Historia brudu, czyli jak to mycie skraca życie

1

Kultura, cywilizacja, sposób bycia, nawet myślenie ludzi współczesnej Europy, obu Ameryk, Australii, mają swe korzenie w starożytnej Grecji i Rzymie.

Kult czystego ciała w starożytności
Mieszkańcy tych dwóch państw w dziedzinie higieny osobistej mogą i dziś być wzorem dla świata. Był tam powszechny kult ciała: zdrowego, pięknego i czystego. Do dzisiaj na terenach dawnego Państwa Rzymskiego jednymi z najczęściej zachowanych ruin są przeogromne łaźnie publiczne, czyli termy. Korzystali z nich ludzie bogaci, wykształceni i dominujący w społeczeństwie. Nieco gorzej było z pospólstwem, bo ich nie dopuszczano do term, ale nie było aż tak źle: woda pitna doprowadzana do Rzymu i innych metropolii potężnymi akweduktami, których ruiny do dzisiaj zadziwiają inżynierów i budowniczych, była do użytku wszystkich ich mieszkańców. Był w Rzymie główny pojemnik ścieków miejskich, czyli cloaca maxima; nie umiano jeszcze ich oczyszczać, ale Tybrem wydalano je do morza. Mieszkałem dwa i pół roku w tym mieście w pobliżu Term Karakalli. Tu spacerowałem, podziwiałem z zewnątrz i wewnątrz potężne mury, które dochowały się do naszych czasów, a wieczorami słuchałem cudownej muzyki symfonicznej i operowej z tego miejsca przez otwarte okno. W czasach mego tam pobytu organizowano wewnątrz term wielkie widowiska operowe i muzyczne. Później zrezygonowano z tego pomysłu, bo pot ludzki, kurz, wszelkie dźwięki przyśpieszały niszczenie murów. To miejsce w czasach starożytnych było jednym z codziennych miejsc spotkań patrycjuszy – ci nie tylko się tu kąpali, ale brali masaże, załatwiali sprawy rodzinne, majątkowe, wymieniali najnowsze plotki, tu można było zjeść i załatwić potrzeby seksualne – prostytutki najwyższej rangi tu najczęściej uprawiały swój proceder. Prawie każde większe miasto imperium miało czystą wodę pitną pobieraną z rzek i jezior. Do Rzymu sprowadzano akweduktami więcej takiej wody niż tej przepływającej Tybrem.

This slideshow requires JavaScript.

Przeludnienie
Niestety w mieście była ogromna ciasnota. W II w. Rzym pobił liczbą mieszkańców najludniejsze miasto świata starożytnego, Aleksandrię w Egipcie: w Aleksandrii mieściło się ok. miliona mieszkańców, w Rzymie, tylko na 18 kilometrach kwadratowych, milion dwieście tysięcy, mimo że duża część tego terenu była zabudowana budynkami użyteczności publicznej, jak Forum Romanum i inne fora, Koloseum, kilkoma termami, Circus Maximus służącym przede wszystkim do odbywania wyścigów rydwanów, pałacami cezarów itp. Bogaci mieszkali na obrzeżach miasta w przestronnych willach, a pospólstwo gnieździło się w kajutkach w blokowiskach podobnych do tych, jakimi nas obdarzyła komuna. Były to budynki wysokie do siedmiu pięter. Nie było kominów, gotowano na piecykach metalowych, poprzez dziury w ścianach wypuszczno dym na zewnątrz. Ulice były ciasne, pełne błota lub kurzu, tylko kilka głównych było brukowanych. Ale był zakaz ruchu kołowego w określonych godzinach, właściciel bloku musiał zadbać o czystość na ulicy, przy której budynek był zbudowany. Przeludnione miasta starożytne miały problemy z utrzymaniem czystości na ulicach i w mieszkaniach, no ale to był ciągle prawie luksus w stosunku do sytuacji europejskich metropolii, choćby Paryża.

