Córka wielkiego ojca – Anna Maria Anders

3

Piękna, elegancka, uśmiechnięta i bezpośrednia. Córka bohatera, którego zna każdy Polak, generała Władysława Andersa – Anna Maria Anders. “Gazeta” miała zaszczyt porozmawiać z nią o jej życiu i o jej wielkim ojcu, przy okazji jej pierwszej wizyty w Kanadzie z okazji Swięta Niepodległości Polski.

Małgorzata P. Bonikowska: Miała Pani niezwykłe życie – w jednym domu z człowiekiem-legendą. Znane są opowieści jak tata Panią rozpieszczał, rozpuszczał, bo była Pani jego ukochaną córką, znana jest jego miłość do Pani. Czy ma Pani w pamięci tylko wyidealizowany obraz, typowy dla córki, która kochała tatę. Czy on się np. czasami złościł?
Anna Maria Anders: Nie, nigdy się nie złościł. Ojciec, choć niekiedy ludzie tak o nim mówili, nie był trudny. On po prostu wiedział, czego chce, miał swoje zdanie. Nie zmieniał swego zdania, był uparty. Ale w domu był zgodny, nie był np. wybredny i jadł to, co mama zrobiła. Mama prowadziła dom i było wszystko dobrze. Jeśli chodzi o mnie, pamiętam raz tylko jak się zdenerwował, jak byłam bardzo mała. Ojciec miał ważne zebranie polityczne w salonie, drzwi były zamknięte, a ja mu kilkakrotnie przeszkadzałam – wchodziłam i siadałam mu na kolana. Miałam takie małe gumowe laleczki, nazywały się Pępusie. Za którymś razem ojciec się zirytował i odesłał mnie do siebie, a za mną tylko skakały te gumowe laleczki.

M.P.B.: A ile wtedy miała Pani lat?
A.M.A.: Trzy, może cztery. Ale widać zrobiło to na mnie duże wrażenie, skoro pamiętam to do dziś.

M.P.B.: A kto był szefem w domu – mama czy tata?
A.M.A.: Mama.

M.P.B.: I on jej słuchał?
A.M.A.: Tak, oczywiście, zresztą mama nieraz się śmiała, że ona i tak jest marszałkiem w domu. Wydaje mi się, że on był ponad to. Zresztą ojciec się nauczył angielskiego dopiero po wojnie, w Anglii. Jeśli chodzi o sprawy polityczne to on sobie doskonale dawał radę z językiem, ale gdyby przyszedł elektryk do domu, on by nie wiedział, jak mu powiedzieć, żeby zmienił wtyczkę. Myślę, że my wszyscy jesteśmy tacy do pewnego stopnia. Człowiek ma pracę i określone słownictwo w tej dziedzinie, a tak poza tym więcej się nie interesuje.

M.P.B.: Czy Pani uważa, że on był człowiekiem szczęśliwym, czy uświadamiał sobie swoją rolę w historii Polski?

Generał Władysław Anders (Wikipedia)

Generał Władysław Anders (Wikipedia)

A.M.A.: Był nieprawdopodobnym optymistą. Był zawsze uśmiechnięty i po nim nigdy nie było widać, co on naprawdę czuje. Trzeba pamiętać, że najtrudniejsze czasy dla ojca były już po wojnie, tuż po moim urodzeniu, jak byłam naprawdę mała, kiedy były demonstracje, protesty. Ja tego nie pamiętam. Ja tak dobrze pamiętam dopiero lata sześćdziesiąte. Nie wiem czy ojciec się kiedykolwiek pogodził z tym, ale wtedy wydawało się nieprawdopodobne, że kiedykolwiek wróci do Polski. Ja przypuszczam, że w latach pięćdziesiątych jeszcze miał nadzieję, że to się zmieni. Ale on nigdy nie wyglądał na nieszczęśliwego. Mój syn ma podobny charakter do niego i ja też. My jesteśmy optymistami – mimo że każdy ma swoje problemy, jesteśmy nastawieni pozytywnie.

