Polski paszport do afgańskich więzień dla kobiet

3

Kolejne pozytywne recenzje w największych światowych mediach: New York Times, BBC, CNN. Książka-album “Almond Garden: Portraits from the Women’s Prisons in Afghanistan” żyje już własnym życiem, przełamując wiele barier. 

Screen Shot 2015-08-27 at 9.58.11 AMGabriela Maj, “Polish Canadian”, jak o sobie zawsze mówi, odwiedziła miejsca na świecie, gdzie przed nią nie dotarł nikt z kamerą czy mikrofonem – do więzień dla kobiet w Afganistanie. Pierwszy raz pojechała do Afganistanu w 2010 roku z zupełnie innym zadaniem. 

Wszystko zaczęło się od więzienia Badan Bagh (Almond Garden – Migdałowy Ogród) w Kabulu.  Potem przez kolejne cztery lata Gabriela Maj odwiedzała Afganistan sześciokrotnie. W sumie wysłuchała opowieści ponad stu więźniarek z zakładach karnych rozrzuconych po całym kraju. Rozmawiała z kryminalistkami w naszym rozumieniu tego słowa, ale przede wszystkim z kobietami skazanymi za tzw. “moral crimes” (przestępstwa obyczajowe), co dało jej wiedzę o rzeczywistości, gdzie zbrodnią jest paść ofiarą gwałtu czy przemocy – tylko dlatego, że jest się kobietą.

Małgorzata P. Bonikowska: Jak trafiłaś do Azji?

Gabieral Maj: W 2009 roku przeprowadziłam się z Nowego Jorku, gdzie mieszkałam, do Dubaju. Zaczęłam pracować w Dubaju i w Emiratach Arabskich. Stamtąd zaczęłam wyjeżdzać do krajów Bliskiego Wschodu i środkowej Azji jako fotoreporter. W Nowym Jorku było bardzo dużo osób, które zajmowały się tym co ja. W Dubaju miałam znacznie mniej konkurencji. I wkrótce miałam bardzo dużo pracy. Jeśli chodzi o centralną Azję, to najpierw zaczęłam jeździć do Kazachstanu, a potem do Afganistanu i Uzbekistanu.

M.P.B.: Co jest takiego w tym obszarze świata, co tak Cię zafascynowało?

G.M.: Interesowała mnie kultura islamska, która z daleka wydawała mi się być bardzo jednolitą kulturą, monolitem, ale bardzo szybko zorientowałam się na miejscu, że jest ona ogromnie złożona, różna w poszczególnych regionach, nawet nie krajach, bo w różnych częściach tego samego kraju jest także bardzo odmienna. Różniła się ubiorem ludzi, ich wyglądem, obyczajowością, kuchnią, ale także sposobami interakcji między ludźmi, stosunkiem do kwestii płci. Przejeżdżając z Zachodu miałam, jak większość ludzi tutaj, fałszywy obraz spójności i jednolitości tamtego świata. Afganistan jest przepięknym krajem geograficznie, ale także fascynującym ze względu na niezwykłe zróżnicowanie kultur poszczególnych jego części. Zakochałam się w tej części świata i poznawianie go, odkrywanie tych różności sprawiało mi ogromną przyjemność.

M.P.B.: Będąc tam jednak nie skupiłaś się na pokazywaniu piękna natury, czy nawet samej kultury. Wkroczyłaś w mroczne i jakże mało znane sfery życia – więzienia dla kobiet. Jak to się stało?

