunijnych przeżywały przed nim i miliony będą przeżywać po nim. Dla tego momentu zjeżdżają się babcie z Polski, wujkowie i ciotki z USA, znajomi gotowi są rozpłynąć się w trzygodzinnym zaduchu, żeby te koronki, brylanty i lakier do włosów nie poszły na marne. I będzie to ostatni raz, kiedy ujrzymy “nasze” dziecko podczas tej uroczystości, bo nawet gdy wejdzie na ołtarz, by wygłosić swą przydziałową, okolicznościową kwestię, to zostanie przysłonięte przez uwijającą się po ołtarzu centralną postać każdej uroczystości komunijnej – czyli Pana-Z-Kamerą. Ponad wyciągniętymi szyjami unoszą się w górę ręce z aparatami. Nieważne, że ludzie z tyłu chcą też coś zobaczyć. NASZE zdjęcie kawałka pleców “NASZEGO” dziecka komunijnego jest stokroć cenniejsze niż chcenia staruszek i dzieci w ławkach za nami. Upał wzmaga się. W mieszankę zapachową perfumy-naftalina- lakier-do-włosów powoli wkrada się nowy akcent i wzmaga się wprost proporcjonalnie do wykwitających na plecach i pod pachami wiernych mokrych plam, które gwałtownie rozpływają się po poliestrze. Do tego dochodzą nam dodatkowe atrakcje: dzieci komunijne czytają po kolei fragmenty Pisma Świętego. Pamiętajmy – te dzieci, choć polskie, to całkiem polskie nie są. Cierpimy wraz z biedakiem przy mikrofonie, który nie daje za wygraną: – ws-k-zrz…. – wkszerszse…. wksiere-zesze… Siostra katechetka lituje się nad nieszczęśnikiem i rzuca teatralnym szeptem: WSKRZESZENIE. Inne dziecko dziękuje rodzicom za to, że przed laty przynieśli je do kościoła do OSZCZENIA. Zaduch osiąga poziom bolesny. Proboszcz najwyraźniej oszczędza na klimatyzacji. Mam wrażenie, że nad głowami wiernych zawisła toksyczna chmura – lepki wyziew spoconego, wylakierowanego, wyperfumianego tłumu, i jeśli gdzieś pod sufitem w domu Bożym unosi się Duch Święty, to nie będzie miał sił, by przedrzeć się przez nią i zstąpić na nasze dzieci komunijne, które w pionie trzyma już tylko krochmal i lakier do włosów. Ale zstąpi na pewno! Zapewnia nas o tym od dłuższego czasu kaznodzieja, najwyraźniej odporny na upał i zaduch. Głosi do dziateczek już od ponad godziny. I głosi, i głosi. Bo i on ma właśnie swoje 5 minut. Jeśli wierzyć księdzu, cud następuje – Duchowi Świętemu udaje się dokonać rzeczy niemożliwej, czyli przedrzeć się przez zwarty tłum Polonii, ominąć umiejętnie Pana-Z-Kamerą i wstąpić w dziatki. Muszę wierzyć księdzu na słowo (z megafonu), bo od jakiegoś czasu siedzę na murku pod kościołem wachlując się darmową gazetą z dystrybutora i ciesząc się, że za chwilę podniosę moje dziecko spod murku, pójdziemy coś zjeść (chwała Duchowi Świętemu, przyjęcie ma być dwa kroki od kościoła) i będzie można się zerwać do domu pod chłodny prysznic. Och, jakże się mylę… Fakt unii dzieci komunijnych z Jezusem musi być udokumentowany przed ołtarzem zdjęciem z księdzem proboszczem (bez proboszcza się nie liczy). Przed ołtarzem stoi kolejka sklejonych mam, ciotek, rodzeństwa, wujów. Kombinacje dziecka komunijnego są niewyczerpane. Dziecko komunijne z mamusią i tatusiem, dziecko komunijne z chrzestnymi i rodzeństwem, z jednym kompletem dziadków, z drugim kompletem dziadków, z księdzem i z mamusią, z księdzem bez mamusi, a to wszystko musi być przy ołtarzu i teraz, bo inaczej też się nie liczy. A dzieci komunijnych jest sześćdziesięcioro. Każde dziecko przemnożone przez dwoje rodziców, dwoje chrzestnych, dwie babcie, dwóch dziadków, siostrzyczkę lub braciszka lub oboje, nie licząc dalszych krewnych, którzy też muszą teraz przy ołtarzu, bo inaczej dla nich też się nie liczy. Nie pamiętam już, ile