Powolne odchodzenie od utrzymywania ciał w czystości
W średniowiecznej Europie zamiast term istniały łaźnie publiczne, ale likwidowano je, szczególnie w krajach katolickich, bo mycie to dotykanie “brzydkich części” ciała, bo golizna prowadzi do rozpusty, a to znowu prowadzi do rozpowszechniania się kiły. Gdy ktoś musiał się umyć, choćby na polecenie cyrulika, trzeby było to robić po ciemku, zamykać oczy, a nawet modlić się w tym czasie, by nie być prowadzonym na pokuszenie. Do XVI w. w zachodniej Europie, a do XVIII w. w Polsce łaźnie prawie kompletnie zlikwidowano i najczęściej już prawie nikt się nie mył. Potem myto się w misce, wiadrze, często nie myto, lecz ochlapywano sobie twarz i ręce – nóg i reszty ciała nikt nie mył, bo i po co. Niektórzy bardziej leniwi po prostu suchą szmatą wycierali sobie twarz, to zastępowało mycie. W Polsce szlachta i arystokraci zakładali na ciało białe koszule z długimi rękawami i mankietami, nie ze względów higienicznych, ale by podkreślić swoje wyższe pochodzenie, by się odróżnić od pospólstwa. Często to była jedyna koszula, nie prano jej częściej niż raz w miesiącu, więc jej białość była raczej problematyczna.

Skutki takiej higieny były oczywiste. Każdy śmierdział potem, i nie tylko potem. Każdy był obsypany wszami i innym robactwem, które gnieździły się przede wszystkim na głowach pod perukami pań i panów. Ten wszechobecny bród ludzkich ciał trzeba było jakoś jeśli nie polubić, to racjonalnie usprawiedliwić. Wymyślono, że warstwa brudu chroni człowieka od chorób. Woda likwidując tę warstwę naraża człowieka na zapadnięcie w chorobę; ciepła woda była uznana za najbardziej niebezpieczną, bo poszerza pory w skórze i niejako zapraszała choroby, by łatwiej wnikały do ciała. U kobiet przez długie wieki był pęd zachowania cery białej, nieopalonej. Nie każdą stać było na parasole i inne przykrywki ciała, więc te biedniejsze, szczególnie chłopki, utrzymywały ciało w bieli pod dużą warstwą brudu.

Niechlujni Francuzi
Francuzi chyba zapisali się w historii jako najwięksi niechluje Europy. Ludwik XIV mył się cztery razy do roku, niekoniecznie z poczucia potrzeby czystości. Robił z tego wielką ceremonię dworską, myto go w otoczeniu wielu zaproszonych na tę uroczystość prominentów i wielkich dam. Raz spadł z konia do strumyka w czasie polowania i niestety tego roku musiał się wykąpać, jak podaje kronikarz nadworny, aż pięć razy. By się wyróżniać jakoś od innych kazał nacierać się kilka razy dziennie wodą kolońską – z daleko czuć było, że król idzie, poddani mieli czas na przygotowanie się do niskich pokłonów gdy przechodził obok. Powszechnie znane jest upodobanie Napoleona do naturalnego niemytego zapachu ciała swych żon i kochanek. Józefina myła się od czasu do czasu, ale zawsze była wysmarowana piżmem (substancją z gruczołu piżmowca). Napoleon uciekając z Moskwy, już w Smoleńsku miał “pchnąć umyślnego” do Józefiny z przesłaniem: “jadę do ciebie, nie myj się”. Ktoś stwierdził, że jeszcze w 60 lat po jej śmierci jej sypialnia cuchnęła tym specyfikiem. Czy pani Walewska używała piżma, by jak najdłużej utrzymać Napoleona przy sobie, nie wiemy, bo chyba nie mamy takiego przekazu historycznego. Wiemy, że i ona nie lubiła się myć, a może jej kochanek zakazał jej tego. Panią de Sévigné w XVII w. namówiono, by wzięła gorący prysznic (dziwne, że wtedy takie coś gdzieś było zainstalowane!). Przeżyła szok, napisała do równie słynnej córki, że tak sobie wyobraża czyścieć (nie mówi o piekle, bo to miejsce nie dla takich dam jak one!). “To okropne gdy ta woda spada na którąś z biednych części twego ciała” – napisała.

