Głos

0

Mam na imię Julia. Zwykłe imię, a jego posiadaczka jest zwyczajną kobietą. Zamężną, trzydziestoletnią. Niby nic wyjątkowego. A jednak… Jednak coś w sobie mam. Nie mówią mi tego mężczyźni, choć wiem, że tak o mnie myślą. Ale to jest inna sprawa. Coś noszę w sobie. To jest niezwykłe. Chodzi za mną, a właściwie ze mną. Bo nie opuszcza mnie nigdy. To głos mężczyzny. Mam go w głowie, w piersiach, tam na dole – wszędzie. Dochodzi do każdego nerwu i komórki mojego ciała. A może nawet stamtąd pochodzi? Skąd się wziął do diabła? Nie wiem. Przyszedł z kosmosu chyba, a może narodził się wraz z moim narodzeniem. Nie chcę i nie mogę się wyzwolić od jego brzmienia. Stanowczego, zdecydowanego, a przy tym łagodnego i miłego. Jego władczość i zdecydowanie są zakamuflowane, niejednoznaczne i jakby tendencyjnie niejasne, ukryte. Ta władczość i przyjemna w tonie nakazowość wyziera stamtąd jakby była tam, w jego głębi (tego głosu) od zawsze. Jest idealny. Marzyłam, śniłam ten głos, pamiętam, że był we mnie zawsze. Nie szukałam go, ja go nie wymyśliłam, nawet go nie odkryłam, byłam oswojona z jego obecnością w całej mnie od dawna. Nie szukałam, bo należał do mnie, był częścią mnie. Nie szuka się i nie marzy o czymś, co już do ciebie należy. Jak leciutkie, mgliste, nieskonkretyzowane zadziwienie, ale zarazem obietnica. Że jeszcze nie wiem co to jest, czuję i słyszę w głowie jego słowa o zadziwiająco energetyzującej brzmieniu, nieziemskim takim. To ona, ta barwa działa na mnie stanowczo bardziej niż treści, które za sekundę zapominałam. A barwa, natężenie i intonacja pozostaje i daje mi pewność, że ktoś czy coś, co we mnie tkwi, otacza mnie mgiełką opoki nie do przebicia przez intruza z zewnątrz; opiekuje się mną i wyzwala przekonanie, że mogę mu ufać, że nikomu nie pozwoli mnie skrzywdzić. Nie wiem czy ja ten głos wymyśliłam, czy ja go znalazłam, czy on znalazł z jakichś powodów mnie, by zamieszkać we mnie i być moim po coś. Wtedy się nad tym nie zastanawiałam. Było mi dobrze z takim lokatorem. Przyjacielem, jak sądziłam. Tak, myślałam, to nie ja jego, to on znalazł mnie i jest mu we mnie dobrze, skoro nie odchodzi. Wszedł we mnie i się zadomowił. Tak myślałam.

Często zastanawiałam się, wiem, że to głupie, jak teoretycznie mógłby wyglądać fizycznie człowiek z takim głosem. Wyobrażałam sobie, że jest starszy ode mnie, wysoki i opalony. Powinien być przystojny i opiekuńczy. Taki mój ideał mężczyzny. Co mi tam, mogłam pofantazjować.

Bardzo młodo wyszłam za mąż za kolegę ze studiów. Pokochał mnie jak sądzę, choć prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy w co się pcha, bo sam się czasem kokieteryjnie zastanawiał, dlaczego to uczynił. Zdarzało mu się to rzadko, za to publicznie, na imprezach towarzyskich, ale w sposób niedrażniący, tak jakoś z dumną przekorą i dosyć przyjemną swadą. Mówił wtedy, że kocha mnie dla mojego miłego i tajemniczego uśmiechu, który rzadko opuszcza moje oblicze. Widziałam o tym i nie panowałam nad tym, że moja buzia wyraża, jak często z uśmiechem się przechwalał, jakąś miłą tajemnicę przeznaczoną wyłącznie dla niego. I dla niego byłam taka uwodzicielska, tylko dla niego, tak myślał. Ta tajemnica, myślał zapewne, kiedy tak po paru drinkach perorował w towarzystwie – ta jedyna, do której ja się tylko na razie uśmiechałam, jakbym zaraz, niespodziewanie miała mu ją wyjawić i znowu zasłonić się tym, jak sądził, uwodzicielsko rozmarzonym uśmiechem, jakby ta właśnie pierwsza, jeszcze niewyjawiona, nie miała być ostatnią. Wiedziałam, że kochał mnie właśnie za to, że spodziewał się już zawsze ode mnie wyjawiania tych kolejnych przyjemnych tajemnic – niespodzianek. Tylko takie i z taką kobietą życie zdawało mu się fantastyczne, więc dziękował Bogu za podarunek tak wspaniałej kobiety, na jaką, jak czasem przyznawał, nie za bardzo zasługiwał.