razy powiedziałam dziś własnemu dziecku: jeszcze chwilkę, jeszcze moment, już niedługo, jeszcze tylko kilka minutek… Jakimś cudem w końcu nasza grupa komunijna kompletuje się pod kościołem i kierowana przez jakąś ciotkę (jest nam absolutnie obojętne, czyja to ciotka) zmierza ku miejscu, gdzie dostaniemy wreszcie coś do jedzenia i picia. Organizacja jednak szwankuje. Dzieci komunijnych do tej imprezy jest dwoje, na każde przypada ok. 40 gości. Małe wesele. Jak na wesele przystało, jest i orkiestra – no, może nie całkiem orkiestra, ale duet: pan Waldek na gitarze i pan Zygi na keyboardzie. Mój syn prawie mdleje z głodu, podobnie jak 80 gości weselnych, niestety, babki, ciotki i kuzynki stoją jeszcze w kolejce do ołtarza i kompletnie już przepoconego dziecka komunijnego, zamiast nosić talerze z rosołem. Decyduję się poprosić o kromkę chleba w kuchni, po której miota się jedna z matek komunijnych – masywna pani Marysia z potężną chochlą w dłoni. – Bierzeta te, kurwa, talerze?! – krzyczy przekonana, że jestem jedną z babek, ciotek czy kuzynek, a może po prostu na krawędzi rozpaczy pośród parujących garów i patelni. Niewiele się zastanawiając, łapię te, kurwa, talerze i po piętnastu minutach 80 gości zapycha rosół. Pierwszy głód zaspokojony, można wyciągnąć z torebek i wewnętrznych kieszeni marynarek wymięte, przepocone koperty, bo na salę przybyła właśnie triumfalnie nasza dwójka dzieci komunijnych i można zacząć je faszerować stówkami – byle się nie pomylić, które jest nasze. Kuzynki, ciotki i babki oczywiście prosto do kuchni, pan Waldek do gitary, Zygi do keyboardu i jak wesele, to wesele! Na stołach wykwitają flaszki, najedzeni goście nabierają wigoru, babki, ciotki i kuzynki nadrabiają spóźnienie i suną do stołów z kolejnymi półmiskami, dań gorących jest 7 (siedem). Po jakimś czasie ponad salą unosi się jak chmura gradowa konflikt. Goście, którzy zapchali pierwszy głód, chcieliby teraz potańczyć, bo muzyka jak najbardziej ku temu stosowna, tymczasem babki ciotki i kuzynki pod wodzą pani Marysi terroryzują 80 osób baterią piersi indyczych w sosie pomarańczowym, nadziewanych grzybami udek kurzych, rolad schabowych, pierogów z mięsem i zrazów wołowych. Ponieważ mieliśmy poważne opóźnienie, teraz musimy nadrabiać: obiad, który miał być na obiad, jemy kiedy na salę powinna już wyjeżdżać zimna płyta. Zimna płyta okazuje się być podobnym zestawem mięs, tylko na zimno. Dlatego “zimna”, a “płyta”, bo gabarytami przypomina północnoamerykańską płytę tektoniczną. To też trzeba wsuwać błyskawicznie, bo pani Marysia ogłasza, że za chwilę podawać będzie się kolację! A myśleliśmy, że szczyt absurdu mamy już tego dnia za sobą. Niespróbowanie śledzia po węgiersku, pasztetu na zimno, galaretki wieprzowej czy szynki w auszpiku (nie mówiąc już o klopsikach rybnych) grozi zalaniem się łzami przez babki, ciotki i kuzynki. Pani Marysia prosi, blaga, grozi, w końcu zrezygnowana macha ręką: – A to, kurwa, nie jedzta! – i znika w czeluściach kuchni, by kroić ciasta. Rozkwitłe na stołach butelki robią jednak swoje. Po chwili jednostki przebijają się przez kordon babek, ciotek i kuzynek i nie zważając na pełne bólu “a może chociaż klopsika….?” tworzą na parkiecie pary, które trzymają się w bezpiecznej odległości od części jadalnej. Ci, co nie piją, pozostają przy stołach w niejasnym poczuciu winy. Wobec pani Marysi. Wobec głodującego świata. Wobec Ducha Świętego. Wobec dziecka komunijnego, które napasione stówkami siedzi usmarowane tortem na stosie prezentów i szczęśliwe do niemożliwości pije oranżadę.