M.P.B.: Czy on Panią uczył historii Polski, czy siadaliście i on opowiadał, czy też Pani uczyła się polskiej historii w tzw. międzyczasie?
A.M.A.: Powiedziałabym, że uczyłam się w międzyczasie. Ale ojciec bardzo chętnie mówił o przedwojennej Polsce. Niechętnie natomiast wracał do wspomnień z wojny, do swoich cierpień. Chętnie natomiast wspominał o Monte Cassino, o zwycięstwie. Ja to samo potem zauważyłam w drugim pokoleniu. Mój mąż był w Wietnamie i też niechętnie o tym wspominał. A samej historii nie nauczyłam się w domu, to raczej była szkoła, guwernantka i fragmenty wspomnień ojca. Ja się więcej dowiaduję teraz, jak jeżdżę po kraju i ktoś mi pokazuje, że tu ojciec jadł, tu ojciec spał itd. Teraz ostatnio byłam pod Lublinem w Muzeum Zamojskich w Kozłówce i dowiedziałam się, że w 1939 roku ojciec akurat tam był gdy Rosjanie weszli do Polski. Takich historycznych szczegółów dopiero teraz się dowiaduję.

M.P.B.: Od kiedy Pani zaczęła mieć ten ścisły związek z Polską? Bo przecież Pani mieszkała w Anglii, a potem w Paryżu…
A.M.A.: Tak, kiedy ojciec odszedł (w 1970 roku – przyp. red.) ja poszłam na uniwersytet. Byłam trzy lata w Anglii na uniwersytecie. Potem pracowałam kilka lat w Londynie, a następnie dla UNESCO w Paryżu, ale tam mi się nie bardzo podobało, bo była straszna biurokracja więc przeniosłam się do pewnej międzynarodowej firmy, też w Paryżu i tam pracowałam pięć lat. Potem na Monte Cassino poznałam mojego męża, on był attache wojskowym ojca. Kardynał Glemp miał bardzo długie kazanie w 1984 roku i wszyscy się zaczęli rozglądać. Mój mąż i ja też. Później był taki obiad dla attache i tak się zaczęło. Potem mieszkaliśmy w Monachium i ja nie miałam kontaktu z Polską dopóki mama nie odeszła (w 2010 roku – przyp. red.). Mój mąż odszedł 7 lat temu, wcześniej długo chorował i mieliśmy dziecko w domu. Syn teraz ma 21 lat. Wcześniej mieszkaliśmy w USA, mąż wyjeżdżał służbowo, a ja miałam małe dziecko. Potem mąż zaczął chorować, syn był ciągle mały. Tak się złożyło, że mąż odszedł. Syn był już trochę starszy i zaczęła chorować mama. W 2010 roku syn poszedł na studia, mama odeszła i po raz pierwszy ja się już o nikogo Panicznie nie musiałam martwić. Na pogrzebie mamy w Londynie Szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych Jan Stanisław Ciechanowski powiedział: “Aniu mam nadzieję, że podejmiesz pałeczkę po mamie”. Pomyślałam, że dobrze by było, ale gdzie, co i jak…. Potem był pogrzeb mamy na Monte Cassino, a następnego roku, właśnie w listopadzie 2011 roku, minister Ciechanowski zaprosił mnie bym pojechała z delegacją do Rosji. To mi otworzyło oczy.

M.P.B.: W jakim sensie?
A.M.A.: To co ja słyszałam o Armii Andersa, o Rosji, to było coś zupełnie innego w mojej wyobraźni. I nagle zobaczyłam stojące w szczerym polu groby i pomnik z napisem “Armia Andersa” i wszystko stało się rzeczywistością. Tam jest staw i kaplica, a ten budynek wygląda tak jak kiedyś. Potem, akurat był taki zbieg okoliczności, że były te wszystkie rocznice – był Uzbekistan, Włochy, tam gdzie mama jeździła, ale ja nie byłam: Loreto, Bolonia – zaczęli mnie zapraszać. Tak stopniowo zaczęłam się interesować tym, czym się ojciec interesował – wojsko, młodzież, edukacja, dzieci w Uzbekistanie, Polonia, która tam została nie mając żadnej przyszłości. Zaczęrozliśmy razem z rządem polskim starać się o stypendia dla tych młodych ludzi i nam się udało. Ambasador Polski w Uzbekistanie Marian Przeździecki jest fantastyczny, kultywuje Polonię i przez niego całej grupie młodzieży udało się przyjechać do Polski. Tam ci młodzi uczą się języka błyskawicznie, dla nich to jest awans, to jest tak, jak ktoś ze wsi przyjedzie do Nowego Jork. Kontynuujemy ten program, a do tego zaczęło się dokładać na edukację Stowarzyszenie Andersa. Wiele jest chwil poruszających. Niedawno w Szymbarku – 17 września było niezwykłe spotkanie i duże dla mnie przeżycie bo ja się ciągle spotykam z weteranami czy kombatantami, czyli tymi, którzy wyszli z armią Andersa, a tutaj były rodziny tych, którzy nie wyszli. Byliśmy tam razem z Prezydentem Wałęsą. Oni tam co roku się spotykają.