Francuzi i wielu innych Europejczyków byli nie tylko brudasami, ale i okropnymi niechlujami. W Wersalu w czasie jego największej świetności rezydowało około dziesięciu tysięcy ludzi. Byli to przeważnie wielmoże, ich rodziny i służba. Ludwik XIV wolał ich wszystkich mieć przy sobie, nie tylko dlatego by zachwycali się jego osobą, ale by poza jego zasięgiem nie knowali buntów czy oszust podatkowych. Ucztowano na okrągło, a pijani wielmoże załatwiali się gdzie się dało, na korytarzach, schodach, w zakamarkach. Po śmierci tego króla jego następcą został kilkuletni prawnuk Ludwik XV, bo synowie i wnuki Ludwika XIV wymarli, z wyjątkiem jednego wnuka, który został królem Hiszpanii. Ludzie umierali w tych czasach głównie na ospę. Wspomniany następca francuskiego tronu też zapadł na ospę, ale wygrzebał się z tego. Był pod kuratelą mamki, ta uratowała mu życie, bo wyniosła się z nim z Wersalu, który był w tym czasie zatłoczoną kloaką i odpędzała od dziecka ówczesnych medyków, których uniwersalną metodą leczenia było “puszczanie krwi”, czy czyszczenie żołądka jakimiś okropnymi palącymi wnętrze ciała miksturami.

Sam Paryż był też brudny i ohydny, podobnie jak siedziba królewska, i im było bliżej do Wielkiej Rewolucji Francuskiej, tym ohydnieszy. Nie było łazienek, nie było wody bieżącej w domach, niewiele było studni w mieście, wody Sekwany zbierały wszystkie brudy miasta, po ulicach płynęły ścieki. Brudy wylewano przez okna, a gdy przechodzeń próbował uniknąć zalania zawartością nocnika musiał iść środkiem ulicy narażając się na śmierć pod przejeżdżającymi powozami. Niewiele lepiej było i w innych metropoliach Europy i to w czasach nawet późniejszych. Wystarczy sięgnąć do realistycznych powieści Dickensa, by przekonać się, że i w Londynie nie było dużo lepiej. Do dzisiaj w moim mieście w Ontario o tej samej nazwie mamy ulicę “Pchlich targów”, wspomnianych przez pisarza.

Woda do mycia coraz mniej popularna w Rzeczpospolitej Obojga Narodów
Polska w okresie swej największej świetności w wieku XVI i prawie przez wiek XVII była raczej wyjątkiem pod tym względem w Europie. W 1674 r. odwiedził Polskę Francuz o nazwisku De Hauteville, który nie mogł się nadziwić temu, że “mimo że w Polsce panuje wielkie zimno, kąpiele są tam bardzo popularne”. Pisze, że każdy zamożny dom ma łazienkę, że każde miasto ma publiczne łaźnie. Ba, “damy i córki kąpią się co miesiąc”, a dzieci w Polsce kąpie się aż dwa razy dziennie (!), i to do osiągnięcia przez nie wieku dwóch lat.

W następnym wieku, niestety, chyba pobiliśmy Francuzów w niechlujstwie. Posłuchajmy co ma do powiedzenia na ten temat sympatyczny gaduła Jędrzej Kitowicz, nieowijający niczego w bawełnę, gdy pisze o zachowaniu jemu współczesnych panów braci: “W czasie uczty kto był uczciwy, wychodził z potrzebą na dwór, chociaż w trzaskający mróz, kto zaś nie chciał zadawać sobie przykrości, zalewał w kominie ogień, który zwyczajnym trzaskiem niejednego ocucił ze snu i przestraszył”. Podobnych zachowań i on i inni świadkowie owych czasów przytaczają wiele.

Usprawiedliwianie smrodu cielesnego
Smród z nieumytych ciał był tak powszechny, że nie dziwił nikogo. Ludzie rodzili się z nim i z nim umierali. Zauważalne, i to bardzo, było swędzenie ciała i ukąszenia przez robactwo. Wtedy po prostu zbierano je z ciała, wielkie panie mordowały wszy w specjalnym urządzeniu składającym się z młoteczka i kowadełka, przetrząsano peruki, we włosy wcierano puder, trociny, piasek i co popadło, potem wytrzepywano razem z zadomowionym tam robactwem. Ten powszechny brud ludzkich ciał i otoczenia był głównym powodem strasznych pomorów – w czasie jednego z nich prawie jedna trzecia ludności Zachodniej Europy wymarła