G.M.: Początkowo robiłam zdjęcia do różnego rodzaju publikacji i tekstów – turystycznych, ekonomicznych, ilustrujących profile ciekawych postaci. Nie zajmowałam się prawami człowieka ani sytuacją kobiet. Był to właściwie przypadek. Zostałam wysłana do Afganistanu na zupełnie z tym niezwiązaną misję. Kiedy byłam w Kabulu skontaktował się ze mną redaktor francuskiej publikacji, z którą współpracowałam, i powiedział, że ostatnio dużo się słyszy o kobietach afgańskich, które są więzione, często z dziećmi, za tzw. przestępstwa obyczajowe (“moral crimes”). Jedno z głównych więzień jest w Kabulu i może mogłabym jakoś załatwić sobie tam wstęp. Skończyłam pracę nad tamtym projektem i zaczęłam dowiadywać się jak dostać się do kobiecego więzienia. W tamtych czasach w Kabulu funkcjonowała blisko ze sobą powiązana społeczność dziennikarzy, pracowników agencji pomocowych, tłumaczy, lokalnych kontaktów, więc było skąd czerpać wiedzę i rady. I udało mi się załatwić formalności, dzięki którym dostałam się do więzienia na jednodniową sesję zdjęciową. Usłyszałam jednak historie, które poruszyły mną do głębi. Dowiedziałam się z nich jak wiele wycierpiały w swoim życiu te kobiety przed dostaniem się do więzienia – od swoich mężów, ojców, rodzin, społeczności. Dostały się w turbiny chorego systemu wymiaru sprawiedliwości, gdzie aresztowanie, wyrok i uwięzienie było spowodowane takimi “moralnymi przestępstwami”, np. gwałtem, którego padły ofiarą, ucieczką przed przemocą rodzinną, podejrzeniem o zdradę małżeńską. Ich życie legło w gruzach i, co słyszałam od wielu, największy strach odczuwały na myśl o wyjściu na wolność, gdzie groziła im śmierć ze strony “zhańbionych rodzin”. Wiele z nich w więzieniu rodziło dzieci poczęte z gwałtu, wiele wychowywało tam dzieci. Nie mogłam przestać myśleć o tych kobietach przez długi czas. Zorientowałam się też, że ich los nie był przez nikogo udokumentowany. Starałam się więc podejmować się różnych prac, które powodowały kolejne wyjazdy do Afganistanu, żeby moć odwiedzić więzienia po raz kolejny. Planowałam wtedy coś w rodzaju fotoeseju zawierającego niektóre z zasłyszanych historii, który byłby opublikowany w jakimś czasopiśmie. Ale coraz bardziej czułam, że te zawierzone mi historie afgańskich kobiet są mi bardzo drogie i że powinnam wybrać jakiś sposób, aby mieć nad nimi większą kontrolę, kiedy ujrzą światło dzienne. I tak powstał pomysł książki.

Powróciłam do Afganistanu pełna zapału do nowego projektu, ale okazało się, że sytuacja w międzyczasie uległa zmianie. Na południu kraju kilkudziesięciu talibów uciekło z więzienia i kontrolę nad zakładami karnymi rząd odebrał Ministerstwu Sprawiedliwości, z którym poprzednio miałam do czynienia załatwiając formalności, i przekazał Ministerstwu Spraw Zagranicznych. Władze nie chciały żadnych kontaktów z mediami, nie wydawano zezwoleń. Wszystko się przedłużało. Dostawałam odmowę za odmową. I tutaj mam ciekawą historię związaną z Polską. Spotykałam się z różnymi generałami, administratorami poszczególnych regionów – z kimkolwiek się dało, żeby załatwić pozwolenie na wejście do więzienia. Trwało to wieki. Pamiętam jedno z tych spotkań – był to twardy wojskowy, generał, bardzo nieprzyjemny i wrogi. Kazał mi się wynosić, ale wiedziałam, że jak wyjdę z jego biura to już tam nie wrócę, więc robiłam co mogłam, żeby mnie nie wyrzucił. W pewnym momencie powiedział do mnie: “Wy Amerykanie przyjeżdżacie do mojego kraju i mówicie co mamy robić, a teraz pani przychodzi do mojego biura i mówi, co ja mam robić”. Na co ja, w jakimś niewyjaśnionym odruchu, powiedziałam do niego, że nie jestem Amerykanką ale Polką (często podróżowałam do Afganistanu na paszporcie polskim). I nagle stał się cud – kiedy tłumacz wypowiedział słowo “Polska”, sytuacja zmieniła się o 180 stopni. Zawołał, żeby ktoś przyniósł herbatę i zaczął mi mówić, jaka piękna jest Polska, że ja jestem jak córka w jego kraju, zapewniając, że chętnie pomoże jak tylko będzie mógł. Byłam zaszokowana tą surrealistyczną sytuacją.

