Rok w niecałe dwa dni

0

Z cyklu: Zapiski na gorąco

Za nami Sylwester i powitanie kolejnego Nowego Roku. Staliśmy się wszyscy starsi o rok, zaliczyliśmy kolejny bal i kolejny coroczny rytuał szampanowo-życzeniowy, telefony do i od dzieci, zmęczone tańcami nogi i rozkoszny moment zmiany szpilek na adidasy czy papucie… Niektórzy zaliczyli pewnie mający dźwięczną trzyliterową nazwę ból głowy. Kilka razy pomyliliśmy się wpisując zamiast siódemki na końcu roku – szóstkę.

I oto, idąc grzecznie do pracy po szaleństwach nocy sylwestrowej, 3 stycznia, nikt nie miał pojęcia, że tuż po lunchu miało miejsce ważne wydarzenie. Otóż ci, którzy odsypiali sylwestrowe szaleństwa w nieco bardziej ekskluzywnych dzielnicach i domach – szefowie największych korporacji kanadyjskich, tegoż pierwszego dnia roboczego, między kawą a kanapką z łososiem, zrównali się pod względem zarobionych pieniędzy z przeciętnym Kanadyjczykiem, a konkretnie z momentem 12 miesięcy później w jego życiu, dokładnie o północy w kolejnego Sylwestra.

Jeżeli nie jest to jasne – oto to samo, ale nieco inaczej. Ile czasu trzeba tym stu najbogatszym ze świata biznesu, by zarobili tyle, ile przez cały rok zarabia przeciętny Kanadyjczyk? Nie pół roku, czy trzy miesiące, ale zaledwie ciut więcej niż dwie doby. Dokładnie do godziny 11.47 dnia 3 stycznia owi najbogatsi zarobili kwotę, którą zarabia przeciętny pracownik kanadyjski przez cały rok.

Takie są wyniki kolejnego raportu Canadian Centre for Policy Alternatives, analizującego dochody najbogatszych z bogatych w sferze biznesu. Przeciętnie taki CEO zakosił 9,5 mln dol. Jest to kwota o 193 razy większa niż przeciętna płaca w Kanadzie.

W 1998 roku proporcja ta wynosiła 105, co już wtedy było ponad dwukrotnie więcej n 10 lat wcześniej, mówi ekonomista, autor raportu Hugh Mackenzie.

Ponadto ustalono, że najwięcej zarabiający CEOs nie tylko należą do najbogatszego 1 procenta społeczeństwa, ale wręcz do górnej elity – 0,01 proc.

A zatem, owym facetom (tak, to prawie w 100 procentach mężczyźni) z grubymi portfelami niestraszny jest jakikolwiek kryzys. Co tak naprawdę obchodzi ich los wieloletniego pracownika zwolnionego z tego czy innego zakładu, plajtujący rodzinny biznes, prowadzony od lat, czy zabrany przez bank dom? W absolutnie najgorszym możliwym scenariuszu, zamiast 8 czy 9 milionów zarobią w tym parszywym roku 7 czy 6. Milion czy dwa to dużo pieniędzy, dla normalnego, zwykłego śmiertelnika to kwota stawiająca jego i jego najbliższych na nogi, ale przy takiej skali jest to różnica do strawienia.

Po co ludziom tyle pieniędzy? Zawsze zastanawiało mnie to. Przecież jest już moment, w którym ma się wszystko to, co naprawdę jest potrzebne i nawet to, co stanowi o luksusie życia. Zmieniać samochodu częściej niż co rok nie ma sensu. Dom w końcu jest całkowicie wyposażony i umeblowany. Ileż można wydać na wyjazdy, rozrywki i przyjmowanie gości?

Często zdarza się czytać o tym, jak ciężkie jest życie ludzi bardzo bogatych. Stresy, poczucie pustki, zrezygnowanie i brak celów, które niejednego popychają do desperackich kroków, a przynajmniej do alko- holu i narkotyków jako sposobu ucieczki przed beznadzieją.

Dla mnie jest to nie do zrozumienia. Tylu jest wokoło nas ludzi, którym chociażby maleńki ułamek takiej fortuny mógłby zmienić diametralnie życie. Tyle spraw, które warto wesprzeć, tyle tragedii, w których można by chociaż trochę pomóc. Jak można, mając taki świat dosłownie o wyciągnięcie ręki, widząc go na co dzień w telewizji, odczuwać pustkę i beznadzieję wynikającą z nadmiaru?

To fakt, że są ludzie o wielkich pieniądzach, którzy potrafią i chcą się dzielić z innymi. Wspomagają inicjatywy, które mogą pomóc ludziom w potrzebie, ludziom chorym, biednym, nieszczęśliwym. I za to im chwała. Skoro taki jest ten świat, że nie ma na nim równości, że kontrasty rosną, a nie maleją – ci, którzy mają więcej, dużo więcej niż im potrzeba, powinni czuć obowiązek się dzielić.

Trudno wymagać od ludzi bogatych, aby rozdawali wszystko co mają, albo całkowicie rezygnowali z korzystania z luksusów, na jakie pozwalają im ich ogromne pieniądze. Ale między jedną a drugą podróżą do najbardziej luksusowego hotelu czy kurortu, powinno się pomyśleć o tym, by zamiast kolejnej kolii czy sukni od najdroższego projektanta, która po jednym balu czy koktajlu i tak będzie spoczywać w sejfie czy szafie, dać innym, naprawdę potrzebującym choćby część kwoty potrzebnej na taki zakup.

W czasach kiedy ludziom na całym świecie jest coraz trudniej, kiedy kryzysy i wstrząsy burzą w miarę spokojne życie przeciętnych ludzi, trudno jest spokojnie myśleć o tych, którzy ich ciężko zapracowane pie- niądze zarabiają w nieco ponad dwie doby.

Stale zwiększająca się przepaść między najbogatszymi a tzw. zwykłymi ludźmi to jedna z przyczyn triumfu sił, które są zagrożeniem dla świata, gdyż zamiast zbliżać ludzi – odpychają ich od siebie, budząc animozje i strach. Populizm podniósł głowę na świecie między innymi z winy tych, którym zawsze jest za mało…

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.

Read previous post:
Bogaci Kanadyjczycy coraz bogatsi

Wtorek 3 stycznia o godzinie 11.47 był momentem, w którym najwięcej zarabiający dyrektorzy i szefowie wielkich firm zarobili tyle, co...

Close