Ludzie i ludziska: “Pytanie Marcinka”

0

Tytuł serii felietonów, pod którym będę snuła swoje przemyślenia, mówi sam za siebie, chociaż ci młodsi, a szczególnie urodzeni już w Kanadzie może nie znają tego powiedzenia – “są ludzie i ludziska”, czyli – są dobrzy i źli na tym świecie, chociaż jestem przekonana, że takich do końca złych jest mało, a dobrych? Naprawdę dobrych, o których się mówi, że to “święty człowiek” pewnie też nie więcej. Każdy z nas jest niezłą mieszanką dobra i zła, które to określenia i tak trudno jednoznacznie zdefiniować. Będzie więc w tym felietonie dużo znaków zapytania, które zadam i sobie, i Czytelnikom.

Na inauguracyjny temat felietonu wybrałam kryjący się pod dosyć niejasnym tytułem – “Pytanie Marcinka”.

Spotkania są jakże ważnym elementem naszego życia. W gronie rodzinnym, z przyjaciółmi, znajomymi, podczas wyjazdów, z przygodnie napotkanymi… Są ludzie, którzy potrafią szybko nawiązać kontakt i już od pierwszych minut mowa ich toczy się gładko, niekiedy interesująca i zabawna. Niestety, na ogół takowa nie jest. Gaduła mówi z przejęciem o sobie, swoich problemach, swojej rodzinie, żonie, dzieciach, wnukach, chorobach… Towarzystwo obok niego albo odchodzi albo z przyklejonym uśmiechem na twarzy – oznaką dobrego wychowania – udaje zainteresowanie. Z ust gawędziarza nigdy nie pada pytanie “a co u ciebie?, jak minęła twoja ostatnia podróż?, jak rodzina, praca?” Po prostu upaja się swoim gadulstwem, przekonany, że i otoczenie jest w podobnym uniesieniu. Niestety, takich, którzy wolą sami perorować, może nie aż do takiego stopnia, jest większość . Na palcach mogę policzyć tych, którzy umieją słuchać. A już podczas większego zgromadzenia, gdy goście są usadzeni przy stole, bardzo rzadko ogół biesiadników utrzymuje tzw. kulturę konwersacji. Wystarczy ich czterech i już rozmowa rozbija się na dwie pary.

Biesiada w “Panu Tadeuszu” – i w wersji literackiej, i filmowej, zgromadziła co najmniej kilkadziesiąt osób. W czasie przemowy Asesora, Rejenta, Telimeny, Podkomorzego reszta biesiadników słucha, nikt nie przerywa.

Jako piętnastolatka poznałam pewną rodzinę, taką, co to “ostatni poloneza wodzą”. Składała się z rodziców – architektów i pięciu małych chłopaczków, z których najstarszy miał sześć lat, a najmłodszy roczek. Spędzałam wakacje na Mazurach i w sąsiedztwie wynajęła dom ta właśnie rodzina. Zapraszali mnie do siebie, dorośli wkrótce kazali sobie mówić po imieniu, co było dość awangardowe na owe czasy, i często z nimi jadałam posiłki. Czułam się przy ich stole jak za czasów mickiewiczowskich. Wprawdzie wtedy dzieci, kiedy już stołowały się z dorosłymi, to miały przykazane milczenie wg. zasady “ryby i dzieci głosu nie mają”, a w tym domu zaniechano tego staropolskiego obyczaju i wspólne posiłki były okazją do wymiany myśli. Przy tylu maluchach zdawałoby się, że było rzeczą niemożliwą zachować respekt dla wypowiedzi poszczególnego członka rodziny. A jednak było to przestrzegane! Ze zdumieniem obserwowałam tych malców, którzy – wprawdzie niecierpliwie – przysłuchiwali się przemowie braciszka, nie mogąc jej przerwać, gdyż jedynie rodzice byli upoważnieni do jej zakończenie słowami – a teraz kolej na… i tu padało imię następnego chłopca. Czasami, gdy wywód był ciut przydługi, a rodzice nie reagowali, rozlegało się niecierpliwe – przepraszam, czy mogę przerwać?

Pewnego razu, podczas spaceru, jeden z chłopczyków – czteroletni Tymek, zaczął mi coś opowiadać z wielkim przejęciem. Mówił dosyć długo, spiesząc się bardzo, gdyż chciał wyrzucić z siebie nagromadzone tego dnia niezmiernie ciekawe przeżycia. Jego starszy brat, Marcinek, stał tuż obok i też pragnął podzielić się ze mną równie fascynującymi przygodami, lecz nauczony przez rodziców, wiedział, że nie należy wpadać w słowo rozmówcy. Pociągnął więc brata za spodenki, raz i drugi i gdy ten odwrócił się do niego i przerwał potok słów, Marcinek z bardzo poważną miną zadał pytanie “Czy ty uważasz, że to Beatkę interesuje?”

Nie będę rozwijać co działo się dalej, natomiast pytanie Marcinka zapadło mi głęboko w pamięć. Gdyby każdy z nas się do niego stosował? Opowiadamy z przejęciem o swoich problemach, a nie zadajemy sobie pytania, na ile są one ciekawe dla innych? Z kolei nie potrafimy zainteresować się tym, co ktoś inny chce nam przekazać, starając się za wszelką cenę perorować o sobie. Podczas moich wizyt w Polsce bardzo rzadko wypytują mnie znajomi o moje życie w Kanadzie, a nawet o samą Kanadę, kraj, w którym żyję od 27 lat. Opowiadają o swoim życiu, narzekają, jak im się ciężko wiedzie, pokazują ze szczegółami nowe, wyremontowane mieszkania, wdają się z miejsca w dywagacje polityczne, zasypują nazwiskami, wydarzeniami… Słucham ich jak dobrze wychowana osoba, z uwagą, bez przerywania. Niestety, nie ma obok nich Marcinka, który ciągnie ich za spódnicę czy spodnie. Nie ma też Marcinka przy debatach polityków, którzy jeden przez drugiego wciskają się w konwersację, każdy przekonany, że tylko jego chcą wysłuchać, a oponent z innej partii wygłasza brednie.

Jakby to było pięknie, gdybyśmy wszyscy takowego Marcinka posiadali. Wtedy opowiadając innym mielibyśmy ciągle na uwadze pytanie “czy nie przynudzam?” A drugie pytanie, może niekiedy wymuszone, ale świadczące o dobrym wychowaniu “co słychać u ciebie?” stałoby się rozwinięciem konwersacji, a nie kontynuacją monologu, wprowadzającego w upojenie jedynie samego gadułę.

Poleć:

O Autorze:

Beata Gołembiowska

Comments are closed.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.

Read previous post:
Sprzedaż nieruchomości – pytania, wątpliwości

Przy wystawianiu nieruchomości na sprzedaż, powstaje nieraz wiele pytań związanych ze stanem danej posesji, co trzeba oraz należy powiedzieć, a...

Close