M.P.B.: Czy obraz ojca, jako postaci historycznej funkcjonujący w przestrzeni publicznej jest właściwy, czy miała Pani jakieś niedobre doświadczenia z mediami, z książkami, w których zdarzały się przekłamania?
A.M.A.: Z książkami na pewno, z mediami też, to się zdarza od czasu do czasu. W ubiegłym roku było kilka takich przypadków, ale przyjaciele zwracają mi na to uwagę. Inaczej było tuż po wojnie, kiedy propaganda była zupełnie nieprawdopodobna. Natomiast moje spotkania z ludźmi są pełne życzliwości i szacunku dla ojca. Bardzo przyjemne jest to, że młode wojsko tak podchodzi do pamięci o nim, bo to że kombatanci, to jest normalne. Generał w Szczecinie powiedział, że młode wojsko mnie potrzebuje i to mnie inspiruje. Tak że jak ja jadę do szkoły a oni potem znowu zapraszają, bo jest jakiś konkurs, to jest świetne. Mama robiła swoje, ale wydaje mi się że dzięki mnie krzewi się kult Andersa. To są inne czasy, ja jestem na Facebooku, w telewizji i więcej się o tym mówi. Absolutnie chcę to kontynuować.

M.P.B.: Pani odwiedziła Polskę pierwszy raz już jako dorosła osoba, w 1991 roku. Czy pamięta Pani swoje odczucia z tej wizyty w kraju, który był dotąd dla Pani tylko wyimaginowany?
A.M.A.: To dla mnie było bardzo dziwne, dlatego że uczyłam się języka polskiego w domu, a czułam się, jakbym się go uczyła w szkole, bo po raz pierwszy używałam go w kraju. To dla mnie było jak cud, że mówię tak dobrze, a nie wiedziałam, gdy wsiedliśmy z mężem do taksówki, gdzie jedziemy. W mojej świadomości była Warszawa w ruinach, a tu nagle mieszkamy w Mariocie i wokół jest normalnie. Następnym razem to był 2009 rok, bo przedtem to mama dużo jeździła. Ale wtedy mama nie mogła, a były chrzciny czołgu im. Andersa w firmie Bumar i ja zostałam matką chrzestną tego czołgu. Tak sobie myślę, że i tak w pewnym sensie nie było miejsca dla mnie i dla mamy razem. Mama wspominała wojnę, a ja poza szacunkiem do kombatantów widziałam przyszłość i chciałam budować pamięć w młodym pokoleniu. Ja mogłabym być z mamą u kombatantów, ale mama nie mogłaby być ze mną wśród młodych ludzi. To już jest następna faza, następny krok.

M.P.B.: A ma Pani dalsze plany jeśli chodzi o edukację – odwiedza Pani szkoły, spotyka się Pani z młodzieżą. Rozumiem, że nie tylko w Polsce się to dzieje. Słyszałam, że odwiedzała Pani szkołę w Chicago, czy uważa Pani, że wiedza o Andersie na Zachodzie jest wystarczająca?
A.M.A.: Tak, to była polska szkoła sobotnia obchodząca 35-lecie. W Chicago są 62 takie szkoły. Uważam, że dorośli się orientują ale młodzieży trzeba mówić, że to Polacy walczyli i kto to był Anders. Stąd myślę, że rocznica bitwy pod Monte Cassino to była duża rzecz: uroczystość, na której było tylu polityków, media i to poszło na cały świat.

Mama i syn - Anna Maria Anders z Robertem (zdjęcie z domowego archiwum udostępnione przez Annę Marię Anders)

Mama i syn – Anna Maria Anders z Robertem (zdjęcie z domowego archiwum udostępnione przez Annę Marię Anders)

M.P.B.: Czy to prawda, że Pani 21-letni syn idzie do amerykańskiego wojska?
A.M.A.: Syn mimo tak młodego wieku kończy w maju uniwersytet, a że równocześnie studiuje na akademii wojskowej będzie miał dyplom uniwersytecki i równocześnie stopień oficera amerykańskiego. Jeszcze nie wiem gdzie wyląduje po studiach, to się okaże za kilka miesięcy. Do wojska zapalony był od zawsze – interesuje go przeszłość, geny dziadka i oczywiście mojego męża ma we krwi. Po śmierci męża nasiliły się te zainteresowania, pisał prace na uczelni o Monte Cassino, o dziadku, wracał do zdjęć, tak że on wie dokładnie jak to było. Chciałabym by lepiej mówił po polsku, pomógłby mu na pewno w tym pobyt w Polsce, gdzie polują już na niego generałowie. Zobaczymy, jak się to potoczy, ale jedno jest pewne: o dziadku wie wiele.

