Dzień Kobiet czyli Pani od wych-ob

1

Mirka, rozbudziłaś mi ludzi w głowie. Teraz sobie ich pieczołowicie wydłubuję ze zwojów. Takich Marianów Krzywych, różne Dziunie i Tole, tyle że moje własne. Dziś przypomniała mi się Pani od Wychowania Obywatelskiego.

Podczas gdy większość nauczycieli od wych-ob w tamtych czasach na wychowaniu obywatelskim albo przerabiała program swoich “prawdziwych” przedmiotów, albo odpytywała z przepisów drogowych. Moja Pani od wych-ob miała niepokojący zwyczaj zadawania dziwnych pytań. Na przykład “Co to jest moralność?”, przy czym 11- letni my czuliśmy, że lepiej nie wyjeżdżać w odpowiedzi z postawami socjalistycznymi lub temu podobnym gównem.

Albo “Co to jest BWA?” Pamiętam, że samej przed sobą było mi głupio, że jednak oczekiwałam czegoś dużo bardziej ekscytującego niż rozszyfrowane w końcu przez panią od wych-ob Biuro Wystaw Artystycznych. Patrzyła na nas z sarkazmem. Może to i nieładnie patrzeć z sarkazmem na jedenastoletnie dzieciaki, a jednak tym sarkazmem wyłuskiwała z nas jakieś pierwociny intelektu. Przymrużała charakterystycznie oczy i załatwiała nas jak Wołodyjowski Kmicica koło studni.

Pani od wych-ob uczyła nas tego co dopiero po kilkunastu latach, na studiach, w obcym kraju wykrystalizowano mi jako myślenie krytyczne. W kraju i w czasach mojego dzieciństwa myślenie krytyczne dobrze się nie kojarzyło.

Miałam wrażenie, że na mnie mruży się częściej niż na innych, a jednak – przedziwnie przy całej mojej pyskatej fumowatości – nie czułam się tym mrużeniem obrażona, choć w zasadzie obrażało mnie w tym okresie życia wszystko.

Szczególnie obrażał mnie dyro. Z Wackiem miałam na pieńku odkąd za notoryczny brak tarczy i mundurka kazał mi przychodzić codziennie w białej bluzce i granatowej spódnicy i codziennie przed lekcjami meldować się u niego w gabinecie. Zakładałam więc jakaś koszulę z pieluchowej tetry, teksasową spódnicę z frędzlami i pyskowałam Wackowi, że materiał przecież nie był ustalony. Ustalony był kolor! Jest granat?! Jest! Jest kryzys? Jest! Matka po sklepach latać nie będzie za granatową spódnicą! Po czym odesłana do domu jechałam autobusem obrażona na kierowcę i kanara, któremu pyskowałam, że nie mam biletu bo normalnie o tej porze nie jeżdżę! Wszystkim pyskowałam. Pani od wych-ob nie napyskowałam nigdy.

Ćwiczyłam przed lustrem takie przymrużenie oczu ale moja pyzata gęba za nic nie przypominała wąskiej, ładnej twarzy Pani od wych-ob. Któregoś dnia była akurat w kancelarii kiedy przyszłam na poranny przegląd, wywysłuchała moich negocjacji z dyrem, po czym wysyczała (a syczała jeszcze cudniej niż mrużyła oczy) ze zmrużonymi, a jakże, “naprawdę będziesz się z NIM użerać?”

Następnego dnia przyszłam Dzień Kobiet czyli Pani od wych-ob do szkoły jak pierwszomajowa delegacja na trybunę honorową. Dyro mnie zlustrował “no widzisz? Jak chcesz to potrafisz”… i od tego dnia dał mi spokój.

Wtedy w kancelarii poczułam się dopuszczona przez panią od wych-ob do czegoś nieprzepuszczalnego przez ścianę pomiędzy dziećmi a dorosłymi, uczniami a tzw. ciałem. Te światy koegzystowały ze sobą nie przenikając się ani na milimetr. Widziałam, że dyra nie cierpi jeszcze bardziej niż ja.

Tego roku ósmego marca jak zwykle od rana ze szkolnego radiowęzła zaiwaniały idiotyczne okolicznościowe piosenki o dziewczynkach, dla których jakoby świat zjednoczył się tego dnia w celu obdarowania ich uśmiechem i tańcem. Tego dnia dostałam pewnie od lizusa Czarneckiego w żebro jak co dnia, tyle że z uśmiechem. Jak co dnia pewnie się nie poskarżyłam bo po pierwsze wiedziałam, że mu spuszczę wpierdol po lekcjach, po drugie uczono nas, że chłopcy biją bo tak nam okazują uczucia.

Dyro latał od rana okolicznościowo odpastowany, nauczycielki paradowały odświętne okolicznościowo, nawet woźny ozdobił przepitą maskę okolicznościowym bananem. Na 4. lekcji miała być akademia. Na czwartej lekcji było wychowanie obywatelskie. Do klasy wszedł dyro. Z plastelinowym uśmiechem na spoconej twarzy wręczył chudego goździka BEZ PRZYBRANIA Pani od wych-ob i zgiął się uroczyście w celu zaproszenia Pani od wychob do sali gimnastycznej na szkolne obchody Dnia Kobiet.

Poderwaliśmy się ławkach okolicznościowo. Chłopcy występujący juz od dłuższego czasu podrygiwali gotowi do desantu. Oczy Pani od wych-ob okolicznościowo się zwęziły, “przykro mi ale akurat mam lekcję” – wycedziła i odłożyła goździk. Do szuflady.