Im było gorzej, tym bardziej odchodzono od mycia się wodą. Powstawały teorie o jej szkodliwości i z biegiem czasu, aż do początku XX wieku, było ich coraz więcej i każda kolejna była coraz bardziej fantastyczna i głupsza. Oto niektóre: przez mycie ciała mężczyźni tracą wigor, stają się eunuchami, woda szkodzi ciężarnej i płodowi. Myjące się panny fundują sobie tym bezpłodność. Nawet mycie twarzy uznano za bardzo niebezpieczne, bo to grozi ślepotą, bólem zębów, katarem. Najważniejszym powodem unikania mycia, jak już wspomniałem, była obawa, że przez czystą skórę mają dostęp do człowieka różnego rodzaju choroby. Nie myto tak zwanych brzydkich części ciała, bo trzeba je było przy tej okazji dotykać, a to pokusa prowadząca do grzechu śmiertelnego. Gdy była absolutna potrzeba umycia je, myto poprzez materiał koszul, by przypadkiem bezpośrednio nie dotykać tych okropności.

Smarowidła w miejsce wody
Gdy już otoczenie nie mogło ścierpieć zapachu brudu osobnika, radzono, by się nacierał różnymi specjałami. Najlepiej było jednak unikanie tej pryktyki, bo w ogólnym mniemaniu każdy narząd został tak stworzony, by roztaczał swoistą sobie woń. Im mocniejsza woń, szczególnie męska, tym taki osobnik jest silniejszy i powabniejszy. Zapach spod pach miał mieć wyjątkową siłę nie tylko uwodzicielską, ale i leczniczą. Ceniono bardzo zapach dziewic. Przechował się przekaz, że jakiegoś umierającego arystokratę otoczono wianuszkiem mocno naturalnie pachnących dziewic – o dziwo wyzdrowiał, po prostu powstał prawie z martwych.

Wszystkie te teorie można streścić w trzech słowach: mycie skraca życie. Zamiast mycia, jak wspomniałem, nacierano ciało różnymi specyfikami, najpierw pochodzenia zwierzęcego, bo to nie eliminowało w pełni zapachu naturalnego, tak ważnego dla każdego osobnika w owych czasach. I tak biedni nacierali się łojem, bogatsi piżmem i podobnymi specyfikami jak cybetem czy ambrem. Smrodek z tych specyfików stawał się jeszcze bardziej nieznośny dla nosa, niż zapach niemytego ciała. Powoli zaczęto przechodzić na inne smarowidła jak np. olejki kwiatowe, ale w pomieszaniu przesiąkniętym zapachem potu i innymi zapachami człowiek taki ciągle nie pachniał jak kwiat. Powoli wracała moda z czasów starożytnych używania perfum, ale niewielu ludzi pozwolić sobie mogło na ten luksus. Potem przyszły dezodoranty. Wszystko to tylko maskowało, nie eliminowało zapachu brudnego ciała.

Zaczęto powoli i bojaźliwie wracać do wody; pionierami tego ruchu byli bogaci mieszczanie. Kąpano się już częściej niż raz do roku, jak to ciągle praktykowało chłopstwo w okresie Wielkanocy. Oczyszczano wtedy duszę przez spowiedź i ciało myciem – głównym powodem mycia nie była potrzeba czystości, ale usunięcie zapachu ciała, czyli pociągu seksualnego, by w tym okresie świętym było mniej tak zwanego grzeszenia cielesnego. Pamiętajmy, że majtki i papier toaletowy to wynalazek dopiero XX w. Zanim Wincenty Priessnitz zamontował w swym domu pierwszy nowoczesny prysznic, który się powoli upowszechnił, myto się w miednicy lub w nieco większym pojemniku, jak na przykład balii, w wodzie letniej, najpierw ojciec i matka, potem dzieci po kolei według wzrostu, na samym końcu w tej samej wodzie służba. Przypuszczam, że ci ostatni niewiele pomogli swemu ciału, bo woda była już bardzo brudna i zimna.

Faktycznie w niektórych krajach do połowy XX w. brud był zjawiskiem powszechnym. Lekarz, by zaaplikować pacjentowi zastrzyk, musiał z ramienia czy z “niewymownej” części ciała spiritusem zmywać miejsce, by się dostać do czystej skóry. Dość długo po zidentyfikowaniu bakterii przez Pasteura i Kocha, w szpitalach lekceważono zagrożenie infekcją. Częste więc były wypadki zapadania kobiet rodzących w śmiertelną w owych czasach chorobę gorączki poporodowej, bo lekarz lub położna lekceważyli podstawowe nakazy higieny. Polska rozbiorowa dzieliła się pod względem higieny osobistej na dwa regiony: brudni ludzie w zaborze austriackim i rosyjskim i w miarę czyści w pruskim.