M.P.B.: Skoro mowa o młodym pokoleniu: co by Pani zmieniła jeśli chodzi o to jak w Polsce jest postrzegany patriotyzm, jak wygląda sprawa wychowania młodzieży jeżeli chodzi o spojrzenie na historię – czy to jest dobrze robione?
A.M.A.: Ja nie mieszkam tam, nie mam codziennego kontaktu z tym – człowiek naprawdę musi mieszkać gdzieś żeby ocenić coś takiego. Tak samo gdyby Pani spytała teraz jeżeli chodzi o Anglię też nie bardzo wiem. Nie wiem, po prostu nie wiem.

M.P.B.: A w Stanach?
A.M.A.: Mój pogląd jeżeli chodzi o Stany jest taki, że ludzie się dostateczne nie interesują w ogóle. To nie chodzi o historię, lecz w ogóle o wszystko. To jest nieprawdopodobne – ludzie nie maja pojęcia, głosują, ale nie wiedzą. Ja czuję jednak, że w Polsce ludzie są o wiele bardziej doinformowani niż w Ameryce. Mam rozmowy z młodzieżą czy nawet z kelnerem w hotelu to wizdę, że się interesują tym, co się dzieje w Stanach więcej niż ludzie w Stanach się interesują Europą. Także z tą edukacją w Polsce musi być całkiem nieźle.

M.P.B.: Wróćmy do dawnych czasów – czy Pani pamięta czasy w Londynie, wśród Polonii, w słynnym londyńskim Ognisku?
A.M.A.: Tak. Dzięki Bogu to ognisko egzystuje, bo już chcieli sprzedać. Oni potrzebują pieniedzy. Ale to nie jest to samo, teraz jest bardziej angielskie. Dla kogoś takiego jak ja, kto pamięta mały stolik ojca w restauracji czy miejsce gdzie mama grała, straciło swój urok. W sumie czuję nostalgię do dawnych czasów, wracają wspomnienia…

M.P.B.: Musi Pani pamiętać wielkich ludzi z tamtych czasów? Czy ma Pani wspomnienia takich postaci i szczególnych sytuacji z tamtych czasów z nimi związanych?
A.M.A.: Nie, bo ja dopiero teraz wiem, że to były postacie historyczne, a w tamtych czasach to był dla mnie po prostu jeszcze jeden więcej pułkownik, czy generał.

M.P.B.: Jak to się stało że Pani tak świetnie mówi po polsku?
A.M.A.: Mnie się zdaje że ja zawsze dobrze mówiłam po polsku, to mój pierwszy język, chociaż potem przecież nie używany, ani w szkole ani na studiach. Mam talent do języków – znam ich sześć. To pomaga. Jak mama żyła to właściwie mówiłam po polsku tylko poprzez telefon czy jak ją widziałam, mało. Dlatego mój syn mówi tak kiepsko bo nie mieliśmy dookoła nas nikogo, kto mówiłby po polsku. Ale jednak te ostatnie 2,5 roku to swoje zrobiło bo jeżdżę bardzo często do Polski, wygłaszam przemówienia po polsku, piszę po polsku, a przedtem te maile dla mnie to była tortura. Teraz jest łatwiej, mam dużo większy zasób słów i po prostu swobodniej się czuję.

M.P.B.: A czy gdyby Pani pisała książkę – do czego serdecznie Panią zachęcamy – byłaby ona po polsku, czy po angielsku?
A.M.A.: Absolutnie tak – po polsku, z tym, że prawdopodobnie pisałabym z kimś bo ja bym sobie sama nie dała rady. Ttaka książka musi mieć trochę historii, opisywać dlaczego rodzice byli w Anglii, dlaczego ja się urodziłam w Anglii. Musiałabym więc pisać z kimś kto powiedzmy jest historykiem. Myślę o tym powoli. Musi być po polsku.

