Przebiec tysiąc mil, aby podziękować psom

0
Pies służy człowiekowi od setek lat, nadszedł czas, by mu za to podziękować mówi PAP Michał Kiełbasiński, który chce przebiec 1,6 tys. km przez zamarznięte tereny Kanady i USA, a zarobione w trakcie biegu pieniądze przekazać na schroniska dla zwierząt. PAP: Kiedy startuje Pan z tym ekstremalnym wyzwaniem? Michał Kiełbasiński: Z Łodzi wyruszam 22 stycznia, kieruję się na daleką północ Kanady, gdzie będę przygotowywał się do startu, który nastąpi 1 lutego. Do pokonania mam tysiąc mil. Co roku na tych terenach organizowany jest najdłuższy wyścig psich zaprzęgów pomiędzy Whitehorse w Kanadzie a Fairbanks na Alasce w USA. Wyruszę, najpierw uprzedzając psie zaprzęgi o kilka dni, później zostanę przez nie dogoniony, co jak sądzę nastąpi dość szybko, a potem, gdy znikną za linią horyzontu, będę za nimi podążał. Tak daleko, jak będę w stanie. Założenie jest takie, by pokonać ponad 1,6 tys. km tego dystansu pieszo. PAP: Nie będzie to spacer ani nawet marsz, tylko bieg, jak na ultramaratończyka przystało… M.K.: Oczywiście, będzie to bieg. Postaram się pokonać tę odległość jak najszybciej, to nie wyprawa ekspedycyjna, gdzie ktoś sobie człapie, rozbija obozowiska itd. Będę wyposażony dość spartańsko; bez namiotu, do spania zabieram tylko śpiwór. Moim marzeniem – może się okazać, że to marzenie ściętej głowy – jest pokonanie trasy w 20 dni. Plan optymalny, który również w pełni mnie usatysfakcjonuje, to 30 dni. PAP: Podkreśla Pan, że nie sam sportowy wyczyn jest głównym celem biegu. Dla kogo Pan biegnie? M.K.: Chcę, aby na plan pierwszy wysunęła się akcja charytatywna pomocy psom z polskich schronisk. Pies pracuje dla człowieka od setek lat pilnuje jego dobytku, jest przewodnikiem, biega w zaprzęgach. Uważam, że nadszedł czas, by w symboliczny sposób powiedzieć tym zwierzakom “dziękuję”. Czas, żeby to człowiek pobiegł dla psa. PAP: A co pies będzie miał z tego, że człowiek dla niego pobiegnie? M.K.: Fundacja Przyjaciele Braci Mniejszych założyła konto i będzie zbierała pieniądze, które “zarobię” dla zwierząt w tym biegu. Osoby indywidualne, instytucje i firmy będą mogły zadeklarować dowolną kwotę za każdy przebiegnięty przeze mnie kilometr – to może być symboliczny jeden grosz. Będę tego wręcz wymagał od moich przyjaciół i znajomych, aby choć taką symboliczną kwotę postawili. Jeśli przebiegnę 1,6 tys. kilometrów, to na konto będą mieli do wpłacenia “aż” 16 zł. Oczywiście można zadeklarować wyższe stawki, a ja postaram się dobiec do celu, aby zebrać jak najwięcej. Wszystkie pieniądze, które wpłyną na konto fundacji, zostaną przekazane na schroniska dla zwierząt. PAP: Tysiąc mil biegu to już brzmi zabójczo, a jeszcze średnia temperatura na terenach, przez które Pan pobiegnie, to -35 stopni Celsjusza. W dodatku już raz podjął Pan to wyzwanie i o mały włos nie skończyło się tragicznie… M.K.: Zapłaciłem frycowe dwa lata temu. Wystartowałem w biegach, które odbywają się trasą psich zaprzęgów, ale na dystansie 700 km. Fizycznie szło bardzo dobrze, byłem w czołówce, ale nie dopilnowałem pewnych rzeczy – to historia na dłuższą opowieść co kosztowało mnie ciężkie odmrożenia palców nóg i rąk. Palców nie straciłem tylko dzięki wspaniałej pomocy specjalistów ze szpitala w Whitehorse. Wyciągnąłem wnioski – był to ciężki nokdaun! PAP: Jednak chce Pan tam wrócić i to na dwa razy dłuższą trasę? M.K.: Mam nadzieję, że nie skończy się to drugim nokdaunem. Że czegoś mnie to nauczyło i dwa lata przygotowań coś dały. PAP: Jak wygląda przygotowanie do tak