M.P.B.: Czy to się powtórzyło później?

G.M.: O tak. W końcu stało się to moją taktyką, której używałam dyplomatycznie, ale świadomie w spotkaniach tego typu. Zawsze gdy wspomniałam o Polsce, wszyscy stawali się dla mnie mili. To był mój “złoty klucz”. Jeden z tych ludzi powiedział mi, że mamy wspólnego wroga, mając na myśli Rosję.

M.P.B.: Czy to, że nie jesteś Amerykanką, a Polką, zadecydowało o sukcesie w otrzymaniu zezwoleń?

G.M.: Ta sprawa z Polską owierała drzwi do dalszych negocjacji. Ważne było także, że nie pracowałam dla żadnej organizacji medialnej – byłam niezależna. Nie byłam dla nich zagrożeniem. Zawsze byłam z tłumaczką (w sumie było ich wiele przez ten czas), bo nie znam języka Farsi ani Dari.

M.P.B.: Niesłychane jest to, że dawali ci zezwolenia. Mogli po prostu odmówić.

G.M.: Nie zawsze dawali; więcej razy spotykałam się z odmową niż zgodą.

M.P.B.: Ale jednak miałaś wstęp do zakładów karnych.

G.M.: Wielu z tych ludzi – to są zawsze mężczyźni – jest zamieszanych osobiście w różnego rodzaju dzialalność wykorzystującą więźniarki. Są na przykład sieci prostytutek-więźniarek. Ci, którzy decydują o tym, co się tam dzieje, mają wielką władzę. Ponieważ postanowiłam, że bardzo chcę wykonać to zadanie, byłam gotowa na różne fortele, aby zyskać ich przychylność. Dzięki pieniądzom z międzynarodowych organizacji pomocowych zbudowano w Afganistanie wiele nowych więzień, które nie są luksusowe, ale mają podstawowe wyposażenie i znośne warunki. Więc mówiłam, że moim zamiarem jest sfotografowanie tych placówek, aby pokazać, że funkcjonują dobrze i zdać sprawozdanie z tego, że efektywnie działają ich programy edukacyjne dla więźniarek, które są oczywiście zupełnym nieporozumieniem.

M.P.B.: Ale w efekcie zrobiłaś coś zupełnie innego niż deklarowałaś, jakby odwrotność tego – Twoja książka pokazuje tragedie kobiet w tych więzieniach. Czy nie boisz się zemsty gdy wrócisz do Afganistanu?

G.M.: W Afganistanie zaszło wiele zmian. Od roku jest nowy prezydent, część ludzi na stanowiskach wymieniono. Trudno powiedzieć kto został. Oczywiście, chciałabym wrócić do Afganistanu, ale nieprędko. Nie mam obaw o reakcje poszczególnych osób, dyrektorów więzień na przykład. Większe zagrożenie jest ze strony Talibanu i innych konserwatywnych, ekstremistycznych grup przeciwnych prawom dla kobiet, czy idei, że zgwałcona kobieta powinna trafić do schroniska, a nie do więzienia.

M.P.B.: Czy miałaś jakieś reakcje ze strony tych grup na swoją książkę?

G.M.: Książka nabiera rozpędu, pozytywnie przyjmowana przez wielkie media. Dostaję mnóstwo maili od ludzi, wyrażających uznanie, ale pojawiają się też maile z tej drugiej strony. Pracując nad nią nie miałam pojęcia, że zyska aż taki rozgłos. Od niej zaczęły się nowe sprawy. Teraz współpracuję z dwiema organizacjami. Jedna – Women for Afghan Women – prowadzi schroniska dla kobiet, które wychodzą z więzienia i którym grozi śmierć. Ukrywają się, czasem z dziećmi. Pewną część zysków z książki tuż po jej ukazaniu się drukiem przeznaczyłam na tę wspaniałą organizację. Druga to Human Rights Watch, która włączyła moją książkę do dossier używanego w negocjacjach z rządem afgańskim w sprawie więzień dla kobiet. I taką mam właśnie nadzieję, że moja książka przyczyni się do doprowadzenia do istotnych zmian legislacyjnych w Afganistanie, zmieni Kodeks Karny oszczędzając tysiącom kobiet w przyszłości losu, jaki spotkał moje rozmówczynie.