M.P.B.: Co zrobić żeby polska historia była lepiej znana na świecie. Dlaczego jest tak jak – przecież mamy takie historie jak o Pani ojcu, cała historia Monte Cassino, Enigma, gułagi. Wszystko w zasadzie jest fascynujące. O Karskim trochę się teraz mówi, ale i tak nadal jest to mało. Dlaczego, jak Pani sądzi?
A.M.A.: Ja nie wiem. Mój syn studiuje historię na uniwersytecie i o drugiej wojnie światowej nie ma tam w ogóle nic. Doszli do wniosku że to już nie potrzebne. Mowa jest o tym, gdzie Ameryka była zaangażowana – Filipiny, Korea. Ameryka jest stosunkowo młoda – nie ma tej dawnej historii. Historia Polski jest fascynująca i strasznie skomplikowana.

M.P.B.: Czy może powinien powstać jakiś dobry hollywoodzki film?
A.M.A.: Nawet jest jeden pisarz, który pisze sztukę o ojcu. Teraz ta historia misia Wojtka się stała bardzo popularna. Jest grupa ludzi, która napisała serial do telewizji. Starają się ale zawsze brakuje pieniędzy. Mnie się zdaje, że Wojtek jest cudowny jeżeli chodzi o dzieci. Bo rzeczywiście jest to bardzo słodka historia, prawda?

M.P.B.: Jest ich więcej.
A.M.A.: Ale ja zauważyłam, że BBC od czasu do czasu nadaje jakiś program o drugiej wojnie światowej. W Anglii w BBC bardzo się tym interesują. Jeśli chodzi o Europę to te największe nieszczęścia miały miejsce właśnie w krajach za żelazną kurtyną i to wszystko było przytłumione przez tyle tyle lat. Teraz z kolei wszyscy są przerażeni tym co się dzieje na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie i to odwraca trochę uwagę od historiii.

M.P.B.: Jak się żyje z nazwiskiem Anders?
A.M.A.: To jest dobre pytanie. Tak jak się żyło z tym nazwiskiem ojcu jak był w Anglii. I dlatego ja miałam taki dobry układ z moim ojcem – on mógł ze mną chodzić wszędzie: po ulicy, do szkoły, pójść do cyrku i był osobą anonimową. Miał dwa życia – to publiczne, polskie, i to drugie – takie codzienne. Tak samo ja się czuję teraz kiedy jestem w Stanach i idę na zakupy – jestem nikim. Ale jak jadę do Polski to recepcjonistka w hotelu wstaje i mówi “dzień dobry pani, pani Anders”. Używałam przez długi czas w Ameryce – w dalszym ciągu używam – nazwiska Costa (po mężu – przyp. red.), które nosi mój syn. Podróżuję z paszportem amerykańskim ale mam też obywatelstwo i polskie i angielskie. W Polsce mam dowód osobisty tylko na nazwisko Anders. W ty roku dostałam dowód osobisty 12 maja, w rocznicę śmierci ojca i urodzin mamy i początku natarcia na Monte Cassino. Obywatelstwo polskie mam już od dwóch lat. Właściwie nie myślałam przedtem o tym dowodzie, ale kiedy zaczęłam tak często przyjeżdżać okazało się to wygodne bo jak szłam do jakiejś ambasady czy do Sejmu, wszyscy mówili, że przyjdzie Pani Anders, a kiedy ja szłam z amerykańskim paszportem na nazwisko Costa zawsze był problem. Także w rezultacie wzięłam ten dowód osobisty na nazwisko Anders. I to też było śmieszne bo to biuro jest na ulicy Gen. Andersa w Warszawie. Jeździłam tam z Li- Gią Krajewską, posłanką na Sejm i serdeczną przyjaciółką, i ona mówi: “Jedziemy na Andersa po dowód dla Anders”.

M.P.B.: To nie ciężar, lecz raczej jakaś wytyczna Pani działalności?
A.M.A.: Nie, ja uważam, że nie ciężar. Ciężar był jak byłam może mała, a teraz czuję to jako zaszczyt i z przyjemnością robię to co robię. Jeśli jakakolwiek praca dobrze wychodzi to człowiek ma satysfakcję. Jak ma tę satysfakcję, to chce robić więcej i coraz więcej, prawda? Zobaczymy na czym się to skończy…

M.P.B.: Teraz czuje Pani, że spełnia Pani swoją misję życiową?
A.M.A.: Tak, z radością i satysfakcją spełniam swoją misję. Czuję, że rodzice byliby bardzo dumni i zadowoleni ze mnie.