Woda nie tylko do picia, ale i do mycia
Cesarstwo Niemieckie było pierwszym krajem Europy, które najszybciej wygrzebało się spod przekleństwa brudu. Polskie ziemie w jego władaniu poszły tą samą drogą. Niemcy zaczęli pogardliwe powiedzenia, nie tylko słynne polnische Wirtschaft (polska bałaganiarska gospodarka), ale i między innymi Weichselzpof (warkocz znad Wisły, czyli kołtun) przenosić ze wszystkich Polaków tylko na tych w innych zaborach.

Dwudziestoletni okres międzywojenny to wielki zryw, bo tę Polskę zniewoloną i podzieloną przez 123 lata zlepić w jedną całość w wielu dziedzinach, także w sprawie higieny osobistej – to się do pewnego stopnia udało i to jest chyba jednym z wielu osiągnięć tego okresu. W tym czasie, tak jak i obecnie, poznaniak, ogólnie mówiąc, nie jest chyba czystszy od krakowiaka, warszawiaka, czy lubliniaka.

Co wcale nie oznacza, że jest nam oszczędzone oglądanie brudasów i niechlujów. Niektórzy są z tego dumni. Wśród nich złoty medal należy się chyba Zygmuntowi Kałużyńskiemu, nieżyjącemu już słynnemu krytykowi filmowemu i teatralnemu. Potrafił być złośliwy: w najlepszej produkcji wynajdował jakieś braki. Doprowadzał tym do pasji tak wybitnych i zrównoważonych twórców jak Jana Englerta, Krzysztofa Zanussiego, Agnieszkę Holland i wielu innych. Ich wypowiedzi typu “wymęcza felietony o objawach wieku starczego”, ignorant, który staje się groźny”, człowiek o syndromie “głuchoty na kino” traktował jako osobiste komplementy. Ucieszyła go bardzo wypowiedź reżysera A. Żuławskiego, który miał powiedzieć, że widząc jego małpią gębę w TV, chce mu się rzygać. Pracował ciężko, by w plebiscycie “Przeglądu Tygodniowego” otrzymać wyróżnienie specjalne za najgorzej ubranego mężczyznę, czyli za przesadne niechlujstwo. Odcelebrował swoje 80. urodziny artykułem o sobie w Polityce w grudniu 1998 r. pt. “Pół wieku niechlujstwa”. Nazywa się “osobnikiem o higienie raczej ogólnej”. Pisze, że w domu nie myje podłóg, nie sprząta, dom ma zawalony przeważnie książkami i żeby przejść z pokoju do pokoju stworzył wąskie korytarze. Artykuł konkluduje tak: “Panie powinny się kochać, nie zamiatać, zaś człowiek powinien myśleć, nie sprzątać, i nie odczuwam wstydu, że mydło w moim być może zbyt długim życiu odegrało rolę tylko umiarkowaną”. Chyba miał rację w tej kwestii w odniesieniu do siebie samego, bo zmarł mając 88 lat.

Poleć:

O Autorze:

Władysław Pomarański

Jestem emerytem. Studiowałem na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie i w Instytucie Orientalnym w Rzymie. Po przeniesieniu się do Stanów Zjednoczonych zapoczątkowałem nowe studia z dziedziny bibliotekarstwa na Long Island University, dokończyłem je na Dalhousie University w Halifaksie w Nowej Szkocji. Pracowałem jako profesjonalny bibliotekarz zbiorów w bibliotece głównej wspomnianego uniwersytetu w Halifaksie, a potem przez ponad 30 lat w D.B. Weldon Library w University of Western Ontario, w London. Tu odpowiedzialny byłem za selekcję materiałów bibliotecznych w językach francuskim, niemieckim, hiszpańskim, włoskim, polskim i rosyjskim oraz publikacji z dziedziny filozofii i historii nauk ścisłych i medycznych.

1 Comment

skomentuj

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.

Read previous post:
Canada Goose wchodzi na giełdę – protesty

Powstała 60 lat temu firma Canada Goose produkująca najcieplejsze na świecie kurtki, których kaptury obszywane są futrem i noszone są...

Close