M.P.B.: Ze zdjęć i opisów wynika, co ciekawe, że te więzienia nie mają charakteru potwornych instytucji, gdzie kobiety byłyby torturowane, głodzone. Nie ma tam cel, więźniarki spędzają czas razem, z dziećmi, ich bliscy mogą przynosić im wiele rzeczy z zewnątrz. Wydaje się jakby więzienie dla wielu z nich mogło być prawie schronieniem przed tym, co było i co może być. Czy tak to odbierają?

G.M.: Same obiekty więzienne są przyzwoite. Dużą część środków finansowych napływających z zagranicy w ramach pomocy przeznacza się na budowę tych zakładów. Szkoda, bo mogłyby służyć innym celom. Ale skoro więzienia są, nie trzyma ich się pustych. Ala za fizycznym wyglądem więzień stoi opresyjny system karny, pozbawiający te kobiety jakichkolwiek praw. W przypadku wybuchu agresji wśród więźniarek, nie ma takich jak w Kanadzie czy innych krajach działań mających rozładować konflikt. Strażnicy nie są do tego szkoleni. Jest znacznie więcej przemocy. Ale tak, wiele kobiet wyraziło nadzieję pozostania w więzieniu jak najdłużej się da, obawiając się, że gdy wyjdą dopadną je “zhańbione” rodziny i zabiją je. Wiele kobiet samych zgłasza się na policję. Nie są w stanie znieść swego życia, a nie mają dokąd pójść – nie mogą wyjechać do innego miasta i wynająć mieszkania. Muszą żyć z rodziną. Wiele kobiet znajduje ukojenie, oparcie w tej więziennej społeczności kobiet. Więźniarki wspólnie opiekują się dziećmi. Ale nie jest to idylla. Pamiętajmy jednak, że w więzieniach nie ma cel – są zaprojektowane jako open concept, a więc razem, obok siebie żyją seryjne morderczynie i kobiety skazane za to, że ktoś je zgwałcił. Dochodzi do konfliktów, często krwawych. Jest hierarchia, do której trzeba się przystosować i od której nie ma ucieczki. Wiele kobiet cierpi na problemy emocjonalne po potwornych przejściach. Wiele z nich zostało wydanych za mąż jako dzieci, np w wieku 7-8 lat i całe ich życie było pasmem przemocy – fizycznej, seksualnej, psychicznej. To dla nas trudne do wyobrażenia. A z drugiej strony miałam kontakt z kobietą, która miała na swoim koncie udział w kilkudziesięciu morderstwach. Udawała prostytutkę, przyciągała klientów do domu, gdzie jej wspólnicy-krewni zabijali tych mężczyzn i sprzedawali ich samochody. Zwłoki ćwiartowano i zakopywano. Kiedy ją poznałam była cała pokrwawiona, bo właśnie wdała się w bójkę z inną więźniarką. To przykład jak bardzo niestabilne jest to środowisko, jak wiele może się tam zdarzyć.

This slideshow requires JavaScript.

M.P.B.: Jak mówisz, masz nadzieję, że książka pomoże doprowadzić do zmian w systemie prawnym. Ale prawo to jedna rzecz, a druga to mentalność społeczeństwa. Inna sprawa to sposób myślenia ludzi, którzy gotowi są zabić kobietę za to, że ktoś ją zgwałcił.

G.M.: To kwestia nędzy, braku edukacji i wojen. Afganistan jest w stanie wojny od dziesięcioleci – ktoś w moim wieku nie zna pokoju. Spotkałam tam wielu młodych ludzi, którzy mają dosyć mieszkania w takim miejscu. Dobrze wiedzą o istnieniu miejsc takich jak Dania, gdzie nikomu do głowy nie przychodzi martwienie się o to, że codziennie może rozerwać ich bomba w drodze na uczelnię. W Afganistanie każdy stracił kogoś bliskiego, śmierć jest wszędzie. A przecież podstawową potrzebą człowieka jest bezpieczeństwo. A cały ten ból, frustracja kierowana jest przeciwko najsłabszym w społeczeństwie – kobietom i dziewczynkom.