M.P.B.: Na pewno są.

•••

Pani Annie Marii Anders życzymy wielu wzruszeń i pięknych chwil przy spełnianiu misji, jaką powierzył jej los oraz niezwykła historia jej rodziny i Polski. Sami sobie życzymy kolejnych spotkań i książki pełnej wspomnień, którymi tylko ona może się z nami podzielić.

Poleć:

O Autorze:

Malgorzata P. Bonikowska

Dziennikarka, publicystka, anglistka (doktor językoznawstwa), nauczycielka, autorka książek, działaczka społeczna, współtwórca i redaktor naczelny www.gazetagazeta.com. Kocha pisanie, przyrodę i ludzi.

3 Comments

  1. Ciekawi , czy ta kobieta robi to wszysko naprawde z zamilowania do POLSKI czy raczej wychwala sposob
    na bardziej ciekawszy styl obecnego zycia ? bedac kobieta w starszym WIEKU i dlatego miejsza szansa na awanse.
    Cala ta jej mowa i zabawa o ojcu BOHATERZE jest stosunkowo prawda ale dajmy sobie juz spokoj z tym jej
    zapalczywym zaangazowaniem do sprawy uciekinierow , kombatantow i zolnierzy armii Andersa.
    A co do sobotnich lekcji j. polskiego w Angli to dobitna przesada . Ciekawe czy zracji niemieckiego pochodzenia obojga rodzicow gen .Andersa ( a wiec on w jego rodzinie musial mowic po niemiecku bo taka jest swiatowa doktryna niemcow a znam to z mojej osobistej praktyki z emigracji w Australii i z podroz dookola swiata ) ona rowniez uczyla sie w sobotniej szkole niemieckiege jezyka o ktorym nie w spomina? Ciekawe ???? Uczac j. polskiego w Australii (rowniez w soboty ) dzieci polskich kombatantow i emigrantow i uczestniczac w wystepach szkolnych , weekendowych wycieczkach mam 100 % rozeznanie potencialu ich wiedzy i znajomosci o Polsce i kraju ich rodzicow. To samo sie dzialo w mieszanych malzenstwach polsko/niemieckich ich dzieci musieli !!!! sie uczyc obojga jezykow i naturalnie o wiele lepiej sobie przyswajali wiedze o KRAINIE– NIEMCY. Wiec nie robcie zniej “GIEROJA” ona jest zwykla kobieta ktora mieszkala w Aglii , w USA, w Paryzu , w Niemczech (toz za MIEDZA Z POLSKA ) zadnej slawy i pozycji nie miala.
    I dopiero w 1991(bedac w srednim wieku ) a nastepnie w 2009 wpadlo jej na mysl odwiedzic POLSKE i wykombinowac dogodniejsze zycie na STAROSC a wy Polacy jak zwykle klaniajcie sie i calujcie rece ludziom Wam nie znanym (ale za to z nazwiskiem Costa) i mowiacym j.niemieckim (naturalnie bo tam mieszkala) lub j.angielskim . Polacy ( niektorzy tylko ) OBUDZCIE SIE z tej waszej GLUPOTY !!!!! Zpowaga emigrant z Australii

    • Z jakaz powaga drogi wspolemigrancie. Z Twej wypowiedzi wnioskujemy, ze jestes czlowiekie o bogatym doswiadczeniu, szkoda tylko, ze nie wzbogaciles sie o obycie I culture. Emigracja w Australia, podroz po swiecie – czas zmarnowany, j polski okropny wypowiedz prymitywna I zlosliwa, byc maze w takim stance wyemigrowales I nice ci nice pomoze. Pani Anders poznalam, jej j polski jest Na poziomie wyzszym niz twoj, ciekawe iloma jezykami ty wladasz. Nawiasem mowiac mieszkam w Aux od 30 late, moja pasha Sa podroze nice dookola swiatamlecz dluzsze wizyty w roznych krajach I Na lrzestrzeni late odwiedzilam ok 40 mam nadzieje, ze pomoglo mi to w budowie zeozumienia I akceptacji innych czego Tobin zarzucic nice Monza. Przepraszam za literowke, mojo computer sam ooprawia I nice nice move Na bledy poradzic

Home | Direct | Dashboard | About us

Unless otherwise noted our website is using photographs from FreeDigitalPhotos.net and Wikipedia under their respective licenses

Copyright © 2015. All Rights Reserved.