Dzień Kobiet od zawsze BYŁ. Zwiastował go mdlący zapach hiacyntów hodowanych w zakładowej cieplarni, do której zakradaliśmy się wieczorami z Grześkiem przez jedną z wybitych szyb. Wyżeraliśmy zakładowe rzodkiewki i wyciągaliśmy zza wielkiej szafy kocięta zakładowej kotki-rezydentki, która regularnie tam się kociła. Chowaliśmy się w rzędach pomidorów dorastających na dyrektorskie kanapki kiedy przechodził zakładowy cieć z latarką. Hiacynty wywożono potem wózkiem akumulatorowym i ósmego marca rozdawano w zakładzie pracownicom razem z rajstopami uniwersalnymi. Potem zapach hiacyntów mieszał się w autobusie ze sfermentowanym wyziewem panów rozwalonych na siedzeniach, podczas gdy panie ratowały swoje hiacynty przed połamaniem przez napierający tłum. Taki Dzień Kobiet rozumiałam. Teraz wkradało się w moją pachnącą hiacyntami przyzakładową świadomość coś niepokojącego…

Dyro zastygł z głupawym uśmiechem, my żądne uśmiechów, tańca i piosenki co z radia popłynie nie kryłyśmy rozpaczy, “że pszepaniom, przecież dzień kobiet!” – Nie chciałyśmy pytań o moralność i BWA, chciałyśmy siedzieć w sali gimnastycznej, dostawać bibułowe tulipany i flakoniki z plastykowych butelek po płynie do prania!

Pani od wych-ob już bardziej zmrużyć oczu nie mogła: “nie obchodzę tego katorżniczego święta ale skoro pan dyrektor zwalnia was z lekcji to proszę – idźcie”.

Wtedy dyro schylił się nad uchem Pani od wych-ob i wysyczał coś od czego sam spurpurowiał. Jej nawet powieka nie drgnęła. Podniosła się i nie spojrzawszy nawet na niego defiladowym krokiem opuściła salę lekcyjną i udała się do sali gimnastycznej.

Ćwierkające dziewczyny przeskakiwały po dwa stopnie w dół, ja trzymałam się w bezpiecznej odległości za dyrem, dyro trzymał się w bezpiecznej odległości za Panią od wych-ob w drodze na akademię z okazji Dnia Kobiet.

Sala brzęczała z niecierpliwości, straciłam z oczu Panią, która ruszyła na w kierunku nauczycielskich rzędów na przedzie, nam zaś dostały się najgorsze miejsca na samym tyle. Na widok dyra szkolny zespół wokalny zagulgotał “Dzień kobiet, dzień kobiet, niech każdy się dowie….” Chłopcy ruszyli między rzędy z bibułowymi tulipanami, wszyscy usiedli, dyro przysiadł z brzegu pierwszego rzędu koło Pani od wych-ob ze znanym mi z finałowego przeglądu bluzki i spódnicy uśmiechem…

Wtedy moja Pani od wych-ob, podniosła się i z krzesłem ruszyła na koniec sali, gdzie postawiła krzesło i wpatrzona w kosz podwieszony pod sufitem siadła TYŁEM do tego całego bajzlu pełnego okolicznościowych uśmiechów, bibułowych kwiatów, rozanielonych nauczycielek i dyra, który zastygł w półskręcie i tak przesiedział do końca akademii.

Ewa Henry

Poleć:

O Autorze:

Ewa Henry

Absolwentka York University, w Kanadzie od 1989. Felietonistka, ilustratorka, wyjadaczka chlebów z niejednego pieca - ten powszedni wyrabiająca w multimediach. Feministka, wyznawczyni społeczeństwa obywatelskiego. Wielbicielka ludzi i kotów. Matka Tymka.

1 Comment

  1. Witold Liliental on

    Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że ja NIE jestem fanem Dnia Kobiet. Zawsze powtarzam, że ja kobiety szanuję przez 365 dni w roku, a co cztery lata nawet przez 366 dni i nie potrzebny mi do tego jakiś jeden specjalny dzień. Mój, nazwijmy to „letni” entuzjazm, kiedy myślę o tym święcie, można tłumaczyć skojarzeniami, jakie do dziś mam w pamięci z tamtych dawnych dni. W „Życiu” (bo „Trybuny” do ręki nie brałem) można było przeczytać o konieczności zakupu „kwiatka dla Ewy”, zaś w fabryce, gdzie przepracowałem pierwsze cztery lata po studiach, celebracja wyglądała, z drobnymi zmianami z roku na rok mniej więcej tak: tego dnia wszystkie panie spędzano do jednej z hal. Na podium już czekała gotowa prelegentka „z dzielnicy” i trzeba było obowiązkowo wysłuchać referatu o bohaterskiej kobiecie radzieckiej albo o roli kobiety w budzącej się czarnej Afryce, albo czegoś z podobnej tematyki. Dyrektor składał wszystkim paniom życzenia, po czym przy wyjściu każdej z nich wręczano 20 zł gotówką i goździk i podsuwano listę do podpisania, że była obecna i prezent otrzymała.
    Na marginesie: popularnym kawałem na ten dzień była dykteryjka o człowieku, który z naręczem kwiatów poszedł składać życzenia dyrektorowi zakładu. Kiedy ten się obruszył, że przecież nie jest kobietą, pracownik miał odpowiedzieć: „a bo wszyscy mówią, że z pana taka k…”

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.