Tekst i grafika Ewa Henry

Poleć:

O Autorze:

Ewa Henry

Absolwentka York University, w Kanadzie od 1989. Felietonistka, ilustratorka, wyjadaczka chlebów z niejednego pieca – ten powszedni wyrabiająca w multimediach. Feministka, wyznawczyni społeczeństwa obywatelskiego. Wielbicielka ludzi i kotów. Matka Tymka.

15 Comments

  1. Marek Góral on

    Myślę, że ta rewia mody plus targowisko próżności powinno zostać zakazane przez papieża Franciszka, który jest uosobieniem skromności i duchowości. To jedyna metoda na to, aby komunia była prawdziwym przeżyciem duchowym. Ja ostatnio musiałem zrezygnować z uczestnictwa w tej imprezie – komunia córki moich znajomych, bo zwyczajnie nie stać mnie było na spodziewaną kopertę. Mam teraz dół finansowy i tyle. Myślę, że to nigdy nie powinno być powiązane z kosztownymi prezentami, pieniędzmi itp. Podobnie zresztą wyglądają chrzciny. Mnie to boli.

  2. Witold Liliental on

    Autentyczne kazanie komunijne
    Było to mniej więcej ok. 1970 roku i mój chrześniak miał swoją Pierwszą Komunię we Włochach koło Warszawy (dziś dzielnicy stołecznego miasta). Ksiądz z ambony mówił:
    „Kochane dzieci. To jest najpiękniejszy dzień w waszym życiu. Już nigdy nic równie pięknego w życiu was nie spotka.
    Ale muszę też powiedzieć kilka słów do waszych rodziców. Zauważyłem, że nie wszyscy rodzice uklękli razem ze swoimi pociechami do przyjęcia Komunii Świętej. A To źle. Bo, jeśli dajesz błogosławieństwo, będziesz sam błogosławiony, a jeśli nie dajesz błogosławieństwa, zostaniesz potępiony. I dam, wam, kochani, dwa przykłady. Oto na polu bitwy spada z konia śmiertelnie raniony major. Podbiega do niego wierny wachmistrz, a major słabnącym głosem mówi: – Wachmistrzu! Sięgnijcie ręką do mojej kieszonki, o tu. – wachmistrz wyciąga z kieszonki zakrwawioną białą wstążeczkę. – Wachmistrzu, zanieś to mojej matce. To wstążeczka z mojej pierwszej komunii. Zawsze ją przy sobie miałem. Powiedzcie mojej matce, że mnie dobrze wychowała i że byłem wierny do końca. –
    A teraz, kochani, drugi obrazek: Złoczyńca ma być stracony i już stoi na podium (wyraźnie pamiętam, że ksiądz użył słowa podium, a nie szafot) i pytają go, jak to jest w zwyczaju, czy ma przed śmiercią jakieś ostatnie życzenie. On odpowiada, że chce, by przyprowadzili jego matkę. Przyprowadzają matkę, a on spojrzał na nią, plunął jej w twarz i powiedział: – To ty żyłaś z moim ojcem tyle lat bez ślubu, to ty nie uklękłaś do przyjęcia Komunii świętej razem ze mną, kiedy była moja pierwsza. To przez Ciebie taki jestem. Bądź potępiona na zawsze!”
    A obok mnie stały dwie paniusie (zapewne babcie) i usłyszałem, jak jedna do drugiej szepce, kiwając głową z aprobatą: „Ale mądrze nasz ksiądz mówi”.
    Poznałem w życiu kilku (niestety tylko kilku) światłych i mądrych księży. Zdecydowanie nie mogę do nich zaliczyć autora powyższego kazania i w tym względzie różnię się poglądami od tych dwóch pań. Ciekaw jestem, co dzieci dziś słyszą w dniu, który podobno ma być najpiękniejszy w ich życiu. Być może tak i jest, bo dostaną komputer albo jeszcze droższy prezent. I do tego sprowadzi się ich przeżycie, bo chyba w tym wieku niewiele rozumieją z tego rytuału.