Ten głos był głosem mężczyzny, lecz nie mojego męża. Głos mój, czyli mojego mężczyzny, ten głos noszony przeze mnie we mnie, noszony w sobie z dumą. I to do niego się tak uśmiechałam. Głos tego mojego mężczyzny był tym głosem wypełniającym mnie, to z nim prowadziłam wyimaginowane konwersacje, on to wywoływał na mej twarzy uśmieszek, ten miły grymas. Bo ten głos mężczyzny zadomowiony w moim ciele i umyśle był miły, łagodny i sympatyczny, poza tym był mój, tylko mój własny. I od niego podświadomie oczekiwałam, od tego głosu, a nie od głosu Adama, jakiejś wyjątkowej, niespełnionej obietnicy, którą, wiem o tym z całym przekonaniem, natychmiast bym przyjęła. Mąż mój nie wiedział i nigdy miał się nie dowiedzieć o męskim, uwodzicielskim głosie egzystującym w moim ciele i umyśle.

Głos ten towarzyszył mi w każdej chwili, także w każdym intymnym zbliżeniu z moim mężem. Pomagał mi, instruował, czasem szydził delikatnie, nie złośliwie, jednak rzadko aprobował to, co i jak robię. Obserwował i komentował jakby z lekką nutką zazdrości.

Jakby na przekór temu, co mi podszeptywał, skutki były odwrotne. Podniecał mnie i dodawał mocy, inwencji twórczej i przekornej aktywności, wigoru, kiedy słysząc go w sypialni jakby jemu na przekór oddawałam się Adamowi z większą niż zwykle namiętnością i zmysłowością, pomysłowością. Wtedy głos mężczyzny we mnie jakby przycichał, pomrukiwał, ale nie, nie była to aprobata, o nie. Ale także nie była to dezaprobata. Mruczał, jakby przysiadał na parapecie i z zażenowaniem zerkał na nas od czasu do czasu udając, że wygląda przez okno.

Tylko ja o tym wiedziałam i z pewną złośliwą satysfakcją przysłuchiwałam się tak, jakbym mu się przyglądała. Temu wkurzającemu mnie przyjemnie najcudowniejszemu na świecie męskiemu głosowi, o którym ja tylko wiedziałam, że jest częścią mego ja i całej mojej egzystencji. I byłam desperacko zadowolona, że na chwilę zmusiłam go do ucichnięcia, chociaż on tylko pozornie mnie wtedy opuszczał. Był tam, gdzie zawsze, tylko inaczej. Byłam szczęśliwa.

Ponieważ ten głos był we mnie odkąd cokolwiek pamiętałam, zbudowałam w sobie pewność, że należy do mnie już na zawsze. Dobrze się czułam z tym jego pobytem w całej mnie, we mnie w środku. Jak wspomniałam, miałam pewność, ż głos ten wzmaga moją zmysłowość i pomysłowość erotyczną. Czułam wtedy, że jesteśmy nie we dwoje, lecz we troje. Ja, mój Adam i ktoś trzeci – bierny obserwator. Mój kochany, najukochańszy lokator. Tylko mój. Kochałam ten trójkąt, ale wiedziałam, że tylko dlatego, że kochałam tylko i wyłącznie ten mój głos, głos mojego mężczyzny we mnie, o którego istnieniu wiedziałam tylko ja.

Moje małżeństwo było ani udane, ani nieudane. Było nijakie, a właściwie było żadne. Miłości chyba zabrakło albo i nigdy jej nie było. Nie mieliśmy dzieci, więc cóż nas po dziesięciu latach mogło jeszcze łączyć. Ze wspomnianego trójkąta pozostało miłe wspomnienie. Zaczęłam przemyśliwać o opuszczeniu Adama. Głos jakby się ucieszył. Podszepnął mi kilka razy, żeby nie zwlekać, że jest to dla mnie najlepszy czas na zatrzymanie monotonni.

– Spróbujesz jeszcze raz i teraz ci się uda – podpowiadał.

Obawiałam się jednak reakcji Adama. Jakże niepotrzebnie. Kiedy w końcu mu wyznałam zamiar i nieśmiało zaznaczyłam, jak wielką pomyłką jest dla nas obojga nasz tak zwany związek, zauważyłam na jego obliczu coś w rodzaju ulgi. Rozstanie przebiegło beznamiętnie, podobnie jak całe nasze małżeństwo. Zostałam sam na sam z przepięknym męskim głosem w środku.