M.P.B.: Ale kobiety uwięzione są także produktem tego system wartości i tej samej kultury, gdzie nie liczy się jednostka i jej indywidualne dążenia, ale człowiek jest postrzegany jako członek grupy, społeczności i bez niej nie istnieje. Jaki jest ich stosunek do kar, jakim zostały poddane – czy uznają, że zrobiły coś nagannego?

G.M.: Fakt, że wiele jest kobiet, które żyją w poczuciu winy, że zrobiły coś, co zhańbiło ich rodzinę, że to ich wina. Ale niektóre są wściekłe. Spotkałam taką, która prosiła, abym pokazała światu co je tutaj spotkało.

M.P.B.: Jak udało ci się rozmawiać z nimi szczerze – czy nikt nie kontrolował waszych rozmów?

G.M.: Często, szczególnie na początku, rozmawiałam w towarzystwie strażników, którzy generalnie się nudzą, więc chętnie mi towarzyszyli. Potem jednak nierzadko wychodzili, co było znakomite. Nigdy nie zmuszałam kobiet do rozmów – rozmawiałam z tymi, które chciały. W niektórych więzieniach strażnikami były kobiety i czuło się, że nie ma między nimi a więźniarkami większego dystansu. Okazywałam im szacunek, zdejmowałam buty, kiedy do nich wchodziłam (taki jest obyczaj kiedy wchodzi się do czyjegoś domu), co od razu nadawało naszym spotkaniom pewien charakter.

M.P.B.: Czy dzieci wychowywane w więzieniach są w pewnym wieku zabierane matkom odsiadującym dłuższe wyroki?

G.M.: Nic w Afganistanie nie jest pewne i jednoznaczne. Są przepisy i jest to co można kupić – to kraj wielkiej korupcji. Ciężko się zorientować jak cokolwiek działa i często nic nie jest takie jak się wydaje, a zasady nie dają się zastosować w danym konkretnym przypadku. Dzieci rodzone w więzieniu czasami są zabierane przez rodziny, ale jeśli kobieta shańbiła rodzinę, często rodziny się ich wyrzekają. Bywa, że dzieci trafiają na ulicę. Jak mają szczęście, znajdują opiekę w takich schroniskach jak te, które zapewnia organizacja, z którą współpracuję. Ale takich placówek jest za mało w stosunku do potrzeb. Kobieta, o której opowiadałam, została aresztowana razem z członkami rodziny-mężczyznami, z którymi wspólnie mordowali. Wszyscy dostali karę śmierci przez powieszenie. Kobieta ta jednak tuż po osadzeniu jej w więzieniu zaszła w ciążę z dyrektorem więzienia i darowano jej życie. Mając tak mocny układ z wysokim urzędnikiem, udało jej się zatrzymać dziecko przy sobie. Poznałam jej syna, ma około 13 lat i mieszka w więzieniu. Ale to jest wyjątek. Zwykle dzieci zabierane są w wieku 5-7 lat. To oczywiście jest dla matek i dzieci dodatkową traumą. W Afganistanie jest wiele dzieci ulicy, żebrzących, drobnych złodziejaszków. Wiele z tych dzieci nie żyje długo.

M.P.B.: Opowiedz nam o swojej polskości.

G.M.: Urodziłam się w Polsce i do Kanady przyjechałam w wieku 3 lat. Wzrastałam w Toronto w polskiej rodzinie, mówiącej po polsku. Mieliśmy wigilie i śmigus dyndus. Miałam więc jak dzieci imigrantów dwa jezyki i dwie kultury, co wzbudziło we mnie zainteresowanie innymi kulturami, światem, tym, czego jeszcze nie znam. Myślę, że takie doświadczenie imigranta daje odwagę do poznawania świata, zmieniania miejsc. Nie byłabym tym, kim jestem gdyby nie te doświadczenia.

M.P.B.: Czy jeździsz do Polski?

G.M.: Tak, mój brat i moja rodzina z obu stron – a jest to duża rodzina – mieszka w Polsce. Moim rodzice wysyłali nas do Polski do rodziny na całe wakacje. Jeździłam przed 1989 rokiem i miałam porównanie z tym, co nastąpiło potem. Uwielbiam Polskę i utrzymuję kontakt z całą rodziną. Chętnie jeździałabym częściej. Gdyby tylko te bilety były tańsze…

M.P.B.: Tak w sercu, kim się czujesz?