    • Przeraźliwy ten drugi obrazek. Jaka pogarda dla kobiet/matek. – straszne przesłanie w dniu pierwszej komunii: Matka ŻYŁA Z OJCEM BEZ ŚLUBU – doprawdy najgorsze przestępstwo na tym świecie.
      A paniusie przytakuja bo tak je wychowano.

  3. Jadwiga Wojtczak-Jarosz on

    Zastanawialam sie, gdzie Wydawcy gazety “Gazeta” znalezli felietonistke o takim talencie i takim umysle? No i jezyk! Prosto, prosciusienko, jak wyjety z tamtej rzeczywistosci.
    To jest talent! Ktos inny (chocbym i ja, na przyklad) zrobilby kazanie – do czego to doszlo, itd.
    Ale ona, ta Felietonistka, po prostu, zwyczajnie obsmiala. W dodatku ich wlasnym jezykiem operujac. Swietne! Przeslalam link do felietonu trojgu znajomym. Wybralam rozne specjalnosci. Nastepnego dnia nadeszly odpowiedzi: 1/ “Swietne! ale watpie, czy dla polskich ksiezy przekaz bedzie czytelny” (pisal wykladowca Wydzialu Pedagogiki); 2/ “Usmialam sie zdrowo” (napisala specjlistka ze statystyki, z uniwersyteckim dyplomem i ponad dwudziestoletnia praktyka w tej dziedzinie w Stanach), i 3/ “Bardzo dobrze napisany artykul” (matemtyk polskiego pochodzenia z imponujacym dorobkiem naukowym, zamieszkaly od wielu lat w US).
    Bylo nad czym pomyslec. Ze dobrze napisany, bylam tego samego zdania. Ze sie mozna usmiac – tez sie zgadzalam. Ale takze i zaplakac, pomyslalam. Zaplakac nad jakze demoralizujacym wplywem wychowawczym takiego komunijnego ubawu na dziecko. Wplywem na ksztaltowanie sie jego osobowosci. Bo przeciez na jego oczach dzialo sie cos niebywalego: glebokie duchowe przezycie, ktore mialo byc czyms niezwyklym, bo zapowiedzia zblizenia sie do Boga, zostaje oto zastapionelo jakims mialkim konsumpcyjno-odziezowym przedstawieniem.
    Wrocilam do pierwszej z otrzymanych wypowiedzi: “… ale watpie, czy dla polskich ksiezy przekaz bedzie czytelny”. Tu znow sie zgodzilam, bo tez watpie. Juz szybciej przyjmie to do wiadomosci i do serca jakis madry rodzic. W dodatku pierwsi ktorzy sie oburza, beda – jestem pewna – wlasnie księża: kto smie krytykowac? A jednak nie wydaje sie, aby Kosciol taka formy tej uroczystosci pochwalal. Juz widze i slysze polskiego papieza, Jana Pawla II, albo dzis Papieza Franciszka. Z ich pokora, skromnoscia i empatia. Jakzeby sie martwili, i co by mowili.. Tyle jest przeciez biedy na swiecie, tyle dzieci umierajacych z glodu, chocby dzisiaj w Afryce. A tymczasem ksieza (i moze warto sie nad tym zastanowic) nie tylko aprobuja taka forme komunijnej uroczystosci, ale wydaja sie wrecz pochwalac, ba… zachecac do corocznego powtarzania tej wlasne formy, tak kosztownej, i demoralizujacej.
    Dobrze przynajmnie, ze o prawdziwym znaczeniu i sensie calej uroczystosci przypomina dzieciom Biblia, znajdujaca sie wsrod prezentow kazdego z nich. Biblia wprawdzie nie na teraz. Na potem. Gdy do niej dziecko dorosnie, wtedy (nie tracmy nadziei) poczyta. Moze nawet samo sie wtedy zastanowi nad sprzecznosciami tych corocznych obyczajow. Jesli jednak bedzie to Biblia niezwyczajna, ale ktores wydanie obrazkowe dla mlodocianych, to niejedno dorastajace dziecko moze miec pytania i na to rodzic powinien sie przygotowac. Pamietam dziecko, ktore na widok obrazka przedstawiajacego skulona pare dwojga wypedzanych z Raju prarodzicow, ledwo odzianych w skory zwierzece, zawolalo z przerazeniem: “Mamo, to juz wtedy zabijano zwierzeta? Czy to oni je zabili?” I po chili, nie mogac doczekac sie odpowiedzi: “Mamo, to jak to bylo naprawde? Za co zostali wygnani? Za zabicie lwa, czy za to jablko?”
    Tak, warto uwazac; nigdy nie wiadomo, jakie pytanie zada dziecko i w jakim momencie. Calkiem mozliwe, ze niejedno juz wtedy, podczas tamtego przyjecia patrzylo na nas ze zdziwieniem nie rozumiejac, dlaczego sprawy piekne tak umielismy skomplikowac i zknocic.