Wyprowadziłam się do jednosypialniowego apartamentu w kondominium przy Square One w Mississaudze. Blisko do Cineplex Cinemas. Uwielbiam oglądać filmy w kinie, nie znoszę innych tak zwanych nośników. Sama nazwa kojarzy mi się z nocnikiem. Fe. Miałam teraz swoje kino. Z zawodu jestem dziennikarką, ale w Kanadzie jak wszyscy wiedzą, mało kto pracuje w swoim zawodzie przywiezionym z Polski. Polonistyka ukończona na Uniwersytecie Warszawskim otworzyła mi drogę do zawodu nauczycielskiego w Kanadzie. Miałam dobrą pracę, a przy tym czerpałam dużą z niej przyjemność gdyż uwielbiam dzieci. Także dochody były niebagatelne. Dawałam radę. I mogłam raz w tygodniu chodzić do kina. Sama. W ogóle to zawsze byłam bardzo samodzielna.

Samodzielność wprawdzie pomaga żyć samotnie, szkoda tylko, że nie wypełnia samotności, zaledwie ją uzupełnia. Zaczęłam mimo wszystko odczuwać melancholię. Co tu ukrywać, chciało mi się do mężczyzny. Głos, mój męski wewnętrzny głos, nie mógł mi zastąpić cielesności, woni, dotyku i nawet męskiej szorstkości, o jakiej tak często marzyłam, nie mogąc zasnąć przytulona do delikatnego Adama.

Wtedy mój głos doszedł do głosu. Podszepnął mi, żebym się w końcu rozejrzała za samcem. Tak właśnie to sformułował. Chcąc – nie chcąc, zaczęłam szukać, dyskretnie eliminując kolejnych samców pałętających się po moim bliskim i dalszym otoczeniu. I naraz stwierdziłam przerażona, że istnieją tylko z nazwy i z jako takiego wyglądu ich przypominającego. Minął rok jak nie miałam kontaktu z mężczyzną, co tu ukrywać – od roku nie miałam seksu. Bardzo mi się chciało do ludzi.

I znowu głos ruszył mi z pomocą. Fajnie mieć taki swój wewnętrzny, męski głos na własność – pomyślałam wtedy. Wtedy… nawet nie pomyślałam, że właśnie tracę ten głos…

Ale po kolei.

Ten niedzielny poranek nie wróżył nic dobrego. Wczoraj o zmierzchu zaczął padać deszcz, zmywając doszczętnie resztki śniegu. Spojrzałam w okno. A tu bezczelnie pada śnieg. Wielkie płatki śniegu opadały powoli jakby to był grudzień, a nie był, bo był koniec lutego. Jakby na złość wszystkiemu i wszystkim – śnieg. Głównie na przekór mnie. Przecież tak kocham słońce. A tu dziesiąta rano i ciemno. W dodatku ja sama rozczochrana w rozgrzebanej pościeli. Musiałam w nocy nieźle się wałkować. Jak zwykle usłyszałam mój głos. Powiedział:
– Za długo jesteś sama. Piękna, trzydziestoletnia kobieta nie zasługuje na samotność. Gdybyś się obudziła w ramionach swojego mężczyzny, to nawet w taką pogodę miałabyś na twarzy uśmiech szczęścia. A tak? Popatrz w lustro. Ponura jak w żałobie. Weź się w garść. Posłuchaj. Daj do gazety takie ogłoszenie:

“Szukam cię. Mężczyzno, gdzie jesteś? Odezwij się, może właśnie Ciebie szukam?”

Treść ogłoszenia podyktowana mi przez mój głos prześladowała mnie do obiadu. W końcu poddałam się. Nigdy przedtem nie szukałam mężczyzny poprzez zamieszczanie ogłoszeń w prasie. Nigdy w ogóle nie szukałam, faceci sami mnie znajdowali i zabiegali o moje względy. Ale tutaj znalazłam się w takiej okropnej sytuacji, że nawet mój męski głos zamknięty w mojej świadomości zauważył to i zareagował w typowy dla niego sposób. Jego rady zawsze były dobrymi radami, więc nie musiałam się dłużej zastanawiać. Usiadłam do laptopa, znalazłam stronę z ogłoszeniami gazety polonijnej “Gazeta” i przepisałam słowo w słowo to, co podyktował mi rano mój wewnętrzny męski głos:

– “Szukam cię. Mężczyzno, gdzie jesteś? Odezwij się, może właśnie Ciebie szukam?” Przeczytałam anons na głos i dopiero wtedy zrozumiałam, że jest to krzyk rozpaczy, a raczej wołanie o pomoc.