ekstremalnego wyczynu? M.K.: Zwykła praca ultrabiegacza godziny wybiegane codziennie bez grymaszenia i marudzenia. No dobra, powiedziałem nieprawdę grymaszenie i marudzenie jest, straszna niechęć do wyjścia w deszcz czy mróz też. Najtrudniejszy element treningu to ubranie się i wyjście z domu. Później jakoś leci… PAP: A jak przygotować się do ciężkich warunków np. pogodowych? M.K.: Fizyczne przygotowanie jest niewyobrażalne również dla mnie. Jestem zawodnikiem wywodzącym się z adventure racing – dyscypliny, w której ogromne dystanse, liczące setki kilometrów, pokonuje się biegiem oraz przy użyciu m.in. rowerów, kajaków, rolek. Nauczyłem się tam, że w pewnym momencie to nie mięśnie rąk czy nóg pracują, ale do przodu napiera głowa. Dopóki głowa nie padnie, to jest szansa na wykonanie kolejnego kroku. PAP: Ile kilometrów potrafi przebiec ultramaratończyk? M.K.: Od 2001 roku startuję w adventure racing, mam na koncie biegi od 100 km do 700 km. Ostatnie pięć lat to starty w biegach górskich i ekspedycyjnych biegach ultra; jedne z dłuższych, jakie można odbyć, liczą po 250 km. Do pokonania jest w nich nie tylko długi dystans, ale trudność trasy to ścieżki w górach, przewyższenia po 10 tys. metrów, na które trzeba wejść i z nich zejść. PAP: Czy korzysta Pan z opieki trenera, lekarza? M.K.: Jestem Himilsbachem biegania, naturszczykiem, który jakoś sobie radzi. Nie mam sztabu dietetyków, psychologów, lekarzy sportowych. Jestem wyczynowcem, ale nie profesjonalistą, co oznacza, że wkładam w trening tyle wysiłku, co zawodowi biegacze, ale nie czerpię z tego profitów. Wręcz przeciwnie – wciąż do biegania dokładam. PAP: Co właściwie Pana nakręca do ekstremalnego biegania? M.K.: To pytanie zadaję sobie nieustannie w trakcie zawodów co ja tutaj robię, po co, dlaczego? Często nie bardzo znajduję odpowiedź. Uważam, że urodziłem się albo 200 lat za późno, albo 200 lat za wcześnie. Żyjemy w świecie sklepikarzy; świat odkrywców albo już się skończył albo jeszcze się nie zaczął – prawdziwe wyzwania pojawią się, gdy opuścimy Ziemię i zaczniemy eksplorować inne planety. Brakuje mi przygody, bycia poszukiwaczem. Interesuje mnie dotarcie do granicy i próba jej przesunięcia. Może to właśnie mnie nakręca? PAP: Osoby, które regularnie biegają, opowiadają o uczuciu szczęścia i euforii, jakie im towarzyszy. Pan tak nie ma? M.K.: Wkrótce na ekranach pojawi się dokumentalny film Łukasza Borowskiego o biegaczach; chyba pierwszy, w którym widzowie będą mogli zobaczyć, jak wygląda bieg na dystansie powyżej stu kilometrów jaki to ból, cierpienie, nienawiść do siebie i wszystkiego wkoło. Bieganie to frajda i endorfiny, gdy przebiegniemy 5-10 km wokół bloku. Gdy przekraczamy magiczny maraton, dochodzimy do 200 km, to jest to ciężka, bardzo bolesna praca, totalna depresja i walka z samym sobą. PAP: Trochę mnie Pan rozczarował… M.K.: Tak jest w trakcie biegu, ale to szybko mija i już po kilku dniach człowiek zaczyna szukać kolejnych zawodów. Bo mógłbym opowiadać o ultramaratonach wiele godzin, ale tylko ktoś, kto to przeżył, jest w stanie to zrozumieć. Rozmawiała Agnieszka Grzelak-Michałowska (PAP)

Trzymamy kciuki za pana Michała! 

Redakcja “Gazety”

 
Poleć:

O Autorze:

PAP

PAP to największa agencja informacyjna w Polsce. Zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. Przez całą dobę, 7 dni w tygodniu 250 dziennikarzy i 40 fotoreporterów przygotowuje serwisy informacyjne, z których korzystają media, instytucje, urzędy państwowe i przedsiębiorcy.

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.