G.M.: Zawsze mówię “Polish Canadian”. Mój mąż zauważył, że nigdy nie mówię “Canadian”, ale czasami mówię “Polish”. Ta polskość, jak wspominałam, była dla mnie bardzo ważna w moich podróżach. Ale również kanadyjskość – im więcej się jeździ po świecie i im dalej się jest od Kanady, tym bardziej odczuwa się jak niesamowitym I wyjątkowym krajem jest Kanada. Bo Wyjechałam z Kanady chciałam czegoś większego i wtedy nie do końca doceniałam ten niezwykły kraj. Teraz wiem, jaką ma wartość. I ciekawe, że gdziekolwiek bym nie była, w każdym kraju na słowo “Kanada” ludziom rozbłyskują oczy. Opowiadają o znajomych w Kanadzie, o próbach złożenia wniosków o pobyt stały, bo tak bardzo by chcieli tu mieszkać. To mityczny kraj marzeń i słusznie. Mamy wielkie szczęście, że tu mieszkamy.

•••

Gabriela Maj pokazała coś, co porusza do głębi. I nie robi tego przez epatowanie obrazami krat czy strażników. Spotykamy w jej książce kobiety, każdą ze swoją tragiczną historią. Nie sposób nie pomyśleć, że przecież mogło się wydarzyć, że przyszło nam żyć tam, a nie tu…

•••

Gabriela Maj będzie mówić o swojej książce “Almond Garden” i o swojej pracy we wtorek 8 września o godz. 19.00 w Konsulacie RP w Toronto przy 2603 Lakeshore Blvd. Spotkanie jest zorganizowane przy współpracy “Gazety”.

•••

Gabriela Maj

urodziła się w Polsce, a wzrastała w Niemczech i Kanadzie. Jej zdjęcia i teksty publikowane były w  New York Times, Wall Street Journal, Vice, National Geographic, Esquire Magazine i pokazywane w CNN, BBC i Frontline. Fotografowała dla FRONTLINE, Getty Images, Bloomberg News i SIPA Press odwiedzając m.in. Iran, Katar, Kazachstan, Sri Lankę i Syrię. Wystawy jej prac prezentowane były w nowojorskiej Thomas Werner Gallery, torontońskim ratuszu, Pitti Uomo we Florencji i na  7th Annual Tashkent Photography Biennale w Uzbekistanie w 2014 roku. Wielkoformatowe instalacje wykonywała na zlecenie DKNY i Calvin Klein w Nowym Jorku. Gabriela studiowała na Parsons School of Design, New School University w Nowym Jorku, a następnie otrzymała dyplom (Interdisciplinary Master’s degree) z antropologii na Columbia University.
Website Gabrieli Maj
6_portrait

Gabriela Maj

 

 
 
 

 

 

 

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

3 Comments

  1. Wspaniała inicjatywa, ale trudno mi sobie wyobrazić, że te kobiety mogły mówić prawdę i otwierac się przed w sumie obcą osobą. I że nikt nie pilnował, aby nie powiedziały nic krytycznego o społeczeństwie, o przemocy, skoro więzienia to przecież instytucje rządowe. Nie kwestionuję wartości Pani książki, ale mam pewne wątpliwości co do metodologii uzyskiwania danych.

    • Widzisz pieknie zrobilem podloge na ktorej mozna tanczyc robic co sie chce.Czy wazne jest Jak Ja te podloge kladlem???
      Dziadek zawsze mowil niewazne jak tylko Kto????
      Ksiazka jest Prawda!!!
      Enjoy!!!!

  2. To niezwykły świat. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie takie miejsca. Zdjęcia bram to bardziej to co mi przychodziło do głowy, ale nie takie “prywatne” kąciki, ozdoby wokół łóżek… Dziwna to kombinacja. I ta idea, że więzienie może być schronieniem! Ma Pani rację, że jesteśmy szczęśliwcami, żyjąc tu gdzie żyjemy.

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.