Potem przyszły kolejne pochmurne dni. Natłok pracy oraz codzienny, leniwy rytm samotnej egzystencji spowodował, że nie zaglądałam do komputera. W niedzielę przełamałam się i zajrzałam do poczty.

Była tylko jedna odpowiedź:
– “Szukasz właśnie mnie. Nie wierzysz? To umów się z facetem, który szuka przyjemnej kobiety do miłego towarzystwa. Proponuję kino, kawiarnię i spacer”. I nic więcej dalej, tylko numer telefonu.

– Trochę bezczelny – pomyślałam. – I za bardzo pewny siebie. Na pewno zadufany w sobie bufon (takich nie znosiłam). Byłam bliska rezygnacji. A wtedy usłyszałam mój głos we mnie. Po raz ostatni w życiu. Kazał, wręcz rozkazywał mi, bym zadzwoniła. Zrobiłam jak rozkazał. Chwilę potem padłam jak ścięta na kanapę, bowiem usłyszałam ten sam głos już nie we mnie, lecz dochodzący z telefonu nieznajomego z ogłoszenia.

– Witam – rzekł mój, choć już nie mój głos. Nazywam się Jacek Pakuła i jest mi bardzo miło, że się pani odezwała.

Nie odpowiedziałam, bo nie mogłam wydusić ani jednej sylaby. Po prostu ciągle byłam w szoku.

– Jest tam pani jeszcze, czy coś się stało?

Moje milczenie spowodowało, że głos cicho, jakby z offu, rzekł: – Ech, chyba usłyszała mój głos i zwątpiła…trudno…

Ale się nie rozłączył i ja to skwapliwie wykorzystałam jako ostatnią szansę, ponieważ już nieco ochłonęłam.

– Niech pan zaczeka, jestem, jestem. Też się cieszę, że pan odpowiedział na mój anons i że słyszę pana głos…jestem ciekawa jak wygląda jego właściciel…

– Serio? Że słyszy pani mój głos?- zdziwił się głos. Mam pomysł. Umówmy się więc gdzieś na kolację. Mam ulubioną knajpkę, która pani także powinna się spodobać.

Uznałam, że to ja powinnam zaproponować miejsce spotkania. Też miałam swoją ulubioną knajpkę, blisko mojej szkoły.

– Pozwoli pan, że to ja wybiorę miejsce…może w Sympozjum, skrzyżowanie Winston Churchil i Dundas. Super atmosfera i dobre jedzenie.

– Z przyjemnością – znów usłyszałam ten głos, który do niedawna był we mnie, a teraz uciekł do nieznajomego. Bo przecież nie mógł przez tyle lat być i tu i tam. Moja ciekawość zobaczenia człowieka posługującego się moim wewnętrznym głosem odebrała mi chyba rozum, gdyż powiedziałam szybko:

– Jutro o dziewiętnastej. Do zobaczenia.

– Zaraz, zaraz… Niech pani zaczeka. Przecież nawet nie wiemy jak wyglądamy. Może jakieś zdjęcia sobie wyślijmy, albo chociaż opiszmy się sobie wzajemnie. Ile pani ma lat?

Miał rację. Nic o sobie nie wiedzieliśmy. Jednak był trochę bezczelny.

– Pan pierwszy – wyrwało mi się, chyba trochę zbyt ostro. Nie miał z tym problemu, tyle że to, głos powiedział, trochę mnie zszokowało.

– Jestem wysoki, w miarę dobrze zbudowany, bardzo krótkie siwe włosy. Emerytowany pilot. Ale ciągle pracuje w kontroli lotów na lotnisku Pearsona w Toronto. Mam sześćdziesiąt dwa lata. A pani?

– Ja…ja…ja mam trzydzieści lat. Mam na imię Julia. Julia Borzęcka. Jestem poważną nauczycielką w high school. Wysoka, szczupła, krótkie, czarne kręcone włosy… gadałam jak nakręcona.

– Za stary dla mnie – latało mi po głowie, lecz jakże mogłam dopuścić do tego, żeby się nie spotkać oko w oko z moim głosem.

– Teraz to tylko pozostaje pytanie, czy mężczyzna w tym wieku ma prawo spotkać się z tak młodą kobietą – powiedział głos. I dodał śmiejąc się w głos:

– Wyglądam dużo młodziej, przekona się pani. Proszę nie odmawiać.