    • Pani Jadwigo! Bardzo mnie Pani wzruszyła. Taki komentarz i to od Pani – oniemiałam.
      Dziękuję serdecznie. Takie słowa od osoby, która kiedyś pomagała mi ratować życie mojej chorej na raka koleżanki w Polsce. Mam nadzieję zagrzać miejsce na dłużej w Gazecie i zapracować na więcej takich komentarzy.
      Ewa

  4. Krzysztof Grzybowski on

    Rewelacyjny tekst i trafiony w 100 proc .- tak właśnie jest. Przerost formy nad treścią – często pustka w duszach, byle futro na grzbiecie. Komunie wyglądają jak (wątpliwej klasy) wesela – dziewczynki szaleją aby ich sukienki były bogatsze niż koleżanek. A rodziny liczą koperty. Nie wiem jak księża mogą na to pozwalać a nie uczyć ludzi pokory i skupienia na duchoych przeżyciach. Brawo, od “Racheli” jestem Pani stałym czytelnikiem. Czekamy ze znajomymi na kolejne.

  5. @ ewa henry on

    pani EWO, CO pani pali? To musial byc niezly “stuff”, bo pani zaliczyla mega lot.

    • Pozostaje mi pozostać w nadziei, że nie jest pan potomkiem tego Jasia z kawału co mu się wszystko z Koranem kojarzyło. A może to nie był Koran. Życzę długiego spaceru na świeżym powietrzu 🙂

    • @ewa henry on

      a mnie pozostaje pozostac w nadziei ze zdobedzie pani kiedys na odwage i w tak samo osobliwy sposob napisze pani cos na temat absurow wyznawcow islamu czy judaizmu. Chetnie poczytamy wszyscy, ale zapewne “braknie” pani czasu 😉

    • Bardzo dziękuję, Pani Beato, ja po komunii mojego dziecka – mimo, że to była taka z rodzaju tych, o których nie opłaca się pisać – zaczęłam się żegnać z kościołem katolickim – poczucie absurdu spotęgowało się do tego stopnia, ze przekroczyło u mnie punkt krytyczny.
      Pozdrawiam serdecznie i pędzę czytać Pani tekst.
      Ewa

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.