– No dobrze, dobrze. Jesteśmy umówieni. Do zobaczenia. I się rozłączyłam.

Usiadłam i zastygłam jak posąg na kanapie na jakieś dziesięć minut z twarzą ukrytą w dłoniach. Myśli latały mi po głowie jak rozpędzony roller coaster.

– Co ja narobiłam? W co ja się pcham? Umawiam się z mężczyzną w wieku mojego ojca… Nie, nie pójdę – postanowiłam wreszcie. I wzięłam się za sprzątanie mieszkania.

W nocy przyśnił mi się mężczyzna. Przystojny mężczyzna siedział obok mnie na ławce w parku i śmiał się do rozpuku. – Ze mnie czy do mnie – myślałam, ale zrobiło mi się bardzo przyjemnie kiedy objął mnie i przytulił. Ładnie pachniał w tym śnie. Przytuliłam głowę do jego gładko wygolonej twarzy i… obudziłam się.

Do restauracji Sympozjum weszłam lekko spóźniona. Rozejrzałam się po sali lecz niestety, nie dostrzegłam obecności Jacka Pakuły. I wtedy poczułam ten zapach ze snu. Odwróciłam głowę i utonęłam w przenikliwej głębi czarnych oczu człowieka, którego zawsze wyobrażałam sobie jako posiadacza mojego wewnętrznego głosu. To był on. Z tym że jeszcze bardziej przystojny.

Tylko mojej profesjonalnej rutynie zawdzięczam, że natychmiast opanowałam drżenie rąk i nóg oraz wrzuciłam na twarz maskę spokojnej, aczkolwiek miłej obojętności z nutką zainteresowania. Bez słowa powitania wyciągnął do mnie dłoń i poprowadził do zarezerwowanego stolika. Usiedliśmy naprzeciwko siebie, przyglądając się sobie w milczeniu. Przerwał je kelner podając karty menu. Ja zamówiłam wino, on herbatę. Ciągle milcząc, pociągając z wielkiego kielicha czerwone wino, przyglądałam się nieznajomemu, którego wygląd wydawał mi się bardzo znajomy. On sam patrząc mi w oczy wrzucił do kubka torebkę z herbatą i zalał tę torebkę wrzątkiem. Mój nagły wybuch nieopanowanego śmiechu nieco go skonfudował. Ale zaraz się otrząsnął i zaczął mnie przekonywać, że on zawsze właśnie w taki sposób zaparza herbatę. Teraz to już oboje śmialiśmy się do łez.

Do dziś zastanawia mnie, jak udało się nam zjeść po talerzu zasmażanych krewetek, pić herbatę i wino – teraz nie wiem. Jak my na to znaleźliśmy czas? Przegadaliśmy i prześmialiśmy trzy bite godziny. Opowiadaliśmy sobie przekrzykując się i przekomarzając jak dzieci, takie dzieci, które spotykają się po przerwie wakacyjnej i lekko pozmieniane upływem czasu (dzieci szybko rosną) i zaciekawione sobą wzajemnie jakby były innymi niż przedtem osobami, mają sobie tak bardzo wiele do powiedzenia. I nigdy nie mają dosyć.

Oprzytomniałam, jak mi się wydawało, dopiero przy wyjściu z restauracji. Jacek szarmancko ujął mnie pod rękę. Nie przypuszczałam, że zaraz stracę przytomność. No, może niezupełnie. Jacek obrócił mną łagodnie lecz stanowczo, przytulił mnie do siebie i lekko pocałował. Zakręciło mi się w głowie. Nie panowałam nad sobą, kiedy oddałam pocałunek, ale z taka mocą i namiętnością, że poczułam, jak mi się wszystko rozpływa i ogarnia mnie uczucie słodkiego omdlenia. Całował mnie tak, jak sobie przez całe życie wyobrażałam prawdziwy męski pocałunek.

Całował mnie publicznie, ja całowałam go namiętnie nie bacząc na ludzi, którzy na nas patrzyli. Wszystko odbywało się wbrew moim zasadom. Precz zasady! Znalazłam mężczyznę mojego życia, tego jednego byłam pewna. I że jestem bardzo szczęśliwą kobietą.

cdn…

Poleć:

O Autorze:

Edek Wojciak

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.

Read previous post:
Reportaż, powieść, a nawet komiks – katastrofa smoleńska w literaturze

Katastrofa smoleńska pojawia się jako temat kilkunastu książek reporterskich, około 10 powieści, a także komiksu. "Większość z tych książek pokazuje...

Close